„Chciałabym bardzo, żeby Bóg Ojciec był podobny do Stanisława Vincenza. Czułabym się bezpiecznie wszędzie, a nie tylko w jego domu, gdzie sypiałam mocniej niż gdziekolwiek indziej” – powie po wielu latach Jeanne Hersch, filozofka, która do kamiennej chaty w La Combe trafiła dzięki Czesławowi Miłoszowi. Ich znajomość, wzajemna intelektualna fascynacja, szybko przerodziła się w burzliwy związek, przez poetę – przy całym szacunku, którym darzył kochankę – traktowany najwyraźniej dość instrumentalnie: jako jeszcze jedno antidotum na depresję. „Nie mogę egzystować bez Jeanne z tej prostej przyczyny, że potrzebuje jej jako garde-malade albo jak dziecko, które boi się w ciemnym pokoju – wyjaśniał Vincenzowi. – Teraz byłem sam przez kilka dni zaledwie, a jestem już w stanie bardzo złym. Jak takie rzeczy można normalnym ludziom wytłumaczyć? Czy to nie jest fantastyczne i nieprawdopodobne? Tak jednak jest. Nie mogę być sam. Wewnątrz mnie zaczynają się odprawiać takie sprawy, nad którymi nie mam zupełnie kontroli”. Z początku romans przyniósł rzeczywiście uspokojenie i oparcie, wkrótce jednak zmienił się w jeszcze jedną psychomachię. I z niej zwierzać się będzie Miłosz swemu „prafiesorowi”, pisząc o Jeanne Hersch: „podnosiła do rzędu obowiązku moralnego moje…
Krytyk literatury, eseista, redaktor „Tygodnika Powszechnego”.