Subskrybuj
Ireneusz Kania (fot. Adam Walanus)
Ireneusz Kania (fot. Adam Walanus)
Redaktor naczelny Wydawnictwa Znak, krytyk literacki. Wkrótce ukaże się jego książka „Zagram ci to kiedyś…”. Stanisław Radwan w rozmowie z Jerzym Illgiem.

Gość z innej planety

Jednym z cudownych zdarzeń, z powodu których mam się za życiowego szczęściarza, jest fakt, iż miałem zaszczyt cieszyć się przyjaźnią twórców, co do których byłem absolutnie pewny, że nie mają odpowiedników wśród istot zaludniających naszą planetę. Jednym  z nich, wyraźnie niemieszczącym się w paradygmacie zwykłych śmiertelnych, był Ireneusz Kania.

Trwają dyskusje, czy znał 28 języków czy też 23. Tłumaczył bodaj z 18, w tym z sanskrytu, tybetańskiego i pali, o banalnych wszystkich językach europejskich nie wspominając. Pamiętam osłupienie Roberto Calasso, szefa elitarnego wydawnictwa Adelphi w Mediolanie, gdy zobaczył listę autorów tłumaczonych przez Kanię, kręcił głową z niedowierzaniem: „Przecież to są wszystko moi autorzy: Eliade, Cioran, Kerényi, Graves, ale ja do każdego z nich potrzebuję osobnego tłumacza – a ten facet robi to sam!”. Najbardziej niesamowita była rozbrajająca szczerość i prostota, z jaką Irek mówił, że tego akurat języka nauczył się w miesiąc, tamtego, bo chciał w oryginale przeczytać Boską komedię– z równą łatwością kto inny mógłby przejrzeć…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką