Subskrybuj
Amerykańskie szczygły na rycinie Johna Jamesa Audubona z początku XIX w. fot. UIG / Getty
Amerykańskie szczygły na rycinie Johna Jamesa Audubona z początku XIX w. fot. UIG / Getty
Irlandzki poeta, pisarz, tłumacz. Tworzy poezję kontemplacyjną osadzoną w chrześcijańskiej duchowości, w języku polskim ukazał się jego tom Kości słonych wód. Poezje wybrane (2022)

Piosenka szczygła

Oto stara waga z języczkiem i dwiema szalami: na jednej połóżmy okropieństwa wojny. Na drugiej piękno, miłość, proroctwo. Niestety, od zarania dziejów odważnik po stronie wojny jest zawsze najcięższy. Zadaniem nas wszystkich jest umieścić na przeciwnej szali najlepsze, na co stać ludzkość.

W.H. Auden napisał wspaniałą elegię Pamięci W.B. Yeatsa. Pochodzi z niej pewien wers, który stał się sławny i często bywa cytowany. Ponieważ jednak zwykle przytacza się go bez kontekstu, domaga się pewnego wyjaśnienia. Otóż Auden pisze o Yeatsie, że „dzień jego zgonu był mrocznym i mroźnym dniem”. Tak! Poeta, twierdzi Auden, nie popada w zapomnienie, podobnie jak jego słowa: „Słowa zmarłego / Ulegają przemianie we wnętrznościach żywych”. Tak, lecz w przypadku Audena słowa ulegają przemianie nadmiernej. A oto i problematyczne wersy: „Pod niebem / Irlandii trwa dziś jednak wciąż ten sam obłęd i klimat: / Nic się nie zdarza za sprawą poezji”. Jakże to łatwo zapada w pamięć: „Nic się nie zdarza za sprawą poezji”. A zatem pogląd, jakoby poezja mogła powiedzieć nam coś wartościowego o wojnie, musi być błędny. Jednakże to nie koniec wiersza, którego kolejne słowa są kluczowe: poezja, pisze Auden, przeżywa:

 

ona przeżywa.
I przetrzymuje wszystko w wysłowionej przez siebie kotlinie,
Do której nie zajrzy inwestor; ona po prostu płynie

Na południe, mijając zagrody izolacji,
krzątanin i trosk,

Zgiełk miast, w które wierzymy
i w których konamy; przeżywa

Jako zdarzanie się swoiste, usta, głos

(tłum. S. Barańczak).

 

Poezja przeżywa tam, gdzie nie zagląda inwestor, mija zagrody izolacji, krzątanin i trosk, przeżywa jako usta, głos. O ile nic nie zdarza się za sprawą poezji, o tyle sama w sobie jest ona zdarzaniem się swoistym. To coś nowego, świeżego, coś niezwykle ważnego. Czym jest to swoiste zdarzanie się? Ustami, językiem, słowami, pieśnią. Wszystkim tym, co chciałbym zawrzeć w słowie kluczu: „miłość”. Może przeciwieństwem wojny jest nie tyle po prostu pokój, bo pokój jako gotowanie się do wojny nie jest pokojem, ile miłość.

W tym miejscu chciałbym złożyć pokorny hołd waszemu Czesławowi Miłoszowi i odczytać jego wiersz pochodzący z wydanego w 1991 r. tomu Dalsze okolice.

 

Kuźnia

Podobał mi się miech, poruszany sznurem.

Może ręka, może nożny pedał, nie pamiętam.

Ale to dmuchanie, rozjarzanie ognia!

I kawał żelaza w ogniu, trzymany cęgami,

Czerwony, już miękki, gotów do kowadła,

Bity młotem, zginany w podkowę,

Rzucany w kubeł z wodą, syk i para.

I konie uwiązane, które będą kuć,

Podrzucając grzywami i w trawie nad rzeką

Lemiesze, płozy, brony do naprawy.

 U wejścia, czując bosą podeszwą klepisko,

Tutaj bucha gorąco, a za mną obłoki.

I patrzę, patrzę. Do tego byłem wezwany:

Do pochwalania rzeczy, dlatego że są

 

Oto czym jest poezja, oto czym jest pieśń, oto czym jest miłość: „pochwalaniem rzeczy, dlatego że są”. Oto podstawowe zadanie każdego poety, wyczyn wyobraźni i powołanie do proroctwa, pośredniczenie między ludzkością a Bogiem, jeśli akurat takim imieniem zechcemy nazwać absolutne życie i ogół wszelkiego stworzenia. Oto stara waga z języczkiem i dwiema szalami: na jednej połóżmy okropieństwa wojny, dezintegrację wszystkiego, czym jest miłość, wszystkiego, co piękne. Na drugiej piękno, miłość, proroctwo. Niestety, od zarania dziejów odważnik po stronie wojny jest zawsze najcięższy. Zadaniem nas wszystkich jest umieścić na przeciwnej szali najlepsze, na co stać ludzkość. Zadaniem poety zaś jest „pochwalać rzeczy, dlatego że są”.

Sam w moich wczesnych dniach niewinności i zachwytu często stawałem w szerokiej, otwartej bramie kuźni i obserwowałem, jak podkuwa się zimnokrwiste konie, słuchałem synkopowanych uderzeń młota o kowadło, patrzyłem na iskry spadające na porośnięte ciemnym włosem ramiona kowala.

Zachwycałem się rzeczami, dlatego że są.

Nasz wielki zmarły poeta Seamus Heaney stał w drzwiach kuźni przy swoim domu, a później opiewał ją, dlatego że była. Oto wyimek z wiersza Kuźnia, który pochodzi z jego drugiego, wydanego w 1969 r., tomu Door Into the Dark:

 

Na zewnątrz rdzewiejące ośki i obręcze;
W środku płaskie dzwonienie kutego kowadła,
Nieprzewidywalna wachlarzówka iskier
Lub syk, kiedy podkowa hartuje się w wodzie”
(tłum. M. Heydel).

 

Oto apoteoza fizycznego świata takiego, jaki jest, dlatego że jest. Wiersz ten nazywa drobne cuda stworzenia, a zatem sam w sobie stanowi akt miłości. Przy całym bogatym obrazowaniu i realistycznym podejściu do pisania poezji zarówno Miłosz, jak i Heaney stali mocno na twardej ziemi, wskazywali i nazywali jej elementy, jakby rysowali mapę tego, co na tym świecie warte jest kochania. W mojej chatce w środkowo-zachodniej Irlandii każdego ranka oddaję cześć światu na zewnątrz, tej cichej i wyzutej z dramatyzmu wsi, gdzie odnajduję cudowny spokój. Staję przy czerwonej furtce, prowadzącej na drogę, spokojną wiejską drogę, po drugiej stronie której czekają tajemnice ciemnego zagajnika. Poniższy wiersz często stanowi część mojego porannego pacierza:

 

Czerwona furtka

Rankiem, gdy otwierasz czerwoną furtkę –
znów wpuszczając świat, z jego dogmatami i wojnami –

zawiasy wyśpiewują trzy ostre dźwięki protestu;
słyszysz topole w ich szemraniach i świstach
a obok toczą się naprzód pracujące na wysokościach
karawany deszczu; odniesiesz wrażenie, że stare

pewniki księżyca i gwiazd, zmieszane
z obrotami i powrotami twoich marzeń, oblekają się we mgłę
nierealności, choć wkoło ciebie wznoszą się
oracje i jutrznie jarzębiny i tawuły; gdy pierwsza
ciężarówka tłucze się z chrzęstem po mokrej drodze, atakują cię
chropawe argumenty i podszyte samozdradą ekonomie rządów,
więc możesz przegapić czyste jak dusza krople
na najwyższym drążku, których szept przyniósłby ci pokój
(tłum. J. Hunia).

 

Od kiedy sięgam pamięcią, istnienie wojny i wojen, przemocy, kolonializmu, zawłaszczania ziemi zwanego „osadnictwem” wprawiało mnie w zdumienie. Pokornie przyznaję, że nigdy nie doświadczyłem wojny osobiście, i uważam to za błogosławieństwo, lecz dziś również ja czuję się przytłoczony i zawstydzony tym, do czego jest zdolna skrajna mniejszość ludzkości, a co przybiera formę niedającej się nijak usprawiedliwić inwazji na Ukrainę, waszych łagodnych sąsiadów. Jest więcej miejsc, w których silni nie wzdragają się przed użyciem przemocy, by utrzymać władzę. Pamiętam, jak mając ledwie sześć, siedem lat, siedziałem w kuchni rodzinnego domu i rozmyślałem o dorosłych, którzy zebrali się wokół radia, by posłuchać wiadomości z Korei. Rzecz jasna, nie miałem pojęcia o wojnach, ale coś zapadło w moją pełną oczekiwania duszę i w niej pozostało. Kiedy byłem już nieco starszy, chadzałem z moim bratem Declanem i z ojcem – a raczej to ojciec chadzał, a my podążaliśmy za nim – strzelać do zajęcy na piaszczystych wzgórzach pośród pól naszej wyspy lub, zimą, polować na dzikie gęsi.

Pamiętam, jak malutkie zające umykały do swych bezpiecznych norek; jak piękne dzikie gęsi, bernikle i gęgawy, rozpłaszczały się brzydko na stole w spiżarni, ich pióra zbroczone krwią. I czułem ból gdzieś w sobie.

Lata później wspominałem, jak ojciec uczył mnie strzelać. Wydaje mi się, że właśnie tamto doświadczenie skłoniło mnie do podjęcia próby napisania mojego pierwszego antywojennego manifestu!

 

Oko zajęczycy

Tam! wśród pędów cieciorki i pokładzionych traw

masz? – koczowniczka, dzika i baczna;

wytężone słuchy czujnie pełnią wartę, mocne skoki

zwarte i gotowe porwać ją do ucieczki;

patrz, powiedział, i skup się: musisz kochać

mięciutkie mięśnie łopatek, które kąsa kula,

pieść – bez szarpania – spust: obejmuj wszystko, bądź

delikatny. Nie miałem skrupułów z pokrywką

po drugiej stronie łąki, opartą, dla wprawy

o krzak rododendronu, mogłem dostrzec

jej puste samozadowolenie i zrobić w nim dziurę

doskonałą jak groszek, na wylot. Obserwacja zajęczycy

zbiła mnie z tropu, bo i mnie upaja wizja, którą

zobaczyłem w tym okrągłym oku: zielony świat

jasny i dobry, słodki szczaw i święte zioła –

więc odwróciłem głowę ze wstydem, rozgrzeszony
(tłum. A. Hołobut).

 

Czułem się i wciąż się czuję rozgrzeszony, bo odwróciłem głowę. A to dlatego, jak sądzę, że powoli uczyłem się porządkować me doświadczenia, nadawać im pewien kształt poprzez medium, jakim jest poezja; dlatego, że zaczynałem rozumieć własne życie i wiarę w Boga, by czcić którego, się urodziłem. Oczywiście jest jeszcze inna, podobna siła, którą dysponuje poezja w obliczu wojny i jej śmiercionośnych skutków: otóż może ona do pewnego stopnia przejąć leczącą siłę terapii. Wspaniali angielscy poeci I wojny światowej, tacy jak Rupert Brooke, Wilfred Owen, Edward Thomas, swoimi pełnymi bólu odpowiedziami na wojenne realia wywierali silny wpływ na cały naród i przyszłe pokolenia. Jedną z najbardziej przerażających wojen ostatnich czasów była wojna w Wietnamie, kiedy to pierwszy raz sami zobaczyliśmy, ile potwornego cierpienia jeden kraj może zwalić na barki drugiego. Wielu młodych żołnierzy, którzy doświadczyli, często na odległość wyciągniętej ręki, okropieństw, jakie niosły walki tamtej wojny, wróciło do swych amerykańskich domów z głęboką traumą. Przy uniwersytecie w Bostonie długo działało Joiner Center for the Study of War and its Social Consequences (Centrum Badań nad Wojną i Jej Społecznymi Konsekwencjami im. Williama Joinera), gdzie mniej więcej przez 12 kolejnych lat wchodziłem w skład zespołu pisarek i pisarzy, którzy uczyli weteranów tej wojny, że pisanie, poezja, opowieści i wspomnienia mogą im pomóc. I pisanie wierszy faktycznie pomogło. Wielu spośród tych biednych młodych ludzi zdołało wyzbyć się traumy poprzez nadawanie porządku i nabieranie perspektywy, jakie może przynieść poezja. Ba, Centrum Joinera poszło o krok dalej, zainicjowało bowiem kontakty między amerykańskimi poetami weteranami a wietnamskimi poetami weteranami, gdyż wielu członków Wietkongu również pisało wiersze.

Na własne oczy zobaczyłem takie zetknięcie w Hanoi, dokąd udałem się z delegacją amerykańskich pisarzy weteranów, by spotkać się z wietnamskimi pisarzami. Jeden z naszych, poeta, wskazał palcem jakiegoś człowieka siedzącego naprzeciwko mnie i powiedział, że naprawdę spotkał go kiedyś na polu bitwy. „Patrz” – powiedział. Wstał i obszedł stół. „Wrogi” poeta zrobił to samo. Objęli się. Po spotkaniu odprawiono Eucharystię, później zebraliśmy się przy pysznym posiłku, a irlandzka whiskey pomagała zacieśniać szczęśliwe więzi. Na koniec nastąpiło czytanie poezji i jej tłumaczenie w obu kierunkach. Byłem głęboko wzruszony.

Wśród amerykańskich weteranów był Bruce Weigl, który stał się jednym z najlepszych poetów tego przetrąconego pokolenia. Podobnie jak wielu, on również wykorzystuje poezję, by upamiętniać, opisywać i ukazywać sobie oraz innym okropieństwa wojny w Wietnamie. Oraz po to, by zasklepiać otwarte rany potworności, które zobaczył na własne oczy. Oto jeden z jego wierszy, opublikowany w zbiorze Song of Napalm z 1988 r.

 

Elegia

Prosto w słońce szli,
prosto w psi dzień, w dzień nieznający świętych,
i trafili na rzeź.
Szli, nie wiedząc,
że coś wyssie z ich płuc powietrze,
że zapadną się ich płuca,
że świat się przenicuje, skręci
w okrutne girlandy.

W czarne zrozumienie szli,
aż przybyły anioły
i wzywały ich po imieniu,
aż jeden po drugim podnieśli się z krwi.
Światło smagało ich z góry.
Pociski cięły ostrą jak brzytwa trawę
i nie było czasu, żeby cokolwiek powiedzieć.
Słowa nie dałyby się wymówić.
Niektórzy zginęli.
Niektórym nie pozwolono zginąć.

 

Wiele spośród tych wierszy było tak poruszających, tak obrazowych, że wstrząsnęło całym pokoleniem i popchnęło je do antywojennych protestów. Wielu spośród tamtych poetów i pisarzy, bardzo wielu milczących weteranów tamtej potwornej wojny, cierpi po dziś dzień. Kiedy poprosiłem Bruce’a Weigla o napisanie wiersza do mojej skromnej serii Waxwing Poems for Peace, przesłał mi coś zdecydowanie różnego od swojej Elegii, coś, co pokazuje, że poezja również dysponuje ową mocą stawania się przeciwwagą dla wojny poprzez pochwalanie rzeczy, dlatego że są. Aby tego dokonać, poeta często musi wspiąć się na wyżyny swej sztuki. Oto co napisał Bruce Weigl. Obecnie wiersz wchodzi w skład nowego zbioru jego prac, zatytułowanego Among Elms, in Ambush (Pośród wiązów, w zasadzce), lecz po raz pierwszy ukazał się w tamtej mojej niewinnej i pełnej nadziei seryjce kartek pocztowych:

 

Czarne łabędzie w Ogrodzie Doskonałości i Blasku

Wzniesiony przez cesarzy z dynastii Qing jako letnia rezydencja, park Yuanmingyuan popadł w ruinę; w 1860 r. angielsko-francuskie oddziały złupiły go i spaliły do samej ziemi. Po narodzinach ludowej republiki zniszczone ogrody zostały odbudowane przez miejscowych rolników. Park jest tak piękny i uznawany za tak ważny, że obecnie organizuje się w nim Festiwal Lotosu. Dywaguję, bo czarne łabędzie są zbyt piękne, bym mógł je choćby wspominać, bo nie ma piękna równego czarnym łabędziom, które dałoby się wyrazić słowami. Wystarczy sama myśl o czarnych łabędziach, by ich piękno powróciło do mojego serca z mocą zawału, i myślę, że czarne łabędzie są najsmutniejszymi istotami, jakie kiedykolwiek widziałem na tym biednym świecie, i sądzę, że musiały przybyć z jakiegoś innego miejsca, te czarne anioły, które zstąpiły z chmur poza naszym zrozumieniem i teraz żyją wśród nas w stanie tak doskonałego piękna, że zapiera ci dech w piersiach, kiedy widzisz je na jeziorze, o zmierzchu, jak odpływają z młodymi ku opadającemu słońcu. Poza momentami kiedy rozpościerają skrzydła i ukazują jedyną biel, jaką noszą, w ciemności są niewidzialne.

 

Jak stwierdziła niegdyś wasza Wisława Szymborska: „Wolę śmieszność pisania wierszy od śmieszności ich niepisania”. Stwierdziła również: „Nie bez powabów jest ten straszny świat / nie bez poranków, / dla których warto się budzić”. Obraz czarnych łabędzi z wiersza Bruce’a Weigla wcale nie jest mniej potężny niż obraz okropieństw wojny, jaki odmalował w Elegii. Poezja przeżywa jako zdarzanie się swoiste, usta, głos. „I patrzę, patrzę. Do tego byłem wezwany: / Do pochwalania rzeczy, / dlatego że są”.

Wojna jest ludzkością ogarniętą absolutnym nieporządkiem.

„A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31; wszystkie cytaty biblijne za Biblią Tysiąclecia). Każda poważna sztuka dąży do odnalezienia porządku, nawet nieporządek ukazuje w uporządkowanych formach. Jak napisał Thomas Kinsella w Baggot Street Deserta:

 

Wersy kłaść jak wygnaniec,
Ot, wirtuozeria serca,
Dawne błędy, pomieszanie
Zamknąć w dziele Wiersza,
Jedynemu oddać sztukę swą,
Zbiór sfabrykowanych wspomnień.

 

Jeśli pisanie wiersza, śpiewanie pieśni jest formą nadawania historii danego człowieka (a zatem historii ludzkości w miniaturze) porządku graficznych linii, dobra poezja jest jednym z największych wyzwań, jakie można rzucić chaosowi przemocy. „Ponadto wspólnota ludzka staje się taką, jaką wyżej naszkicowaliśmy, wtedy gdy obywatele, kierując się sprawiedliwością, starają się i o poszanowanie praw innych, i o wypełnianie swoich własnych obowiązków; jeśli ożywia ich taka miłość, że odczuwają potrzeby innych jak swoje własne, dzielą się z nimi swoimi dobrami i starają się o to, aby wszystkich ludzi na świecie łączyły najszlachetniejsze pragnienia serc i umysłów. (…) pokój jest pustym słowem, jeśli nie wiąże się ściśle z takim układem stosunków społecznych (…). Układ [taki winien być] (…) oparty na prawdzie, zbudowany według nakazów sprawiedliwości, ożywiony i dopełniony miłością i urzeczywistniany w klimacie wolności” (tłum. J. Majka). To cytat z opublikowanej w kwietniu 1963 r. encykliki Pacem in terris papieża Jana XXIII, którego wielką intencją w czasie II Soboru Watykańskiego było otwarcie okien Kościoła, by wpuścić doń więcej humanizmu i wywietrzyć go z instytucjonalnych praw.

Ptasi śpiew za oknami naszych domów należy do porządku wszechświata, jest więc antywojenny. Piękne upierzenie szczygła również do tego porządku należy i stoi na szczycie karmnika jako naczelna zasada kosmicznego ładu. Jest poezją. Wezwaniem do pokoju i miłości. Piosenka śpiewana przez szczygła nie jest głośna, skomplikowana, wyszukana. Jest cicha i delikatna, ale kiedy zbiera się ptasie stadko, gromada szczygłów, piosenka zmienia się w pieśń, rozbrzmiewa wyraźniej. Lecz wojna wciąż pozostaje zbrodnią, ponieważ burzy wszelkie zasady prawdy, sprawiedliwości i porządku. A zatem wykrzyczane na początku XXI w. wezwanie do całkowitego odrzucenia wojny było jak śpiew szczygła – zbyt delikatne, by odbić się szerokim echem. Inicjatywa, do której się odnoszę, nosiła nazwę The Case for Abolition of War in the 21st Century (Ruch za Odrzuceniem Wojny w XXI w.). Było to wołanie sformułowane przez amerykańskiego teologa Stanleya Hauerwasa z Duke University i o. Endę McDonagha, teologa z Maynooth University w Irlandii. Dwaj myśliciele wzywali świat do rozważenia możliwości całkowitego odrzucenia wojny, nie jakiejś konkretnej wojny w danym miejscu i czasie, lecz totalnego wyrzeczenia się wojny przez całą ludzkość. Nigdy nie uważałem tego za głupią, dziecinną i niemożliwą do spełnienia mrzonkę, widziałem w tym raczej głęboko inteligentną i potrzebną dyskusję. I wszcząłem własną kampanię! Wygenerowałem na komputerze dokument, cztery stronice, na których nakreśliłem ideę stojącą za wspomnianym postulatem, do tego dołożyłem mój wiersz oraz wiersz innego poety nawołujący do pokoju. Nazwałem to Waxwing Poems for Peace, wydrukowałem i rozesłałem do poetów i przyjaciół na całym świecie. Reakcja była fantastyczna, poeci z różnych zakątków globu przekazywali mi swoje prace, toteż co miesiąc wysyłałem kolejną kartkę z jednym nowym i jednym starym wierszem. Koszt znaczków mnie przerósł. Na jakiś czas przeniosłem działalność do sieci, ale trudno to było ciągnąć w ten sposób.

Poprosiłem Seamusa Heaneya o wiersz i wysłał mi coś takiego. Początkowo uznałem to za nieco dziwny wkład, lecz szybko zorientowałem się w jego zamyśle.

 

Fajerka dla W.H. Audena

Majestatyczna masa tego świata, wszystko
Co ma wagę, co zawsze tyle samo waży…
(Tarcza Achillesa, tłum. S. Barańczak)

Majestatyczną masę tego świata ci przynoszę
W małym kompasie żeliwnej fajerki.

Byłem dzieciakiem w szetlandzkim sweterku,
Zachwyconym rączką zrobioną z nierdzewki,
I tym jak pazur na końcu zahaczał o oczko,
A potem zryw i ciężar, groza, gdy przenosił
Rozgrzany do czerwoności solid na bok blachy,
By podsycono paszczę paleniska o ognistych kłach,
I zatkano zgrzytający zębiskami cebrzyk.
Jeszcze raz
Taszczę ten knebel piekieł, ten płaski dysk ziemi,
I odkładam na miejsce. Zatem grzebię i grzechocę,
Patrzę, jak w popielniku mrą iskry, znów grzebię,
Myślę o ciemnej materii w rozgwieżdżonej komórce na węgiel
(tłum. M. Heydel)

 

Wiersz pochodzi z wydanego w 2006 r. tomu District and Circle, a sam poeta zasługę jego powstania przypisuje Waxwing Poems. Jego sensem jest opiewanie materii oraz rzeczy ziemskich, zgodnie ze słowami Miłosza: pochwalanie rzeczy, dlatego że są. Bo opiewanie naturalnego świata, w którym żyjemy, jest pieśnią, jest poezją, jest wezwaniem do pokoju.

Jest pewien wspaniały poeta z Kentucky, Wendell Berry, którego twórczość kocham od wielu lat. W jednym z jego wierszy znalazłem taką mądrość: „Niezmordowane przygotowania do wojny / nie są pokojem”. Oczywiście to możliwe, że ludzka natura domaga się, by jeden człowiek górował nad drugim. Ale dostajemy zachętę, by oczyścić ludzką naturę! Wezwanie do odrzucenia wojny mówiło o czymś więcej niż o zakończeniu konkretnego konfliktu (choć z pewnością gdzieś na świecie nieustannie toczą się jakieś walki): chodziło o totalne odrzucenie wojny jako takiej. Czy coś podobnego wykracza poza ludzkie siły, skoro umiemy wysyłać obiekty na Wenus i Marsa, potrafimy wyjąć serce z człowieka i zastąpić je innym, możemy transmitować na żywo obrazy na drugi koniec świata? A zatem nie „wojna, która zakończy wszystkie wojny”, lecz całkowite odrzucenie wojny. Apel nie był skierowany wyłącznie do chrześcijan, lecz do wszystkich ludzi, którym niniejsza kwestia leżała na sercu. Jego autorzy wskazywali, że w XIX w. wezwanie do abolicji niewolnictwa również uchodziło za utopistyczną mrzonkę. I może nią było, bo przecież nawet w obecnych czasach rezultat nie jest w stu procentach przekonywający. Ale z całą pewnością udało się osiągnąć coś prawdziwego i trwałego.

Wielki XVII-wieczny poeta George Herbert z subtelną maestrią i w przepięknie prosty sposób pisał o tym, jak miłość, Bóg, prawda lub sprawiedliwość wzywa człowieka do odpowiedzi poprzez całkowite oddanie się tej ścieżce, tej prawdzie, temu życiu. To wiersz wezwanie adresowany do oblubieńca przez najwyższego Oblubieńca, a dramat drobnego elementu jest pięknie wkomponowany w ruch Oblubieńca wciąż bliżej i bliżej umiłowanego.

 

Miłość (III)

Miłość drzwi mi otwarła; lecz dusza nieśmiała

Cofa się, pełna winy.

Miłość więc, bystrooka, gdy tylko ujrzała

Że zwlekam bez przyczyny,
Podchodzi do mnie bliżej i pyta grzesznego

Czy mi brakuje czego.
»Cnót takich, bym był godzien przestąpić Twe progi«.

»Przestąpisz«, odpowiada.
»Ja, nieczuły, niewdzięczny? Na przepych Twój błogi

Patrzeć mi nie wypada«.
Miłość na to z uśmiechem argument wytoczy:

»Nie wiesz, kto stworzył oczy?«.

»Ty; ale ja zmąciłem czystość ich widzenia

Grzechów haniebnych kurzem«.

»Któż wziął na siebie winę owego zmącenia?«

»O, niech Ci choć usłużę«.

„Oto czeka posiłek”, rzekła, »siądź za stołem«.

Siadłszy więc, jeść począłem
(tłum. S. Barańczak).

 

Pomyślałem, że podmiot liryczny jest kimś w rodzaju everymana, a Miłość, która go zaprasza, może być każdą istotą zdolną do kochania lub wielkim chrześcijańskim Oblubieńcem, Jezusem. Czy zawarte w wierszu zaproszenie mogłoby zamykać w sobie również wezwanie do odrzucenia wojny oraz jej skutków? Miłość wysyła zaproszenie. Miłość, która jest największym wrogiem wojny i agresji, i wszelkiego rodzaju przemocy.

Siedziałem kiedyś przed moim domem w Dublinie i przyglądałem się stadku szczygłów, które buszowały wśród przekwitłych wiesiołków. Jednocześnie wokół podupadającej śliwy w ogrodzie za domem krążyły motyle. Oto miałem przed sobą piękno i wspaniałość, pokój i pieśń, to była miłość, która wzywała mnie do przyjęcia zaproszenia, do pochwalania, do śpiewu. Czy umiałbym skierować wysiłki ku poezji łagodnie naśladującej dramatyzm wiersza Herberta?

 

Wiersz o szczygle

Napisz, brzmiały uporczywe szepty, wiersz
o kłamliwości wojny. Znalazłem więc cień
pod szemrzącym eukaliptusem i usiadłem, uzbrajając się
w cierpliwość. Nasiona ostu igrały na wietrzyku,
złoto-brązowo motyl drgał na opadłej
dojrzałej śliwce. Opisz swoje sny, szeptała Miłość,
o ostatecznym końcu wszystkich wojen. Vivaldi, napisałem,
cztery pory roku. Chwila ciszy, z wyjątkiem szczygłów
szczebioczących na wysokich gałęziach, ćwir,
ćwir-mir, mir-ćwir. Niemal wstrzymałem oddech,
nasłuchując. Miłość kazała mi pisać, ale moja dłoń
zastygła nad kartką; sama im opisz, powiedziałem,
mnie nie usłyszą. Szczygieł zanurkował,
szukając nasion; poiłem się jego barwami,
szkarłatami i żółciami, złotym brązem, wzorem, który
musiał sobie wyobrazić sam stwórca, bazgrając
to złociste pstre piękno jak z Hopkinsa. Proszę,
napisz, wołała Miłość, choć mniej natarczywie. Duch,
odrzekłem, który zstąpił niegdyś w chaos… Nie, protestowała Miłość,
powiedziałem Michał Anioł, van Gogh. Nie, napisz
im wiersz o szczygle i śpiewie
całej ziemi. Więc zakasałem rękawy
(tłum. J. Hunia).

 

Jeśli wielki, wszechogarniający ruch stworzenia jest ewolucją ku jedności, ku światu, gdzie wszyscy pracują w harmonii, razem, to uważam, że następujące słowa z Listu św. Pawła do Efezjan również stanowią pilne i pełne treści wezwanie, ponieważ nasza nadzieja przeżywa w jedności, harmonii i porządku, a wszystko, co pracuje przeciwko owej jedności, wszystko, co wstrzymuje nasz rozwój jako ludzkości trwającej w harmonii ze stworzeniem, prawdziwie jest „grzechem”.

Ale teraz w Chrystusie Jezusie – napisał Paweł – wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch [rodzajów ludzi] stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i [w ten sposób] jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości. A przyszedłszy zwiastował pokój wam, którzyście daleko, i pokój tym, którzy blisko, bo przez Niego jedni i drudzy w jednym Duchu mamy przystęp do Ojca” (Ef 2, 13–18).

Głosił pokój, ale pokój zdobyć niełatwo; pieśń Chrystusa domaga się odpowiedzi, ta zaś narzuca nam potrzebę całkowitego odrzucenia wojny jeszcze za naszych czasów. Dobra nowina, jaką niesie Nowy Testament, to cząstka piosenki szczygła. Radosne opiewanie rzeczywistego świata, w którym żyjemy, wznosi się w pieśń. Ilekroć wykonujemy naszą pracę najlepiej, jak potrafimy, nasza praca staje się pieśnią. A najwspanialszą opowieścią, jaką kiedykolwiek opowiedziano, najwspanialszą pieśnią, jaką wyśpiewano, jest pieśń śpiewana przez obleczonego w ciało Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, pieśń, która nawołuje nas, byśmy zmienili sposób postrzegania świata, pracowali ku chwale natury i całego kosmosu.

 

Kraniec znanego świata
W te leniwe, ciepłe dni godzinami
szyją sieci na nabrzeżu; to czas,

kiedy starsi puszczają w świat swoje
drobne życiowe mądrości, młodzież zaś

 

drwiny. Wydaje się, jakby siedzieli tam
od zawsze, nabijając słowa na haczyki; ich życie

 

to skomplikowane współzależności lin i kwadracików
powietrza, dzięki którym dożywają kolejnych dni,

 

a nagroda za trud staje się nieco pewniejsza. Wszystko to
na krańcu ziemi, na starym płonnym gruncie przypominającym

 

o niedostatkach oceanu, z jednym okiem na konopiach, a drugim
na zmienności i nieprzejednaniu morza. Wiążą ze sobą w supły

 

cierpliwość i nadzieję, wietrzne samogłoski
humoru z wypluwanymi spółgłoskami

 

bluzgów. W miejscu, gdzie Chrystus przechodzi obok,
siejąc im w głowach zamęt swoimi wymaganiami
(tłum. J. Hunia).

 

To, rzecz jasna, piosenka, którą śpiewa szczygieł, i jest to też pieśń, którą śpiewa kosmos. A kiedy zbierze się dostatecznie dużo ludzi, zwykłych ludzi pracy, wtedy ich cicha, lecz uporczywa piosenka łatwiej obiegnie cały świat, łatwiej zostanie usłyszana, będzie wzrastać w wielości, aż zespoli się w symfonię pokoju. Zacząłem od wiersza o czerwonej furtce, którą z rozmachem otwieram na świat o poranku. Na zakończenie zamknę tę czerwoną furtkę i przyjmę w siebie cały świat, który się za nią znajduje.

 

Kantyk

Czasami kiedy wędrujesz do czerwonej furtki
i słyszysz zgrzytliwą muzykę butów na żwirze,

nad pagórkiem zawisa żółty księżyc;
zatrzaskujesz furtkę i opierasz się na górnej żerdzi,

tak jakby czegoś dokonano w świecie;
nocny wiatr sączy się przez liście topoli,

a cały hałas wszechświata przycicha
do poświstu oboju, podana nuta doskonałej

muzyki; ogromne niebo oddaje się bez reszty

gwiazdom i wiesz na pewno,

że wszyscy umarli są tam, wysoko, w jednym rejsie

flotyllą jachtów i że świętują istnienie

czerwonej furtki i żółtego księżyca,

które ich instrumenty dostraja do ciebie w symfonii

(tłum. A. Hołobut)


Wykład wygłoszony w ramach 11. edycji Festiwalu Miłosza odbywającego się w dniach 7–10 lipca 2022 roku pod hasłem „Rodzinna Europa”. Organizatorem Festiwalu jest Miasto Kraków i KBF, operator programu Kraków Miasto Literatury UNESCO. http://miloszfestival.pl/

Tłumaczył Mateusz Kłodecki

Artykuł pojawił się w numerze: Dobre życie w chaotycznym świecie