WielbłądyByć może wybraliśmy złe miejsce. Leżąc z głową na siodle, podciągnąłem koszulę pod pierś. W świetle gwiazd zobaczyłem na brzuchu czarną karawanę. Mrówki były wielkie jak paznokieć i jakby nigdy nic wędrowały w swoim tempie nad płytkim kraterem pępka, zmierzając na kostkę śpiącego obok M’baraka. Ich prosta kreska ginęła w szmerliwym mroku pustyni. Mieliśmy do wyboru 90 690 ha, a zatrzymaliśmy się tu. Byliśmy dla nich zbyt niepoważni, by kluczyły, i zbyt tymczasowi, by przerywały odwieczne zwyczaje i budowały obwodnicę. Wieczorem ziemia oddawała ciepło. M’barak wyrobił ciasto i wsadził w piach. Po godzinie jedliśmy chleb. To był może czwarty dzień wędrówki od osady Mahamid w kierunku ergu Chigaga w Maroku. Niezbyt przejęliśmy się uwagą, że w sierpniu w pustynię się nie wychodzi. Dało się wytrzymać gdzieś do jedenastej, dlatego ruszaliśmy jeszcze przed świtem. I tak powinniśmy o tej porze roku wędrować nocą. Zaczynało się po południu… Szukaliśmy byle krzaka, którego kolce rzucały nerwowy cień. Mohamed i M’barak zawijali się cali w płótno i przez pięć godzin nie wypowiadali słowa, nie wykonywali najmniejszego ruchu, a gdy zawiesiłem mętny wzrok na ich piersi, dałbym głowę, że nie oddychali. Wiatr od pustyni parzył jak podmuch błękitnego żaru, gdy otworzy się szybę kominka….
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej