Subskrybuj
Kolorowa ilustracja w pastelowych kolorach. Stylizowana ilustracja przedstawia scenę czuwania przy zmarłej osobie. W centrum obrazu widoczna jest postać leżąca na plecach w drewnianej trumnie ustawionej po przekątnej kadru. Postać ma krótkie rudawo‑pomarańczowe włosy i zamknięte oczy z widocznymi długimi rzęsami. Ubrana jest w białą koszulę, leży na jasnofioletowej poduszce. Z lewej strony nad trumną pochyla się druga postać z jasnymi, długimi włosami związanymi z tyłu kokardą. Ta postać zbliża twarz do czoła osoby w trumnie, jakby ją całowała. W tle widać liczne dekoracje i portrety świętych
Ilustracja: Agata Stachowiak
Pisarz, historyk idei, dr nauk prawnych. Napisał kilka powieści, ostatnio Serce pełne skorpionów. Na WPiA UW realizuje grant NCN o anomii po I wojnie światowej. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”i „Newsweekiem”. Prowadzi podcast Czas odzyskany

Co powinno się wydarzyć

To nie zostało pomyślane: że nie trzeba całować. Nie zostało pomyślane, iż z perspektywy zwłok – gdyby zwłoki mogły przyjąć jakąkolwiek perspektywę – złożony i niezłożony pocałunek jest taki sam, bo zwłoki istotnie nie rozważają, co się musi zdarzyć

Nie wyglądał na martwego i nie wyglądał też na trzydziestolatka; czy, w takim razie, wyglądał na martwego trzydziestolatka? To nie jest pytanie, które zostało wówczas zadane. Nie skierowano go ani do sąsiada z pierwszego, drugiego, trzeciego – w każdej nawie było ich po osiem – rzędu, znajomego albo nie, ani też do samego siebie, w milczeniu, wszakże oddzieliwszy niewypowiedziane wyrazy odpowiednimi przerwami. Nie zastanowiono się: jak w ogóle powinni wyglądać martwi trzydziestolatkowie?

Tym, co uniemożliwiało, żeby to uczynić, było tamtego poranka przede wszystkim zimno, które nie wiadomo jaką drogą wdzierało się do cerkwi na Woli. Drzwi do niej – duże, wyglądające na ciężkie i półkoliście sklepione – zamknięto jeszcze przed początkiem nabożeństwa: wówczas otworzyły się inne, mniejsze, które prowadziły za ikonostas. Potem rozległo się skrzypienie, potem jeszcze jedno, aż w końcu: Cariu Niebiesnyj, Utieszitielu, Dusze istiny, iże wiezdie syj i wsia ispołniajaj, Sokrowiszcze błagich i żizni Podatielu… Odwrócony, ze wzniesionymi rękami, za wrotami do ikonostasu stał mężczyzna ubrany na biało. Kolor jego stroju był wyraźniejszy niż ten śniegu na zewnątrz; acz w ten sposób mogłoby się wydawać, nie stało się wówczas tak, że się wydało. Zasp, które tamtej zimy od kilku miesięcy pokrywały Warszawę, nie sposób było zza zamkniętych drzwi ujrzeć, zaś przypomniane – gdyby choć raz zdarzyło się, że zostały przypomniane – ociosywały się one z pozostałości błota i ze śladów moczu.

I chociaż nie było ich widać, a do cerkwi nie wpadał gram wiatru, nie robiło się tam cieplej. Przeciwnie: mróz, jakby brał się spod pokrytej wilgotnym dywanem podłogi, z każdą minutą coraz szczelniej wypełniał wnętrze. Oświetlały je tylko dwa żyrandole, i dlatego, mimo że ozdobione, ściany cerkwi nie błyszczały, wydając się raczej – tak się tamtego poranka wydało osiem razy – wypłowiałe i czarne. Podobnie jak ze ścianami, było z krawatem jednym, drugim, raz odcinającym się od jasnej koszuli, a raz nieodcinającym się od ciemnej, z płaszczem i z garsonkami, i z puchową kurtką, i z czapką, miętoloną w garści, a także z twarzą: tą ogoloną i tą wręcz przeciwnie; tą zaczerwienioną od zimna i tą zaczerwienioną od – chyba – płaczu.

Na pierwszy rzut oka zaczerwieniona od – chyba – płaczu była jakby bardziej szorstka i niezdrowa od rumianej od zimna: to by można zobaczyć, gdyby zostało rzucone na nie okiem.

Jednak – nie zostało; nie zdarzyło się, że spojrzenie przebiło stojące w mrozie chmurki ze stężałego powietrza. To ostatnie, gdy było wydychane, natychmiast się rozpływało; kiedy jednak bez wiedzy ich właściciela sączyło się z kącika ust, to zastygało, jakby miało zmienić się w ciało stałe.

Tylko spomiędzy dwojga warg nie ciurkała para. W przypadku pierwszych zdawały się – tak się tamtego poranka zdało pięć razy – to uniemożliwiać słowa, które zdawały się też ją zastępować: Żiwyj w pomości Wyszniago, w krowie Boga Niebiesnago wodworitsia. Riecze Gospodewi: Zastupnik moj jesi i pribeżyszcze moje, Bog moj, i upowaju na Nego… Trzy razy, gdy się tak zdało, zaraz zostało pomyślane, czy to na pewno z tego powodu. Warg ubranego na biało człowieka, który odwrócił się od ikonostasu i zrobił kilka kroków w przód, zamiatając dywan rąbkiem czegoś, o czym raz pomyślano, że można to nazwać szatą, w ogóle przecież nie było widać, bo zasłaniały je wąsy. Również raz zostało pomyślane: – Diakon? Czy on nazywa się: „diakon”? – a potem na miejsce tej myśli przyszła: – W kościele też bym nie wiedział, jak takiego człowieka nazwać. Zresztą! Po co mi go nazywać? Rodzice nie chcą kościelnego pogrzebu… Ale, no, w sumie: czy Mateusz chciał?

Jakby ta myśl to był haczyk od wędki, na którą złapało się spojrzenie, powędrowało ono wówczas przed soleę. Nie zatrzymało się jednak na dziwacznym – lekko w górę, jakby próbowały się one ogrzać – wygięciu ramion leżących w trumnie zwłok; zapiętej na wszystkie guziki marynarce; nieomal niewidocznej szyi i policzkach tak gładkich, jakby nigdy nie były golone. Pominąwszy je, upadło na usta, i to wtedy zostało zobaczone, że para nie ulatuje ani z nich, ani z nosa wyżej. Drżenie, które wówczas przebiegło, zrobiło to dwa razy. Zdawało się jednak przebiegać cztery, oddalając od spojrzenia obraz trumny tak, jak robi to zoom w aparacie w telefonie. – On nie wygląda na martwego – zostało pomyślane. – Nie tak powinien wyglądać martwy człowiek.

Jako Toj izbawit tia ot sieti łowczi i ot słowiese miatieżna. Pleszczma Swoima osienit tia, i pod kryle Jego nadejesia; orużijem obydit tia istina Jego. Zostawszy wypowiedziane jednym głosem, należącym do mężczyzny ubranego na biało, słowa po chwili zabrzmiały powtórnie, wymówione przez kilka, a wtedy więcej niż kilka, ale nie głosów, lecz spojrzeń, wzniosło się ku tamburowi.

Przekonanie, które je tam poprowadziło, ani razu nie zostało uświadomione: iż takie głosy muszą dobiegać z góry, bo skąd…? Gdy jednak spojrzenia nie napotkały na wysokości ich źródła, na chwilę znów zatrzymały się na trumnie. Jak powinien wyglądać martwy człowiek?

Na to niezadane pytanie została zaraz udzielona odpowiedź. – Nie tak – pomyślano trzy razy – jakby go można było spotkać na ulicy, powiedzieć: Nic się nie zmieniłeś!… A Mateusz w ten sposób, proszę bardzo, wygląda. Czemu?… Bo tu wszystko, w ogóle, nie jest tak, jak być powinno. Wydarzyło się to, co nie powinno się wydarzyć – to po części było jeszcze myślane, a trochę już nie, i kiedy akurat nie było, rozległ się śpiew: Nie uboiszisia ot stracha noszcznago, ot strieły lietiaszczija wo dni. Ot wieszczi wo tmie priechodiaszczija, ot sriaszcza i biesa połudiennago!…

Dźwięki są tym samym co milczenie; a jednak nie tym samym co inne dźwięki. Nowy, który się wtedy odezwał, nie przerwał śpiewu, jakby to przecież robiąc. Był to wpierw wrzask, który rozerwał mróz w cerkwi na dwie połowy, a potem zawodzenie, ich powodem zaś: ubrana w puchową kurtkę kobieta, która stała najbliżej trumny. W sekundzie, w której wrzask przeistoczył się w wycie, zgięła się wpół. Byłaby pewnie upadła, gdyby nie wyciągnięte natychmiast ramiona znajdującego się obok niej chłopaka. Chociaż niewiele młodszy od większości zebranych w cerkwi, właśnie takim rzeczownikiem został określony, i kiedy tak o nim – pięć razy – pomyślano, dwa razy do tej myśli zostało dodane: – Podobny do Mateusza – a więcej, bo razy dziesięć: – Czy wiedziałem, że on ma brata? Raczej tak. Takie rzeczy w pewnym momencie po prostu się wie. Potem się o nich po prostu zapomina.

Dziesięć razy to dużo. Dwadzieścia – jeszcze więcej, a tyle razy na wolne od tamtej myśli miejsce przyszła inna: – Jak ją strasznie boli. Czy mamę bolałoby tak samo? – Gdy skończyła być myślana, ani razu nie zostało wyobrażone, jak by mogło wyglądać to, co się w niej kryło. Na dwadzieścia niewypowiedzianych słów zjawiło się dwadzieścia obrazów; w trymiga zostały jednak przepędzone. – Tak nie będzie. U mnie się coś takiego nie wydarzy, nie powinno – zostało pomyślane, lecz tylko raz, bo dobiegło: So swiatymi upokoj, Christe, duszu raba twojego, ideże niest bolezń, ni pieczał, ni wozdychanije, no żizń biezkoniecznaja!

Słowa odbijały się od ścian i rozwiewały mroźne, stężałe powietrze; szarpały płomieniami świec, które paliły się przed ikonostasem, i przez setną sekundy unosił się znad nich smolisty, ciemny płomień. – Nawet ten ognik nie wygląda tak, jak powinien – zostało wtedy pomyślane, a potem, wyraźnie przyzwana tą myślą, wróciła jedna z poprzednich: – On też nie wygląda tak, jak powinien. Nie wygląda na trzydzieści lat.

A – jak powinien wyglądać trzydziestolatek? Trzydziestolatek powinien wyglądać jak człowiek zatrzymany w biegu, który jednak w nim zatrzymany nie został.

Nie stało się tak, bo trzydziestolatka nie sposób zatrzymać. Że: stop-klatka? Że: zrzut ekranu? Że poszedł dalej, jednak na chwilę tutaj był? To zwidy. Trzydziestolatek powinien wyglądać jak ktoś, kto ku przyszłości pędzi tak, że to jest niemożliwe, aby go unieruchomić.

Żadne z tych słów nie zostało wówczas pomyślane. W zamian za nie objawiły się te: – Przecież wszyscy to przepowiadali!… – I jeszcze: – Wszyscy mówili, że co go czeka za życie!… – A po sekundzie cisnęła się o nie odmienna myśl: – Wszyscy? Jacy: wszyscy? Mnie się tak wydawało, może tylko mnie. Przecież – zostało pomyślane – nie wiem, co myślą inni, i nie wiem nawet, co sam myślę, dopóki tego nie pomyślałem. Wtedy, nie raz, nie dwa, pomyślałem: on nas wszystkich przeskoczy. Zresztą już w liceum przeskoczył, bo miał trudniej, żeby się dostać, po podstawówce w jakiejś pipidówie pod Białymstokiem, dopiero na gimnazjum przeprowadził się do Warszawy, a nasze lice–um było pierwsze w rankingach… Oni, jego rodzice, ta matka i ojciec, ale gdzie jest ojciec? – to zostało pomyślane w sposób bardziej nagły i nieoczekiwany niż wszystko wcześniej – musieli zoba-czyć w nim to co my… Znaczy: ja. Nie wiem, co widzieli inni. Ale musieli widzieć to samo, na to samo patrzyli. To, na co człowiek patrzy, nie zmienia się w zależności od tego, kto to robi.

To tym myślom akompaniowały słowa: Kaja żitiejskaja sładosť prebywajet pieczali niepriczastna; kaja li sława stoit na ziemli niepriełożna; wsia sieni niemoszniejśa, wsia sonij priełestniejśa: jedinym mgnowienijem, i wsia sija smiert prijemlet, które dobiegały z góry.

Ktoś, kto ma przed sobą tylko i tylko przyszłość; przecież trzydziestolatek nie powinien wyglądać tylko w ten sposób. Z jednego profilu – tak; ale nie z drugiego. Z drugiego powinno być widać, że coś już za sobą zostawił, a co? – nie zostało pomyślane, gdyż w sekundzie, w której mogło, osiem razy coś zajęło myśli wolne miejsce. Było to kilka obrazów, przesuwających się jak okna jadącego wolno pociągu. Pierwszy: zbudowana na planie półkola wykładowa sala. Drugi: prostokątny korytarz, a w nim biurka, komputery. Trzeci: wnętrze samolotu. Czwarty: środek mieszkania. Uwy mnie, jakowy podwig imat dusza razłuczsziśa ot tieleśe!, rozległo się sprzed ikonostasu, i wówczas pociąg, którym obrazy podróżowały, pojechał dalej.

A Mateusz tego wszystkiego nie chciał. Tak sobie zdecydował: sale na uczelni, biura, samoloty, to nie jego rzecz. Nie jego obowiązek. Kiedy tak postanowił?

Pomyślane – raz – to pytanie nie zostało zauważone, bo naraz znów odezwał się śpiew: Po obrazu Twojemu i po podobiju sozdrawyj w naczale czełowieka, w rai postawił jesi władyti Twoimi twar’mi; zawistiju że diawołieju priełstiwsia, sniedi priczastiśa!… Dochodzące z góry dźwięki osypywały się na podłogę, odbijały od niej i ponownie zapuszczały w tambur.

To było myślane: – Miał wszystko przed sobą. Zdarzało się, co powinno: że nasze liceum, olimpiada jedna, druga… Co chciał robić po maturze? Plotki, znam plotki… znam tylko plotki, bo nigdy nie byłem z nim blisko. – Gdy to były już pomyślane słowa, raz zostało poczute ukłucie. – Ale on z nikim nie był blisko. Nie, że się wywyższał. Ale zawsze z boku. Przychodził na melo, ale wychodził przed wszystkimi. Nikt nie widział, jak wychodził. Nikt nie zrobił zdjęcia. Telefony z aparatami już były, ale te fotki: piksele, piksele! Potem to się zmieniło – zostało pomyślane – ale wtedy było, jak było właśnie.

A że było, jak było, to się człowiekowi zdawało, że tak już musi – było myślane dalej. – Nic nie miało już być inaczej. Matura, studia, robota. I zajebiście. I o to chodzi. Proszę bardzo: kto chciał, to ma. Mieszkanie, fura. Się zapracowało.

Podobne myśli czasem przynoszą uczucie ciepła, które otula człowieka od środka. Tamtego przedpołudnia zaraz jednak gruchnęło: O czudiesie! Chto sije eże o nas byst tainstwo? Kako predachomsia tleniju? Kako priaprjagochomsia smerti? Wo istinnu Bożijim powielenijem, jakoże pisano jest, podajuśczago prestawlszemuśa upokoj! – i zanim poprzednia myśl zdążyła zostać pomyślana po raz drugi, tym razem w pierwszej osobie, na jej miejsce przyszła inna: – Wiedeń.

Ściany cerkwi aż drżały od wysokich dźwięków. – Wiedeń – pomyślano znowu. – Tam miał studiować; w Wiedniu. Czy to ważne, że w Wiedniu? Ważne, że za granicą. Zawsze tak było w Polsce: najlepsi spierdalali. A jednak… to dziwne, że w Wiedniu. Jaś zdał Kingsa przecież. Albo Maciek: czy nie jest w Montrealu? Wiedeń? Dlaczego pojechał do Wiednia? Dlaczego tam wybrał, znaczy: mówił, że wybrał, znaczy: mówiono, że wybrał lingwistykę? Czemu języki, nie nic nieco bardziej konkretnego?

A potem: – Inna sprawa, że wtedy to było konkretne. Teraz jest Google Translate. A wtedy? Wyłącznie własny łeb! Tylko tam człowiek mógł trzymać słowa. Tak się wtedy myślało: im więcej się człowiek obcych słów nauczy, tym mu będzie lepiej w życiu… Jednak: czemu w Wiedniu? – pomyślano znów, i w tym samym momencie jakby objawiło się: – Bo tam nikt nie jeździł. Dlatego. Bo nie bał się, że ktoś go przyuważy.

„Jakby”; a przecież nie „jakby”. To się tylko wydaje, że niektóre myśli się objawiają – bo inne sprawiają wrażenie, że pochodzą od kogoś, kto je myśli. Tymczasem wszystkie myśli są objawionymi myślami; w wypadku niektórych jednak ktoś, kto je myśli, uzmysławia sobie, że sam nie jest ich źródłem. – O to, to, to! O to chodziło! Dlatego! – A potem: – Nie bał się, że ktoś go w Wiedniu znajdzie, bo nikt tam nie jeździł! – I jeszcze: – Nie na wakacje, do pracy. Były inne miasta, które się powinno zobaczyć, Neapol… Zresztą, Europa. Kiedyś – to zostało pomyślane – się myślało, że to cały świat. Teraz już wiadomo, że świat jest większy. Chociaż też ma swój koniec.

W przypadku myśli, które wydają się objawiać, to prostsze niż w przypadku tych, co do których człowiek uważa, że pomyślał je sam: spostrzec, że coś w nich jest nie tak. – Wybrał? – słowo cisnęło się o kilka poprzednich jak gumowa piłka. – Naprawdę: wybrał? Niekoniecznie. – Taka piłka, gdy uderza o mur, to go co prawda nie rozbija, ale wydaje nieprzyjemny odgłos. – To mógł być splot przypadków… no, nieszczęść. Pewnie – było myślane – jednak chciał zanieść papiery na uniwerek. Studentem zostać. Kto wtedy tego nie chciał… – I byłoby pomyślane coś jeszcze, lecz w tym momencie rozległo się: Paki i paki mirom Gospodu pomolimsia!

Tych sześć słów powiedziano głosem człowieka ubranego na biało. Wówczas z góry, której nie było widać z innego miejsca niż pobliże ikonostasu, dobiegło: Gospodi, pomiłuj!, potem rozległo się: Eszcze molimsia o upokoenii duszy usopszago raba Bożija Matwieja, i o eże prostitiesia jemu wsjakomu pregreszeniju, wolnomu że i niewolnomu, potem: Gospodi, pomiłuj!, pojedyncze: Miłosti Bożija, Carstwa Niebiesnago i ostawlenija griechow jego u Chrysta, biesmiertnago Caria i Boga naszogo, prosim, i wielokrotne: Podaj, Gospodi, co zostało usłyszane czterdzieści dziewięć razy.

Raz nie zostało. Cała siła potrzebna, aby się tak stało, znalazła się wtedy bowiem nie w słuchu, ale spojrzeniu, które wczepiło się w leżące w otwartej trumnie zwłoki. Zrobiło to tak mocno, jakby było niemożliwe, by je od nich odspawać, nie wyrywając przy okazji kawałka marynarki. – Okłamałeś mnie – zostało raz pomyślane. – Okłamałeś, że będzie tak, jak powinno. Skąd wiem, jak powinno być? Ty debilu. Każdy to wie.

Tak powinno być – było myślane dalej. – Że się poznaliśmy na Tinderze, dobrze, okej, tak ludzie teraz robią, ale potem to jednak coś poważnego. Bo jesteśmy ludźmi, ale poważnymi ludźmi, mamy obowiązki. Bo ty robisz studia w Wiedniu, a ja w Warszawie. Że się odwiedzamy. I co? I ja cię odwiedzałam. A ty? Rano wychodziłeś, mówiłeś, że na zajęcia; kłamstwo. Że zdajesz egzaminy; kłamstwo. Że musisz się uczyć do kolokwium; i o czym jeszcze okłamałeś? – W tym momencie myśli zrobiły się jakby bardziej tłoczne. – Że byłeś szczęśliwy. Nie byłeś, nigdy, nawet jak wrzeszczeliśmy na diabelskim młynie. A to był twój obowiązek!… Każdego człowieka jest!… Tak trzeba: skorzystać ze wszystkiego, co świat ma do zaoferowania!… Nie tylko z młyna. Gdzieś pojechać. Do Tajlandii. Wspólnie, mieć wspólne wspomnienia. Nie ma, wiesz, wspomnień, które ma tylko jeden człowiek. On widzi wszystko z jednego miejsca, dlatego potrzebny mu drugi, by powiedział, jak to wygląda skądinąd.

Wczepione w zwłoki, spojrzenie nie obejmowało ich całych; ponieważ utkwiło na wysokości żeber, pozwalało odbić się w oczach – jednych – wyłącznie szyi i twarzy, ale nie brzuchowi i nogom. To jednak wystarczyło, by zostało pomyślane: – Nie wyglądasz na martwego… –  oraz: – A na żywego? Też nie. Nigdy nie byłeś żywy. Nawet na diabelskim młynie, jak wrzeszczałeś, ja też, i jeszcze czułam, że bije ci serce. I co, to wystarczy? Tyle razy mówiłam: poznaj mnie ze znajomymi, ze studiów znajomymi. Nie tylko ty i ja, ale też ludzie. Przyjaciele na lata, może. Ze studiów ma się przyjaciół na lata. Ale ty nie chodziłeś na żadne studia. Wszystkim powiedziałeś, że studiujesz w Wiedniu, od rodziców wziąłeś hajsy, a nie studiowałeś. Nie, że się nie dostałeś. Ale nie złożyłeś papierów. A ja cię przejrzałam, i to wcześniej niż… myślałeś. Jak cię spotkałam w Kunsthistorisches, a miałeś być na zajęciach, to nie był jedyny raz, gdy za tobą poszłam. Widziałam cię w bibliotece.

W pubie, czy naprawdę nie mogłeś wybrać pubu w innej dzielnicy? Nie mogłeś. Dlatego się pierdol. Tak ci powiedziałam. A ty? To też był twój obowiązek: za mną łazić, dymać do Polski, jak stalker. Ani razu mnie nie stalkowałeś.

W momencie, gdy każde z nich było myślane, czterdzieści osiem razy słyszano inne słowa, wymawiane głosem człowieka ubranego na biało. Dobiegał on znad pulpitu, na którym spoczywała olbrzymia otwarta księga. Tego, co zapisano na jej stronach, nie dało się dostrzec, nie znalazłszy się blisko niej: Ne choszczu że was, bratie, ne wiedieti o umerszych, da ne skorbitie, jakoże i procziji ne imuszcziji upowanija. Aszcze bo wierujem, jako Iisus umrie i woskresie, tako i Bog umerszyja wo Iisusie prywiediet s Nim.

Gdy te słowa zostały przeczytane, raz pomyślano: – Nic nie rozumiem.

A potem: – Tak długo to trwa, a ja nic nie rozumiem. Czemu w tej religii to musi tyle trwać? Ludzie mają obowiązki… Zresztą, może…? – Myśl zjawiła się nagle i zaraz została odpędzona. – Wszyscy zrozumieją. Nikt nie będzie miał pretensji. Nie, nie można tak… To mój obowiązek być tutaj. Przez godzinę to mój obowiązek. Dwie. Trzy. Ile jeszcze?

W tym momencie pięćdziesięciokrotnie usłyszano, powiedziane głosem ubranego na biało człowieka: Duszy ich wo błażych wodworiatsia, potem dobiegające z góry: Alliluja, alliluja, alliluja, a jeszcze potem, znów raz, pojawiła się myśl: – Żadnego alliluja.

Mało co uniemożliwia myślom już myślanym, żeby je pomyśleć do końca; by tak się stało, musi okazać się od nich większe, i tamtego przedpołudnia takie się okazało. Kolejne tylko się zaczynały i po sekundzie były łamane; wówczas ich niepomyślana połowa rozpadała się, jak na wpół spróchniałe drewno, przy jednym końcu zdrowe, zwarte, przy drugim na odwrót. – Synku, miałeś jeden obowiązek, to było… – Reszta od razu się pokruszyła. Druga: – Widziałam cię po raz pierwszy, szpital w Białym, byłeś… – A potem: mnóstwo popiołu. Tak samo z trzecią: – Nie powinnam ci tego mówić, ale przyszedłeś pi… – Czwartą: – Tego też, a przecież sprzedałeś… – Piątą: – I… – Szóstą: – To był twój… – Siódmą: – Dla ciebie. Byłeś taki zdolny. Piątka na klasówce każdej. – Ósmą: – Czego ci nie dałam…? Mają państwo zdolne dziecko!, powiedzieli… – Dziewiątą: – W Warszawie tak samo. A to straszne miejsce… – I dziesiątą: – Widzę cię po raz ostatni. Nigdy cię nie wypuszczę z mojego spojrzenia. Będę cię zawsze trzymała. Pod powiekami…

Kiedy te myśli się łamały, czterdzieści osiem razy widziane było, jak kobieta w puchowej kurtce zawodzi – i ponadto nic więcej, bo gdy natrafiło na ten obraz, spojrzenie od razu wędrowało ku dołowi. Ani razu nie zostało toteż zobaczone, że stojący obok niej mężczyzna, o którym wcześniej pomyślano, że jest chłopakiem, obejmuje kobietę i przyciąga do siebie. Gdy zrobił to tak, że bliżej się już nie dało, raz zostało pomyślane: – Matwiej, kurwa, nie, nie mogę.

I: – Jesteś martwy.

To z kolei są myśli, które nie zostały wtedy pomyślane: – Jesteś martwy, a byłeś mądry. Duży. To dla ciebie się tutaj przeprowadzili. Dostałeś dar – nie było myślane. – Twój mózg. Jak człowiek dostaje dar, to ma z nim obowiązek coś zrobić. Powiedziałem ci, że tak musisz, a ty? Że jesteś zmęczony. To było po maturze, twojej, ja jeszcze w gimbazie, a potem wyjechałeś i okłamałeś wszystkich. Siedziałeś w kawalerce i piłeś. Jak można tak przez cały czas pić? Nie na melanżu! Od rana! Dzień w noc, noc w dzień! Czy to dlatego nie wyglądasz teraz jak martwy? To nie powinno tak być – nie było myślane. – Wydarzyło się wszystko, co nie powinno się wydarzyć. Miałeś obowiązek: być ode mnie większy, a teraz cię nie ma, i co, ja mam być ten duży?

W to, co nie było myślane, wdzierało się to, co było słyszane: wpierw głos człowieka ubranego na biało, I ot Ioanna swjatoje Błagowiestwowanije cztienije, a potem dobiegające z góry: Sława Tiebie, Gospodi, sława Tiebie!, potem, po chwili ciszy, rozległo się zaś: Amin’, amin’  głagolju wam: jako słuszajaj słowiese moego i wierujaj posławszemu mia imatie żywot wiecznyj, i na sud ne priidiet, no priejdiet ot smierti w żywot, dochodząc znad otwartej księgi. Pomiluj nas, Boże, po wielicej miłosti Twojej, molim Ti sia, usłyszy i pomiluj, Gospodi, pomiluj.

Ostatnie zdanie zostało powtórzone trzykrotnie. Wówczas raz pomyślano:

Trzy. Ładnie. Tak to powinno być.

Potem:

Czasu jest sporo.

A następnie:

Mati, to ty to powiedziałeś: że to największy prezent i najgorszy, jaki człowiek może dostać. Jak go dostanie, to ma poczucie, że coś z czasem musi zrobić. No, ładnie to powiedziałeś, kochany. – Te myśli zastąpiły inne: – Wszyscy na mnie patrzą. Czy śmierdzę? Czuć ode mnie? Mówiłem: nie przychodzić. Oni wiedzą. Oni wiedzą, że to koło mnie był, jak… jak wtedy, no. Akurat, kiedy szedł pociąg do Szczecina. W sensie: miał iść.

To było myślane: – Nie żebym wierzył we wszystko, co opowiadałeś. Byłeś za granicą? Jeżdżą tam pociągi, ale że co: ty takim pojechałeś? Na studia? Chłopie, gdybyś pojechał, to byś nie siedział ze mną! Gdynia–Kraków wtedy smyrgnął, opóźniony. Przyjechał Przemyśl–Szczecin, wyjątkowo przed czasem… Ale chyba faktycznie byłeś. Co to za sprawa! Raz cię spytałem, kiedy się spóźniał „Sobieski”: Mati, a jak jesteś taki mądry, to nie myślisz, że kiedyś się świat obróci, i my, chlejusy, będziemy na górze? Powiedziałeś, że czemu nie. „Sobieski” wciąż nie przyjeżdżał. Ja na to: no, tak nie powinno być, mimo wszystko. Wtedy powiedziałeś, że nie ma żadnego powinno, nie powinno. Że człowiek się tylko tego trzyma, że powinno coś być. A przecież nie ma takiego momentu, że „Sobieski” przyjedzie, dopóki nie przyjedzie. A jak nie przyjedzie? Skąd można wiedzieć na sto procent, co się zdarzy?

Jak się człowiek napije, powiedziałeś, to widać wyraźniej: nie ma żadnego czasu. A jak nie ma czasu, to nie ma: trzeba, nie trzeba. Reszty, co mówiłeś, nie pamiętam, a szkoda, bo pewnie to było coś mądrego.

Po czym: – A teraz włożą cię do ziemi. Zimnej ziemi! Zimnego do zimnej ziemi! Nie jest mi z tej racji smutno, Mati. Jestem szczęśliwy i ty też jesteś, bo u ciebie, kochany, już nie istnieje czas.

Rozległo się:

Jako Ty esi woskresenije i żywot, i pokoj usopszych rabow Twoich Matwieja, Chryste Boże nasz, i Tiebie sławu wozsyłajem, so bieznačalnym Twoim Otcem, i preswiatym i błagim i ży-wotworiaszczim Twoim Duchom, nynie i prisno, i wo wieki wiekow!… – Potem zostało pomyślane, raz: – Czyli to chyba koniec – a jeszcze potem, również raz: – Najwyższy czas, żeby to już był koniec – i, następnie, dwa: – Widzę go po raz ostatni. Zaraz zamkną trumnę, a ja go widzę po raz ostatni. Kiedyś to było, że po raz pierwszy, a gdy człowiek po raz pierwszy kogoś widzi, przecież zakłada, że zobaczy po raz drugi, trzeci… – oraz, wpierw właśnie trzy razy, a potem trzynaście: – Oni do niego podchodzą? Całują? Ach, no dobrze, to i ja to zrobię!…

To nie zostało pomyślane: że nie trzeba całować. Nie zostało pomyślane, iż z perspektywy zwłok – gdyby zwłoki mogły przyjąć jakąkolwiek perspektywę – złożony i niezłożony pocałunek jest taki sam, bo zwłoki istotnie nie rozważają, co się musi zdarzyć.

Nie obliczają, kto pochyla się głębiej, a kto płyciej; nie notują, kto muska ustami skórę dłoni, a kto tylko udaje, uświadamiając sobie: – Martwy. Wszyscy jesteśmy tu dla niego, a on jest martwy! – kto zaś się nachyla i, chociaż sam nie wie, że to robi, wącha, też przez chwilę będąc tam, gdzie nie mieszka żadna powinność; a gdy jeszcze tam trochę przebywa, to gdzie indziej, otumaniony, krokiem lalki na sznurkach, kieruje się w stronę zamkniętych drzwi.

Nie nacisnąwszy na klamkę, przystaje. Nie dzieje się tak dlatego, że nie jest pewny, czy tak to się tu odbywa; czy nie, dla przykładu, człowiek ubrany w coś, o czym pomyślano, że nazywa się szatą, będący kimś, o kim pomyślano, że nazywa się diakonem, za chwilę nie otworzy cerkwi. Co do czego nie ma przekonania, to raczej: czy gdy uchyli sklepione półkoliście wrota, cokolwiek za nimi zobaczy. Pewności tej nabiera dopiero stopniowo i nie zdąża jeszcze nabrać całkiem, kiedy w końcu klamkę naciska; to dlatego świat za drzwiami jeszcze jest i nie jest, póki za nią trzyma. 

styczeń 2026

Artykuł pojawił się w numerze: Poza zasięgiem