Subskrybuj
Romanistka, redaktorka, tłumaczka. Przez wiele lat pracowała w Wydawnictwie Znak, gdzie m.in. kierowała działem literatury pięknej, od 2008 r. redaktorka naczelna Wydawnictwa Karakter, którego jest współzałożycielką. Redaktorka wielu książek Wiesława Myśliwskiego.

Dlaczego czytam Coetzee’ego?

Coetzee jest mi do życia koniecznie potrzebny. Niewielu znam pisarzy, których proza ma taką siłę rażenia: wywołuje dreszcze, przenika do krwi, uzależnia. Chwyta za gardło, paraliżuje, pozostawia na zawsze jakiś niewidzialny osad. Lektura Coetzee'ego to dojmujące przeżycie, które sprawia, że stajemy się ludźmi.

 

Pytanie postawione w tytule równie dobrze mogłoby brzmieć: dlaczego oddycham, jem i śpię? Coetzee jest mi do życia koniecznie potrzebny. Niewielu znam pisarzy, których proza ma taką siłę rażenia: wywołuje dreszcze, przenika do krwi, uzależnia. Chwyta za gardło, paraliżuje, pozostawia na zawsze jakiś niewidzialny osad. Pisząc o Coetzee’em, nieprzypadkowo używam określeń raczej fizjologicznych niż filologicznych. Wszak, jak powiadał Cioran, każde doświadczenie metafizyczne wyraża się w terminach fizjologii. Lektura Coetzee’ego to dojmujące przeżycie, które sprawia, że stajemy się ludźmi. Skażeni Coetzee’em wyraźniej dostrzegamy  skazę  –  w świecie i w nas samych.

Skaza, hańba, wina – pojęcia te powracają w kontekście każdej jego powieści. Podobnie jak: pokuta, odkupienie, zadośćuczynienie. Jest swoistym paradoksem – i to nie jedynym, o jakim będzie tu mowa – że pojęcia, na których zasadzała się nasza kultura, ale które współcześnie znalazły się na jej obrzeżach (tak, jak znalazła się na nich religia), są jej przywracane przez postmodernistę i agnostyka. W powieściach Coetzee’ego na nowo nabierają powagi i gatunkowego ciężaru, znów  mają   sens. Myślę, że jeśli coś u Coetzee’ego poraża, szokuje albo irytuje, to wbrew pozorom nie okrucieństwo lub bezwzględny ton jego prozy, a raczej te właśnie pojęcia, które wyrzuciliśmy z naszego słownika, których wolelibyśmy nie pamiętać. Jak on ma czelność tak do nas mówić! Jak śmie używać takich słów! Oburzeni, jak zwykle sięgamy do zestawu wygodnych etykietek i nieomylnie wybieramy tę z napisem: moralista. Ostatni Mohikanin świata prawdziwych wartości.

Ha! I tu Coetzee chwyta nas w pułapkę. Bo choć w bezkompromisowy sposób stawia problem dobra i zła, winy i odkupienia, nie kwapi się, aby wskazać możliwe rozwiązania. Mimo że świat jego powieści naznaczony jest ostrymi pojęciami, próżno szukać tam jednoznacznych wartości, klarownego podziału na to, co dobre i to, co złe. Wszystkie kolory są złamane, linie proste wygięte w łuki, jedne uczucia podszyte innymi. Każdy jest jednocześnie dobry i zły, czysty i zbrukany. Każdy nosi w sobie skazę, a racje stoją po wielu stronach. Wszyscy są zranieni i wszyscy ranią. Nie ma od tego ucieczki. Powieści Coetzee’ego wyprowadzają nas z egzystencjalnej równowagi i każą przejść przez piekło odrzucenia, upokorzenia, utraty. Nie przez czyściec, lecz piekło, bo choć mają one siłę antycznych tragedii, ich lektura nie przynosi oczyszczenia. Litość – tak, trwoga – tak, katharsis – nie. Nie ma rozwiązania problemu dobra i zła, nie ma ucieczki przed bólem, hańbą, rozpaczą. Jest bez-nadziejne poszukiwanie bliskości i zrozumienia. Jedyne, co pozostaje, to podjęcie wysiłku współczucia, współodczuwania.

Motyw współuczestnictwa i empatii często powraca na kartach najbardziej autotematycznej z książek Coetzee’ego, Elizabeth Costello. „Powieść powinna być jak siekiera, która rozbija zamarznięte morze w naszej piersi”- pisał Kafka, jeden z patronów tej i wszystkich innych powieści autora Hańby. Coetzee wystawia nas na cierpienie, ból i upokorzenie swoich bohaterów, ponieważ wierzy w sprawczą moc literatury, wierzy, że może nas swoją  literaturą odmienić. Odświeżyć naszą wrażliwość, uczulić na zło. Jest w tym dążeniu bezwzględny i zarazem subtelny. Subtelny – jak tylko subtelny może być świat idei, a bezwzględny – jak bezwzględna jest prawda o rozkładzie ciała, zapachu jego wydzielin, konsystencji krwi. Choć bohaterami książek czyni niemal zawsze ludzi starych, osamotnionych, nieszczęśliwych, do których pasuje inna modna etykietka: „wykluczeni”, udaje mu się wykroczyć poza prosty podział na inside- i outsiderów. Kiedy mocniejszy snop światła pada na którąś z drugoplanowych postaci, natychmiast okazuje się, że i ona nosi w sobie rysę, że jest naznaczona wewnętrzną sprzecznością, która uniemożliwia jej bezbolesną egzystencję w obrębie jakiegoś społecznego systemu. Coetzee uniwersalizuje  swoich bohaterów do tego stopnia, że każdy z nas odnajduje w nich  ślady swojego ja.  I ty jesteś konsulem, i ty jesteś Fiodorem Aleksandrowiczem, i ty będziesz żebrał o miłość, i ty możesz stać się kiedyś pustą lalką, wewnątrz której będzie siedział krab i „oślepiony strumieniem światła” będzie „oblizywał wargi” (Wiek żelaza) – zdaje się mówić Coetzee. Samoświadomość tych postaci, ich dystans wobec samych siebie, wprawiają nas w zakłopotanie, ale jednocześnie stanowią ścieżkę dostępu do ich wewnętrznego życia. To poszerza zakres naszego współuczestnictwa w ich dramacie.

Coetzee pisze o tym, co  pomiędzy. O tym, co niewypowiadalne pomiędzy jednym a drugim człowiekiem, pomiędzy tym, czego pragniemy a tym, co jest dla nas dostępne, pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym, kim chcielibyśmy być. Ten rozziew, ta niedoskonałość wpisane w ludzką egzystencję są powodem wstydu, cierpienia, upokorzenia. Coetzee bezustannie przekracza granicę dopuszczalnej szczerości i mówi to, o czym zwykliśmy milczeć. Mówi, a raczej: daje nam do zrozumienia. Jego powieści w rzadki sposób łączą wymiar symboliczny ze zmysłowością. Język, choć nieraz ostry jak skalpel, często zamienia się w stetoskop. Opukuje  organizm, nasłuchuje dochodzące z głębi szmery. Bada życie wewnętrzne. Sporo mówi się o precyzji stylu Coetzee’ego, rzadziej zauważa się gęstą tkankę niedopowiedzeń, sugestii, snów, wspomnień, skojarzeń, z której zbudowany jest świat jego powieści: „Mój umysł jest jak sadzawka, w której zanurza się jego palec i miesza w niej. Bez tego palca jest martwota i apatia” (Wiek żelaza). „Znowu poprzez nią on przechodzi w mrok i w głębinę wód, gdzie wśród innych utrapionych unosi się jego syn” (Mistrz z Petersburga). Nie da się wszystkiego wyrazić. To, co dzieje się pomiędzy ludźmi, jest smutną tajemnicą.  Brakuje słów, znaczenia rodzą się pomiędzy słowami: „Zawahał się, bo w pierwszej chwili chciał powiedzieć [że jest] nie >pionkiem<, tylko >okrawkiem<. Ścinkiem paznokcia, który ktoś kradnie, zawija w papierową serwetkę i zabiera z sobą dla jakichś własnych celów” (Elizabeth Costello). Nieświadomość przypływa raz mniej, raz bardziej wyraźnymi falami, czasem ujawnia się podskórnie, w samej konstrukcji powieści, jak na przykład w Hańbie, gdzie tytuły rozdziałów – Jeden, Dwa, Trzy… – zamieniają się w odliczanie psów wrzucanych do pieca; dwadzieścia cztery rozdziały i dwudziesty czwarty, ostatni, pies: „Poddajesz go?” „Tak, poddaję” – odpowiada bohater. Niewidzialna siekiera trafia w samo serce.

W swej bezwzględności Coetzee posuwa się jeszcze dalej. Nie dość, że sięga po niedozwolone słowa, odwołuje się do nielubianych pojęć, przełamuje społeczne i – co gorsza – prywatne tabu, nie ukrywa wcale, że koniec końców to tylko fikcja. Gra. Z formą, z konwencją, z zasadą powieści. Sądzę, że to między innymi dzięki temu właśnie tak doskonale przemawia on do wrażliwości współczesnych czytelników, dla których powieść już dawno przestała być tylko dobrze opowiedzianą historią; ów metaliteracki wymiar jego książek sprawia, że odbieramy je jako  autentyczne.  Wiemy, że Coetzee gra, ale czujemy, że jest to gra śmiertelnie poważna. Czujemy to wyraźnie, kiedy czytamy słowa Fiodora Michajłowicza: „Czytanie jest pełnym oddaniem, a nie trzymaniem się na dystans i szydzeniem” i odpowiedź na nie: „Mówi Pan o czytaniu, jakby to było opętanie przez demona” (Mistrz z Petersburga).

A zatem, raz jeszcze: dlaczego czytam Coetzee’ego? Bo jestem przez niego opętana. Powtórzę znowu za Kafką: „Uważam, że powinniśmy czytać tylko takie książki, które nas ranią i dźgają. Jeżeli książka, którą czytamy, nie obudzi nas uderzeniem w głowę, to po co ją czytać? (…) Potrzebne nam książki, które działają na nas jak katastrofa”.

Artykuł pojawił się w numerze: J. M. Coetzee w świecie bez łaski