Miło wspominać i łatwo pisać o polityce. Ja jednak nie mam dobrej pamięci – przy wspominkach wołam na pomoc Teresę – i mojemu pisaniu brak tej chytrości szczegółu, bez której trudno o dobrego memorialistę. Lepiej już pewnie rozumiałem procesy społeczne, rozumiane całościowo. Zabrzmi to jak przechwałka: jak na człowieka literatury, nazbierałem sporo wiadomości z ekonomii, demografii, historii czy socjologii; znacznie więcej aniżeli fabuł powieści czy nazwisk bohaterów. Mój rocznik uniwersytecki był ostatnim przed stalinowskimi reformami: obowiązywał nas jeszcze „wielki” egzamin z historii literatury, od preromantyzmu do współczesności. Uciekłem wtedy sprzed drzwi Pigonia, ponieważ zacny profesor zwykł pytać o dwanaście ksiąg Pana Tadeusza albo o dziewczyny ze Ślubów panieńskich: mnie Klara mieszała się ciągle z Anielą, polowanie zaś z grzybobraniem. Poszedłem do Kleinera, który pytał syntetycznie. I ja też syntetycznie zdałem. Dopiero postawiwszy notę, Kleiner zapytał mnie o futurystę sprzed pierwszej wojny. Nie znałem Yeżego Yankofskiego! I tak został mój nos przytarty. Moje uczoności przydawały się zapewne czasem do krytycznych dywagacji. Ale naprawdę było tak: odczuwałem społeczności – swoje i obce – jako zagadki do przeniknięcia… albo raczej jako całości żądające…