Subskrybuj
Ilustracja przedstawia ciemną, sylwetkę z zarysem twarzy i łzami na policzku. Obok widoczny jest różowy, półprzezroczysty mózg, wypełniona liniami i schematami przypominającymi układ elektroniczny. Poniżej biegnie jasnoróżowa ścieżka z małymi rysunkami pojazdów. Nad sylwetką unoszą się białe ptaki. Tło ma jasnoniebieski kolor i zawiera uproszczone kształty chmur
Ilustracja: Ola Sawik
Filozof i historyk nauki. W pracy badawczej zajmuje się kognitywistyką i historią kwantyfikacji. W IFiS PAN przygotował doktorat o wykorzystaniu teorii informacji w neuronauce do wyjaśniania procesów mentalnych.

Czy filozofia da lek na raka?

Słynny bon mot przypisywany Richardowi Feynmanowi głosi, że „naukowcy potrzebują filozofów tak jak ptaki ornitologów”. Tyle że gdyby ptaki rzeczywiście słuchały ornitologów, przestałyby rozbijać się o okna – podobnie naukowcy mogliby skorzystać z filozoficznych narzędzi

W 2011 r. warszawska prokuratura podjęła decyzję, która zajmuje szczególne miejsce w annałach nie tylko polskiego sądownictwa, ale i rodzimej nauki. Umorzono wówczas śledztwo w sprawie Janusza Palikota, który w oświadczeniach majątkowych przeoczył fakt posiadania samolotu, luksusowych aut i spółek w rajach podatkowych. W uzasadnieniu prokuratury powołano się m.in. na jego „filozoficzne wykształcenie i specyficzny stosunek do wartości materialnych”.

Stereotyp filozofa jako istoty oderwanej od rzeczywistości okazał się na tyle potężny, że zdołał uchronić milionera przed odpowiedzialnością za zatajenie majątku. O ile jednak w sądzie ten wizerunek uchodzi za poręczną wymówkę, o tyle w debacie publicznej służy za narzędzie do bezlitosnego pacyfikowania całej dyscypliny. Podobny sentyment ujawnił się bowiem niedawno wśród polskiego komentariatu na portalu X (dawniej Twitterze). Pretekstem była nominacja filozofki nauki Joanny Malinowskiej do zarządu międzynarodowej rady naukowej European Philosophy of Science Association (EPSA). Można od biedy zrozumieć, że zbitka słów „filozofia nauki” może brzmieć dziwnie, bo wiadomo: gdzie nauka, a gdzie dyrdymały. Mnie jednak besserwisserstwo i różnorodność obelg w tym wątku niepokoiły jeszcze długo. „Filozofia nauki? A nie ma filozofii spawalnictwa?” – ironizował jeden z komentujących. Inny wtórował: „W sensie że Chińczycy latają w kosmos, a Polacy filozofują, jak im się to udaje?”.

W gąszczu miażdżących krytyk szczególnie spodobało mi się jednak zdanie emblematyczne dla nieufności wobec filozofii jako czczej gadaniny: „Szybszy internet z tego będzie czy lek na raka?”. A żeby się pan nie zdziwił.

Ornitologia dla rozbitków

Z internetowymi trollami czy ludową mądrością zazwyczaj łatwo się rozprawić. Problem w tym, że podobną pobłażliwość odnajdziemy na szczytach naukowej hierarchii. W grudniu 2015 r. na Uniwersytecie Ludwika i Maksymiliana (LMU) w Monachium odbyła się konferencja zwołana przez fizyków teoretycznych, którzy w obliczu zażartych sporów o fundamenty swojej dziedziny: multiwersum, teorię strun i granice ich falsyfikacji, poczuli, że dotarli do ściany. Zaczęli podejrzewać, że ich problemy przestały być czysto matematyczne i obliczeniowe, a zaczęły dotyczyć definiowania używanych pojęć. Wezwali więc na pomoc filozofów nauki. David Gross, laureat Nagrody Nobla z fizyki, otwierając dyskusję, nie zdołał się jednak powstrzymać. Sięgnął po słynny bon mot (przypisywany Richardowi Feynmanowi): „naukowcy potrzebują filozofów tak jak ptaki ornitologów”. Gross użył go jako retorycznego wytrychu: zazwyczaj was nie potrzebujemy, ale w drodze wyjątku spróbujcie pomóc.

W rzeczywistości sam Feynman używał innej metafory: naukowców widział jako odkrywców, którzy zakładają przyczółki na nowych terytoriach, filozofów natomiast jako turystów, którzy przychodzą na gotowe, włażą do postawionych namiotów i co najwyżej opisują obozowisko. Jednak to z ptasią metaforą wspaniale rozprawił się Tim Maudlin, filozof fizyki. Zauważył on mianowicie, że ornitologia byłaby w sumie niezwykle przydatna dla ptaków – gdyby tylko potrafiłyby ją zrozumieć. Mogłyby np. przestać masowo rozbijać się o okna i ekrany przy autostradach. Fizycy być może stali się ofiarami tego rodzaju szklanej pułapki.

Dziś jednak prym w lekceważeniu „ornitologów” wiodą inżynierowie z Doliny Krzemowej. Geoffrey Hinton, laureat Nagrody Turinga i jeden z architektów uczenia maszynowego, odszedł z Google w 2023 r. ostrzegać świat przed egzystencjalnym ryzykiem związanym z AI. Kiedy jednak podczas wykładu zapytano go o wkład humanistyki w te kwestie, bezceremonialnie odrzucił filozofię. „Potrzebujemy ludzi z praktycznym doświadczeniem” – stwierdził. Hinton przyznał wprost, że nie czyta literatury filozoficznej ani socjologicznej np. z zakresu AI alignment (dopasowania celów sztucznej inteligencji do ludzkich wartości). Dla niego liczą się wyłącznie artykuły technologiczne.

Powinno nas to niepokoić. Oto wybitny naukowiec o wielkim autorytecie, który ogłasza zawieszenie pracy badawczej na rzecz alarmowania w kwestiach społecznych i cywilizacyjnych, ostentacyjnie ignoruje dorobek dziedzin, które badają społeczeństwo i wartości od tysiącleci.

To intelektualna pycha i „zdroworozsądkizm” inżyniera, który uważa, że skoro potrafi zbudować silnik, z automatu staje się ekspertem od urbanistyki, kodeksu drogowego i psychologii tłumu.

Relacja między aplikacyjną nauką a filozofią bywa zresztą asymetryczna. Współcześni filozofowie nauki doskonale zdają sobie sprawę, że aby w ogóle zabrać głos, muszą najpierw pokornie odrobić lekcje – zrozumieć kod, równania fizyczne i mechanikę komórkową. W drugą stronę raczej się to nie dzieje. Oczywiście zdecydowana większość codziennej, rzemieślniczej nauki bardzo dobrze radzi sobie bez filozofów. Problem pojawia się, gdy inżynierowie i entuzjaści zdrowego rozsądku nabierają przekonania, że od problemów pojęciowych mogą się po prostu całkowicie odseparować.

Kiedy badacz z dumą ogłasza, że ignoruje abstrakcyjne dywagacje i zajmuje się wyłącznie „twardymi faktami”, powinien uruchamiać się alarm. Chociaż myśli, że omija problemy filozoficzne, to jednak zaczyna je rozwiązywać amatorsko, nieświadomie opierając swoje badania na kiepskich, nietestowanych założeniach. Chłopski rozum nie jest brakiem stanowiska filozoficznego, tylko irytującą fuszerką. A można lepiej. Przy odrobinie wzajemnego realnego zrozumienia i współpracy obie strony naprawdę korzystają. I dzieje się to współcześnie z imponującymi sukcesami, do tego w odległych od siebie domenach.

Rzeźnicy od definicji

Nietzsche postulował filozofowanie młotkiem, ale to Platon w Fajdrosie podał znacznie precyzyjniejszą metaforę. Dobra filozofia, twierdził, powinna przypominać wprawnego rzeźnika: musi kroić rzeczywistość wzdłuż stawów, zamiast rąbać mięso gdzie popadnie.

Potrzeba precyzji uderza mnie zresztą zawsze, gdy wchodzę do swojego bloku. Budynek, w którym mieszkam, skrzętnie ukrywa, że częściowo jest hotelem. Ma ukrytą recepcję (nadzorca na pełen etat), magnetyczne zamki na karty w drzwiach, skrytki do samoobsługowego check-inu, dziwaczne lobby z fotelami i książkami (który mieszkaniec chce przesiadywać w lobby swojego bloku?!). Brakuje za to komórek lokatorskich i podziemnego garażu. A w niedziele zajeżdża wielki wózek załadowany po brzegi identycznym praniem w przemysłowej ilości. To architektoniczne i pojęciowe bagienko zostało, naturalnie, zaprojektowane z premedytacją: ma unikać obciążeń i regulacji przypisanych tradycyjnemu hotelarstwu, jednocześnie czerpiąc z niego zyski. Półhotel? Parahotel? Co z tym zrobić?

Precyzyjne definiowanie zazwyczaj nie należy do rzeczy łatwych. Przekonał się o tym i Platon, gdy na swoje twierdzenie, że „człowiek to dwunóg nieopierzony”, musiał zmierzyć się z kontrprzykładem Diogenesa, który przyniósł mu oskubanego kurczaka. Ten drugi dziś pewnie swoją beczkę nazwałby mikrokawalerką premium.

Przez lata obserwowaliśmy podobną sofistykę w starciu platform cyfrowych z prawem pracy. Kto pamięta płynne rynkowe przejście od klasycznych taksówek, przez „przewóz osób”, aż po sharing economy i uberyzację, wie, o czym mowa.

Sądy gubiły się, wydając sprzeczne wyroki w sprawie kierowców z aplikacji. Próbowały działać przez analogię i odhaczanie historycznych list kontrolnych. Patrzyły na „dostawców oprogramowania”, pytając: czy to przypomina firmę transportową z 1950 r.? Czy posiada flotę aut? Nie. Czy podpisuje standardowe umowy o pracę? Nie. Wniosek prawnika? To nie jest korporacja taksówkarska, to tylko „neutralna platforma wymiany informacji”. Kazuistyka ugrzęzła, próbując kroić nową rzeczywistość tępym nożem dawnych form, podczas gdy prawnicy korporacji zacierali ręce, tworząc sprytne pojęciowe raje podatkowe. W takich sytuacjach należy skorzystać z narzędzi, które oferuje ontologia społeczna.

To stosunkowo świeża dziedzina, w której filozofowie tacy jak Brian Epstein próbują odnaleźć ogólne, uniwersalnie stosowalne warunki do definiowania tego rodzaju obiektów. Dowodzą, że kategorie społeczne („firma”, „pracodawca”, a także „granica państwa” czy „pieniądz”) są konstruowane funkcjonalnie. Banknot stuzłotowy jest pieniądzem nie dlatego, że składa się z danych fragmentów zadrukowanego papieru, ale dlatego, że realizuje specyficzną funkcję w systemie obrotu papierów wartościowych, a właściwie rzecz biorąc – w systemie zaufania.

Badacze zrozumieli, że aby wygrać z gig economy, ekonomią pracy dorywczej, trzeba podjąć rękawicę i uszczelnić system poprzez wypracowanie ogólnych warunków bycia danym obiektem. Brzmi całkiem jak filozofia, prawda? Jeremias Prassl z Oxfordu rozłożył monolityczne pojęcie „pracodawcy” na zbiór konkretnych, rozproszonych funkcji. Zamiast pytać, czy ktoś podpisał papierową umowę, zapytał: kto ostatecznie ustala stawkę za przejazd? Kto z góry dyktuje warunki i kontroluje markę? Kto posiada ukryte narzędzia dyscyplinujące (np. algorytm odcinający kierowcę od zleceń za anulowanie zbyt wielu kursów)? Jeśli aplikacja realizuje te funkcje, to ontologicznie rzecz biorąc, jest pracodawcą. Niezależnie od tego, jak nazywa samą siebie w regulaminie.

Kiedy brytyjski Sąd Najwyższy w 2021 r. wydał historyczny wyrok na korzyść kierowców Ubera (uznając ich za pracowników, workers), sędziowie nie uzasadniali wyroku znalezieniem zapomnianego paragrafu w zakurzonych księgach. Zrobili dokładnie to, czego wymagała dobra analiza pojęciowa: zignorowali językową fikcję narzuconą przez korporacyjne umowy („jesteśmy tylko apką”) i przeanalizowali tę rynkową relację od nowa, wzdłuż jej realnych, funkcjonalnych stawów.

Epistemologia jako epidemiologia

Zazwyczaj zakładamy, że lekiem na fake newsy i dezinformację jest po prostu edukacja. Wystarczy nauczyć jednostkę krytycznego myślenia, by uodpornić ją na bzdury. Założenie, że wiedza automatycznie leczy z głupoty i błędów, to jeden z najpotężniejszych fundamentów zachodniej myśli, znany już od czasów Sokratesa jako intelektualizm etyczny. Sokrates wierzył, że nikt nie błądzi dobrowolnie, a zło i nieracjonalność wynikają wyłącznie z niewiedzy. Wystarczy kogoś odpowiednio wyedukować, by zaczął podejmować racjonalne, cnotliwe decyzje.

Przez ponad dwa tysiąclecia takie przekonanie było dość powszechne. Najpierw przyjmowano je bez zewnętrznych dowodów poza tradycją i osobistym doświadczeniem. Jednak gdy tylko stało się to możliwe, w II poł. XIX w., wraz z pierwszymi dużymi zbiorami danych statystycznych, próbowano dowieść go empirycznie. Na łamach warszawskiej prasy w latach 70. XIX w. zażarcie debatowali o tym najwybitniejsi intelektualiści epoki, z Bolesławem Prusem na czele. Z wypiekami na twarzy analizowali statystyki kryminalne i edukacyjne, głęboko wierząc, że odsetek przestępczości i irracjonalnych zachowań będzie spadał proporcjonalnie do liczby otwartych szkół.

I wszystko to brzmi szalenie rozsądnie, dopóki nie włożymy problemu powielania błędów w ramy współczesnych modeli formalnych. Epistemolodzy (filozofowie badający poznanie) Cailin O’Connor i James Owen Weatherall w książce The Misinformation Age wykorzystali do tego problemu zaawansowane modele formalne, czyli komputerowe i matematyczne symulacje, które budują mapy, jak informacja wędruje od człowieka do człowieka w obrębie całych sieci społecznych. I udowodnili coś, co zadaje kłam sokratejskiej tradycji.

Wykazali mianowicie, że przy zachowaniu pewnych warunków fałszywe przekonania mogą z łatwością dominować w sieciach społecznych składających się z racjonalnych agentów. Jako koronny dowód wzięli na warsztat historyczne, doskonale udokumentowane kampanie dezinformacyjne przemysłu tytoniowego.

Przez lata koncerny produkujące papierosy wcale nie walczyły z wynikami badań onkologicznych za pomocą banalnych kłamstw. Paradoksalnie uderzały w naukę za pomocą… większej ilości nauki. Zamiast prać ludziom mózgi, hojnie finansowały, a następnie publikowały prawdziwe (choć potraktowane selektywnie) badania rzucające cień wątpliwości na kwestię szkodliwości palenia. O’Connor i Weatherall z użyciem formalnych wykresów udowadniają dość niepokojącą rzecz: w odpowiednio ukształtowanej sieci propagandyści wcale nie muszą fałszować wyników eksperymentów, by zmanipulować opinię wyedukowanych badaczy i publiczności. Wystarczy, że zaleją system wybiórczymi danymi, psując architekturę przepływu dowodów.

Wniosek jest nie tylko nieintuicyjny, lecz i niezbyt komfortowy: problem nie leży w ubytkach ludzkiej inteligencji czy braku logiki, ale w samej strukturze obiegu informacyjnego. To zaś oznacza, że pomysł pokonania dezinformacji wyłącznie za pomocą indywidualnej „psychologicznej” edukacji obywateli przypominać może leczenie cholery aspiryną – wypływa ze szlachetnych intencji, uderza jednak w zupełnie niewłaściwe miejsce. Skoro wina leży w architekturze, to i remedium musi być inżynieryjne. O’Connor i Weatherall wprost postulują reorganizację platform społecznościowych: przeprogramowanie algorytmów tak, by premiowały wartość poznawczą i rzetelność, a nie emocjonalne zaangażowanie, oraz fizyczne izolowanie najskuteczniejszych węzłów dezinformacji (banowanie). Ostatnie badania wskazują też, że dodawanie kontekstu poprzez crowdsourcing może poprawiać rzetelność komunikacji (tzw. community notes na X). Mówiąc krótko: żeby wygrać z kłamstwem, musimy odgórnie zmienić konstrukcję rur, a nie tylko uzdatniać płynącą w nich wodę.

Sto lat niezdatności

W połowie XIX w. matematyk i filozof George Boole spędzał dnie na próbach sformalizowania praw rządzących ludzkim myśleniem. Stworzył rachunek, w którym zdania logiczne mogły przyjmować tylko dwie wartości – prawdę lub fałsz – i można było operować na nich za pomocą podstawowych funkcji: I, LUB oraz NIE. Zajmował się logiką w stanie tak czystym i oderwanym od rzeczywistości, że gdyby Twitter istniał w 1850 r., żarty o „filozofii spawalnictwa” wydawałyby się wyjątkowo trafne. Boole nie miał absolutnie żadnych inżynieryjnych czy komercyjnych motywacji.

Musiało minąć niemal 100 lat, zanim w 1937 r. 21-letni student matematyki i inżynierii na MIT, Claude Shannon, zaprezentował pracę magisterską, która odmieniła bieg historii technologii. Shannon zauważył, że abstrakcyjną algebrę Boole’ a można z absolutną precyzją przełożyć na fizyczne działanie układów elektrycznych. Udowodnił, że umieszczając przełączniki w szeregu, uzyskujemy ucieleśnienie logicznego operatora „ I” , podczas gdy układając je równolegle, tworzymy fizyczne „LUB”. Dzięki temu przełomowi projektowanie układów przestało być rzemiosłem, a stało się rygorystyczną nauką. Dziś każde urządzenie cyfrowe, od kalkulatora po nowoczesny smartfon, jest niczym innym jak fizyczną implementacją XIX-wiecznej filozofii z biurka Boole’a.

Na tym jednak nie koniec transferów. Nowoczesny internet, jaki znamy, opiera się w dużej mierze na relacyjnych bazach danych, wymyślonych w latach 70. XX w. przez Edgara F. Codda. Codd nie wziął jednak swojego modelu z powietrza. Zrozumiał, że gigantyczne, chaotyczne zbiory informacji można uporządkować i odpytywać (tworząc znany dziś powszechnie język SQL), jeśli oprze się je wprost na logice predykatów pierwszego rzędu. To potężne, abstrakcyjne narzędzie zostało stworzone w 1879 r. przez Gottloba Fregego – jednego z największych filozofów przełomu XIX i XX w., który chciał jedynie oczyścić język matematyki z nieścisłości. Frege nie miał pojęcia, że wiek później jego czysta filozofia będzie pomagać autoryzować każdy przelew bankowy i ładować każdą stronę internetową.

Jeżeli to wciąż za mało, spójrzmy na Judeę Pearla, kolejnego laureata Nagrody Turinga. Statystyka przez dekady bała się słowa „przyczyna”, uciekając w bezpieczniejszą „korelację”. Pearl przełamał ten opór. Jego rachunek przyczynowy (causal calculus), który jest dziś sercem zaawansowanej epidemiologii i kluczowym elementem nowoczesnych systemów AI, to nic innego jak bezpośrednie przełożenie na język algorytmów wieków filozoficznych debat o naturze sprawstwa. Pearl zaprzągł do obliczeń tzw. analizy kontrfaktyczne (badanie tego, co by się stało, gdyby pewne zdarzenie nie zaszło), domykając tym samym spory, które toczyli filozofowie tacy jak David Hume w XVIII w. czy David Lewis w XX w. Z całą pewnością to właśnie z uprawiania bezużytecznej filozofii mamy dzisiaj nie tylko szybki, ale i w ogóle jakikolwiek internet.

Zasadność uzasadnień

W filozofii medycyny od lat toczy się fundamentalny spór między dwoma badaczami, Christopherem Boorse’em a Jerome’em Wakefieldem. Zasadnicze pytanie brzmi: czym właściwie jest choroba? Boorse, twórca słynnej biostatystycznej teorii zdrowia, twierdził, że to wyłącznie biologiczna, mierzalna dysfunkcja. Warto tu od razu ostudzić obawy – dla Boorse’a chorobą wcale nie jest to, co po prostu statystycznie rzadkie (inaczej wybitne IQ czy nietypowy pieprzyk musielibyśmy leczyć na oddziałach zakaźnych). Choroba to precyzyjny, obiektywny spadek zdolności organizmu do przetrwania i reprodukcji względem typowego ewolucyjnego planu naszego gatunku. Wakefield ripostował jednak, że sama sucha biologia to za mało – by coś nazwać chorobą, musi to nierozerwalnie wiązać się z wyrządzeniem obiektywnej, życiowej szkody samej jednostce.

Można by wzruszyć ramionami i zostawić tę debatę akademikom, gdyby nie fakt, że ten nierozstrzygnięty, pojęciowy konflikt boleśnie uderzył w miliony pacjentów na całym świecie. Konsekwencje braku precyzji wzięli pod lupę wspomniany Wakefield i Allan Horwitz w głośnej książce The Loss of Sadness. Analizując kolejne edycje amerykańskiego podręcznika diagnostyki psychiatrycznej (DSM), zauważyli coś niepokojącego. Twórcy DSM, ustalając kryteria depresji, w pewnym momencie całkowicie pominęli kryterium kontekstowe – czyli odpowiedź na pytanie, czy obezwładniający smutek ma adekwatną przyczynę w świecie zewnętrznym. W efekcie systematycznie zaczęto reklasyfikować normalną ludzką żałobę, rozpacz i reakcje na potężną stratę jako patologię, jednostkę chorobową wymagającą natychmiastowej farmakoterapii.

Konsekwencje tej na pozór czysto akademickiej niedoróbki uderzyły w pacjentów. Ludzi na całym świecie przeżywających naturalny, adaptacyjny ból po śmierci kogoś bliskiego zaczęto zbyt agresywnie diagnozować jako klinicznie chorych, czasem włączając im wręcz niepotrzebną farmakoterapię. Lekarze, operując dziurawym systemem kategoryzacji, zaczęli „leczyć” samo istnienie rozpaczy, gubiąc z oczu fakt, że w niektórych sytuacjach życiowych to właśnie brak smutku byłby oznaką znacznie poważniejszych zaburzeń.

Najbardziej uderzające w tej historii nie są wcale argumenty samych filozofów ani ich sensowność, lecz namacalność wpływu. Nawet jeśli zgodzimy się z Horwitzem i Wakefieldem oraz sprawdzimy, że ich argumentacja w końcu zwyciężyła (wytyczne zmieniono w następnej edycji DSM), to skąd pewność, że był to efekt książki? Otóż wystarczy sprawdzić, kto napisał do niej przedmowę. Był to Robert Spitzer – główny architekt DSM-III, czyli dokładnie tej rewizji podręcznika, która wprowadziła krytykowaną przez Horwitza i Wakefielda zmianę. Spitzer bez ogródek określił ich analizę mianem „przełomowej”. Człowiek, który na dekady zbudował światowy system klasyfikacji zaburzeń psychicznych, przyznał wprost: filozoficzna krytyka jego systemu była słuszna i wymusiła niezbędną zmianę na lepsze.

Percepcja braku

Czasami jednak wkraczamy na terytorium, które z pozoru wygląda dokładnie tak, jak wyobrażają to sobie krytycy humanistyki – jak kuriozalna żonglerka słowami. Już w XII w. angielski filozof Jan z Salisbury, kpiąc z jałowych sporów swoich oponentów, przywołał w Metalogiconie absurdalną, scholastyczną debatę: „czy świnię prowadzoną na targ trzyma człowiek, czy też trzyma ją postronek?”.

Kiedy więc weźmiemy na warsztat stary spór z zakresu kognitywistyki i filozofii umysłu o naturę ciszy, nietrudno na pierwszy rzut oka uznać, że to powrót do debaty o śwince i sznurku. Zasadnicze pytanie w tym przypadku brzmi: czy cisza jest przez nas słyszana (czyli aktywnie reprezentowana przez mózg jako pozytywna treść doświadczenia) czy jedynie wnioskowana (stanowi wtórny sąd poznawczy, wynikający z faktu, że nie rejestrujemy żadnego bodźca dźwiękowego)?

Ot, dwa zdania, które oznaczają dokładnie to samo, ubrane w mądre słowa, by uzasadnić kolejny uniwersytecki grant? Co ciekawe, to rozróżnienie okazuje się całkowicie uzasadnione rzeczowo, a nawet generuje dwie wzajemnie wykluczające się hipotezy empiryczne. Jedyne, co było potrzebne, by to zademonstrować, to kilku psychologów ze słuchem na filozofię, którzy na poważnie wzięli te rzekomo akademickie spory i postanowili znaleźć dla nich właściwe tłumaczenie na język eksperymentalnej nauki.

W 2023 r. zespół pod kierownictwem kognitywisty Chaza Firestone’a z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa postanowił więc sprawdzić scholastykę w laboratorium. Główne założenie było błyskotliwe: gdyby cisza była tylko wnioskowana, nie mogłaby podlegać tym samym zniekształceniom percepcyjnym co zwykły dźwięk. Jeśli jednak wykazaliby, że efekt ten replikuje się także dla braku dźwięków, byłoby to zwycięstwo dla obozu bezpośredniej percepcji.

Używając serii sprytnych iluzji słuchowych (w których m.in. jeden ciągły moment ciszy wydaje się dłuższy niż dwa krótsze momenty przerwane dźwiękiem – analogicznie do znanych iluzji z dźwiękiem ciągłym), badacze dowiedli, że mózg traktuje ciszę dokładnie tak samo jak bodziec. Trwająca od lat abstrakcyjna debata filozoficzna posłużyła jako gotowy przepis do zaprojektowania weryfikowalnego eksperymentu, który ostatecznie rozstrzygnął, w jaki sposób nasz układ nerwowy przetwarza brak.

Filozofka w laboratorium

Wróciliśmy do laboratorium, więc nadszedł czas, by w końcu odpowiedzieć na zawieszone w próżni pytanie o nowotwory. Szybszy internet już mamy, pora na leki.

Współczesne badania nad rakiem od lat borykały się z frustrującym problemem. Onkolodzy pokładali ogromne nadzieje w koncepcji „komórek macierzystych raka” (CSC) – niewielkiej subpopulacji komórek wewnątrz guza, które rzekomo napędzają jego wzrost i odpowiadają za przerzuty. Logika wydawała się prosta: wystarczy stworzyć lek celowany, który zabije tę konkretną elitarną gwardię, a guz obumrze. W laboratoriach wszystko wyglądało obiecująco. Leki niszczyły komórki macierzyste, guz się kurczył. Niestety, potem u pacjentów rak wracał z podwojoną siłą. Impas trwał, dopóki w samym środku tego biomedycznego zamieszania nie wylądowała francuska filozofka nauki Lucie Laplane.

Zamiast patrzeć w mikroskop, Laplane przyjrzała się językowi i nieuświadomionym założeniom, na których pracowali badacze. Odkryła coś, co umykało zespołom skupionym wyłącznie na hodowlach tkankowych: onkolodzy używali terminu „komórka macierzysta raka” w kilku zupełnie różnych, wzajemnie wykluczających się znaczeniach.

Dla jednych biologów bycie komórką macierzystą było niezmienną, wewnętrzną właściwością danej komórki (stanem kategorialnym) – jak posiadanie wadliwego genu. Dla innych była to własność relacyjna, całkowicie zależna od mikrośrodowiska (niszy), w którym komórka się znajdowała. To nie był spór o słówka, lecz o zwiększenie szans rzeczywistych pacjentów. Jeśli „macierzystość” raka jest stanem kategorialnym, stara terapia polegająca na zabijaniu tych konkretnych komórek ma sens. Jeśli jednak jest to własność relacyjna, zabijanie obecnych komórek macierzystych okazuje się stratą czasu – patologiczne mikrośrodowisko natychmiast wyśle sygnały do zwykłych komórek nowotworowych, „awansując” je na nowe komórki macierzyste. Guz odrośnie, bo lekarze zaatakowali zarówno niewłaściwy cel onkologiczny, jak i ontologiczny.

Ktoś zapyta ze sceptycyzmem: czy to wszystko nie jest tylko akademickim teoretyzowaniem, które lekarze zignorowali w drodze na poranny obchód? Bynajmniej. Lucie Laplane nie pisze swoich analiz do niszowych, humanistycznych kwartalników. Na co dzień pracuje w Instytucie Gustave’a Roussy pod Paryżem – największym ośrodku onkologicznym w Europie. Jej filozoficzna klasyfikacja komórek macierzystych posłużyła czołowemu francuskiemu onkologowi i hematologowi Ericowi Solary’emu jako matryca do projektowania zupełnie nowych badań laboratoryjnych nad białaczką (publikowanych we wspólnym dorobku m.in. na łamach prestiżowego czasopisma „eLife”). Co więcej, w głośnym manifeście o wymownym tytule Why Science Needs Philosophy opublikowanym w 2019 r. na łamach „Proceedings of the National Academy of Sciences” (PNAS) grupa prominentnych naukowców dołączyła do Laplane, przyznając, że filozoficzna analiza przyczynia się do poprawy rygoru i skuteczności nauk eksperymentalnych. Z kolei Hans Clevers, jeden ze współczesnych liderów badań onkologicznych, w recenzji w „Nature” przyznał wprost, że jako eksperymentator nie potrafił wskazać, „w którym dokładnie miejscu zawodzi naukowy zdrowy rozsądek”, i podsumował, że „filozofka być może właśnie naprostowała całą dziedzinę komórek macierzystych”.

Dzięki pracy Laplane medycy mogli zrozumieć lepiej, dlaczego terapie zawodziły (to oczywiście tylko jeden z wielu powodów). Zaczęto projektować terapie celujące w „niszę”, a nie w samą komórkę. Rzecz jasna, filozofka nie zaproponowała samodzielnie targetowania całej niszy jako całkiem nowej terapii, gdyż metoda ta pojawiła się w nauce na długo przed jej książką. Zamiast tego zbudowała ona klasyfikacje komórek macierzystych, uściślając pojęcia, z których eksperymentatorzy korzystali. Co jednak istotne – właśnie to pozwoliło bezpośrednio wpłynąć na jakość badań i terapii, co przyznają sami onkolodzy.

Krytyka chłopskiego rozumu

Zwykliśmy kojarzyć praktykowanie zadowolonego z siebie „zdrowego rozsądku” z głośnymi dyletantami, bywalcami formatów „gorący komentarz z mojego samochodu” na YouTubie czy etatowymi ekspertami telewizyjnymi od wszystkiego. Patrzymy na nich z lekkim rozbawieniem i dystansem. Oglądamy bardziej dla spektaklu. Być może jednak groźniejsi od nich są ignoranci ukryci – tacy jak Hinton i wielu mu podobnych. To ignorancja specyficzna, bo mamy do czynienia z ludźmi wybitnymi w swojej branży, których jednocześnie zaślepia pycha wynikająca z własnych kompetencji i przekonanie o monopolu ich – uniwersalnych przecież – metod.

Z każdej strony jesteśmy więc torturowani wielogodzinnymi dywagacjami technologicznych baronów o tym, jak ich „matematyka” powinna przemodelować tkankę społeczną, politykę państw i przyszłość cywilizacji. Kiedy słucha się tych rewelacji, trudno oprzeć się wrażeniu, że jeden solidny semestr wstępu do socjologii zdziałałby tam cuda.

To w środowisku inżynierów, bardzo pracowicie przecież pozycjonującym się na arcynaukowe – a jednocześnie impregnowanym na dorobek najnowocześniejszej humanistyki – rodzą się fascynacje tak lichą filozofią jak mroczny elitaryzm społeczny Curtisa Yarvina, libertariańskie, dystopijne projekty miast-państw projektowanych przez Petera Thiela w Hondurasie czy longtermizm. Ten ostatni to zresztą przypadek niezwykle poouczający. Jeszcze do niedawna, jako logiczne przedłużenie ruchu „efektywnego altruizmu”, brzmiał on w debacie publicznej całkiem racjonalnie – jako szlachetny postulat, by w naszych decyzjach uwzględniać dobro przyszłych pokoleń. W bańce Big Techu zmutował on jednak w karykaturalną, odczłowieczoną „matematykę”. Zdolni skądinąd analitycy (i finansujący ich miliarderzy) przy pełnej powadze dowodzą dziś, że wydawanie pieniędzy na walkę ze współczesnym ubóstwem czy malarią to marnotrawstwo zasobów. Dlaczego? Ponieważ z punktu widzenia wzoru matematycznego ocalenie milionów realnie żyjących dziś ludzi ma wartość niemal zerową w porównaniu z zabezpieczeniem hipotetycznych interesów trylionów wirtualnych, cyfrowych świadomości, które – jak wierzą giganci z Doliny Krzemowej – będą zamieszkiwać nasze serwery za 10 tys. lat. To jest dokładnie ten rodzaj etycznego absurdu, który osiąga się, gdy próbujesz zoptymalizować ludzkość wyłącznie za pomocą algorytmu wartości oczekiwanej.

Historia Big Techu dostarcza nam brutalnej lekcji. Kiedy technologiczni giganci stają przed widmem gorszego kwartału, działy zajmujące się etyką AI i szeroko pojętą odpowiedzialnością technologiczną lecą pod nóż jako pierwsze. Humanistyka to w Dolinie Krzemowej wciąż tylko kosztowny PR. Jeśli jednak chcemy, by technokraci podchodzili do niej poważniej, filozofia nie może sprowadzać się do bezradnego sygnalizowania cnoty. Dlaczego nie reklamować swoich wyników, nie pokazywać skuteczności własnych narzędzi? Zbyt długo i zbyt łatwo filozofia dawała się wpychać w popkulturowy trop roztargnionego profesora, który zapomina włożyć drugiego buta. Narracja o „oderwaniu od życia” prowadzi do internalizacji autodestrukcyjnego wątpienia we własną przydatność. Jak pokazują wymienione wcześniej kazusy, jej domena kompetencji jest całkiem szeroka.

Brytyjska filozofka Mary Midgley w 1992 r. napisała, że filozofia jest dla społeczeństwa tym czym hydraulika. Póki wszystko działa, nikt nie zwraca na nią uwagi, a rury ukryte są pod podłogą. Ale kiedy system się zatyka, a woda zaczyna wybijać na środek salonu, szybko uświadamiamy sobie, że znajomość struktury jest nam dramatycznie potrzebna do funkcjonowania. Przekonali się o tym psychiatrzy zbyt łatwo przepisujący leki na depresję w czasie żałoby, przekonują się o tym sądy próbujące pochwycić chytrych sofistów lawirujących między ontologią pracy, usługi i towaru.

W tym świetle ów twitterowy, prześmiewczy komentarz o „filozofii spawalnictwa” okazuje się nabierać rumieńców. Bo choć jedna dyscyplina operuje w świecie pojęć i definicji, a druga w oparach roztopionego metalu, ostatecznie chodzi z grubsza o to samo: by spoiny trzymające rozchwiane konstrukcje w jednym kawałku po prostu nie puściły.

Konsultacja merytoryczna: dr Adrian Stencel (UJ)

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki