Takich osób jak ja jest sporo, chociaż różnią nas warianty doświadczeń w obrębie własnego środowiska. Klasa ludowa jest różnorodna, wzorce kulturowe ma często sprzeczne, a uwarunkowania – skomplikowane. Awans lub deklasacja w latach 90. i fala kryzysów, których skutki widać do dziś, rezonują na rozmaite sposoby w biografiach. Tak naprawdę nie znamy skali zjawiska proletaryzacji, która dotknęła wiele rodzin, bo proletaryzacja była nie tylko utratą pracy w zakładzie (takim jak Huta Katowice obok mojego domu), ale też poczuciem braku sprawczości i sensu. Pisała o tym w reportażach Lidia Ostałowska, która jako jedna z niewielu chciała wtedy nie odwracać wzroku od tego, co się dzieje z ludźmi niewpisującymi się w model awansu po transformacji. Różne historie: własne, znajomych z podwórka, a także późniejsze – dzieci i rodziców ze świetlicy, gdzie pracowałam – każą mi myśleć, że opowieść o awansie nie jest prosta i nie da się jej zmierzyć żadną skalą, lecz odczuciem i emocjami, których nie sposób skwantyfikować. O tym chcę opowiedzieć.
Obraz klasy ludowej, tej, która żyje tu i teraz, jest nam potrzebny do przemyślenia i przepracowania. Nie chodzi tylko o zrozumienie tego, co oznacza awans, lecz o uniknięcie pogłębiającej się polaryzacji, która nas rozbija i powoduje, że tracimy do siebie zaufanie jako społeczeństwo. Mówiąc: klasa ludowa, myślimy często zupełnie o czymś innym. Oczywiście sama mam subiektywne wyobrażenie podszyte osobistymi doświadczeniami, jednak skoro dostałam głos, spróbuję wyrazić go przynajmniej najprecyzyjniej i najszczerzej, jak potrafię. A szansę na to, aby teraz pisać i wyrażać się publicznie, dostałam od tych, którzy niekoniecznie sami awansowali. Dlatego nie wierzę w talent, tylko w sprzyjające czynniki i otoczenie. Oraz w powiązania między ludźmi, które nie zawsze mają służyć budowaniu własnej kariery, ale bardziej przyjaznego świata w najbliższym otoczeniu, gdzie nie ma bajki o „byciu kowalem własnego losu”. Bo ludzie z klasy ludowej bardzo dobrze wiedzą, że po rozdaniu „dużej liczby ulotek” i wysiłku włożonym we własny awans niekoniecznie osiągną to, co z lekkością przyjdzie innym. Między innymi dlatego potrzebujemy wspólnoty doświadczeń klasy ludowej, żeby też inaczej spojrzeć na szklany sufit, który nad nią wisi.
Ciało ludowe
Na początek wyznanie.
Wiem, że zabrzmi arogancko dla osób stale pracujących rękami, nogami i kręgosłupem, ale mam przeczucie, że powieści wypadają mi bardziej z ciała niż z głowy.
I to nie jest metafora. Opowieść o awansie to przecież też opowieść o ciele, które doświadcza różnic klasowych. Kiedy dorabiałam „na nocki”, zbierając kufle w Szkocji, przeżywałam największą frustrację, bo nie umiałam pisać w trybie wiecznego jetlagu. Odczuwałam złość względem ciała, nie znając jeszcze złożoności problemu. Pisałam wtedy pracę licencjacką, którą edytowałam z wielkim przejęciem, bo wydawało mi się, że ukończenie studiów pedagogicznych w małym mieście będzie czymś wyjątkowym. Poważnie, myślałam tak w 2010. Pomimo własnej naiwności dużo czytałam, a nauczyło mnie tego kilka osób. Nie chodziło mi wtedy o aspirację, ale o poczucie sensu. W trakcie tamtej pracy jeszcze nie wpadłam na to, że pięć lat później sama będę publikować powieści – w moim otoczeniu nie było nikogo, kto napisałby książkę albo w ogóle miał powód, żeby zajmować się czymś tak abstrakcyjnym i odklejonym. Mój obecny partner życiowy, który pochodzi z tego samego miasta co ja, budował wtedy autostradę, sprzątał park i pracował jako listonosz, żeby móc się uczyć, więc i tak wiem, że moja droga do lżejszej pracy we wczesnej dorosłości była o wiele prostsza, a rodzice wspierali mnie mocniej.
Później mój jetlag się odwrócił – zaczęłam pisać wieczorami, nocami i wcześnie rano, bo pracowałam w ciągu dnia. To było już prostsze. Zaczęłam to robić jednak dopiero po studiach, kiedy przeszłam z wolontariatu na zlecenie, a później dostałam umowę o pracę w Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie, gdzie prowadziłam głównie zajęcia z dziećmi. Ale o tym później, bo ten fakt ma znaczenie dla moich aspiracji i szans.
Czas
Ważne są chyba ramy czasowe, po których będę się poruszać. Za chwilę skończę 35 lat. Urodziłam się w Dąbrowie Górniczej, w Zagłębiu. Mój awans przebiegał w czasach największego skoku liczby osób studiujących, których rodzice sami nie studiowali. Ta liczba oczywiście dziś wciąż pozostaje wysoka, co bynajmniej nie wiąże się już z taką samą obietnicą sukcesu. Właściwie to nie wiadomo, co teraz oznacza ukończenie studiów. Zetki (a przynajmniej 10% zetek, które są bardziej zaangażowane, jak wynika z ostatniej książki Justyny Sucheckiej Pokolenie zmiany. Młodzi o sobie i świecie, który nadejdzie) wyraźniej widzą to, co majaczyło już na horyzoncie millenialsów i dla niektórych dopiero po czasie stało się oczywiste. Konieczne jest przewartościowanie tego, co oznaczają dzisiaj „aspiracja” i „awans”, biorąc pod uwagę, że trzeba im się przyjrzeć z uwzględnieniem licznych kryzysów w tle: edukacyjnego, klimatycznego, technologicznego, psychicznego. Musimy z jednej strony ograniczać się konsumpcyjnie, równocześnie dbając o godność mniej uprzywilejowanych, a z drugiej – chcieć więcej intelektualnie i społecznie, żebyśmy wydostali się z potrzasku. Dlatego wsparcie w zakresie dawania szans powinno być systemowe, chociaż system zawodzi. W polskiej szkole łatwiej dowiedzieć się, jak założyć firmę niż związek zawodowy. Prędzej poznamy odległą biografię Steve’a Jobsa, który rzekomo sam dotarł na szczyt, niż Janusza Korczaka i Stefy Wilczyńskiej, myślących horyzontalnie, w kategoriach międzyludzkich relacji.
Mając świadomość tych różnic, spróbuję przejść się po własnych przywilejach, które wpisują się w szerszy pejzaż przemian społecznych i aspiracji w Polsce. Sprawdzam, co zadziałało i co mogłoby działać na podstawie jedynego wykształcenia, jakie formalnie mam – pedagogicznego. Spróbuję też pokazać, jak różnimy się jako klasa ludowa w różnych wymiarach i ścieżkach awansu.
Przywilej numer jeden: dom i kapitał emocjonalny
Po ośmiu latach pracy z dziećmi wiem, ile daje wsparcie emocjonalne w domu. Wiem, co oznacza w skrajnych sytuacjach, kiedy go nie ma: ośrodek poprawczy, nadzór kuratorski i niezdawanie do kolejnej klasy, czasem brudne ubranie i brak śniadania rano, co powoduje niezdolność do koncentracji przez resztę dnia.
Przemysław Sadura w książce Państwo, szkoła, klasy wprowadza pojęcie kapitału emocjonalnego niepojawiające się w typologii Pierre’a Bourdieu, do którego jeszcze później wrócę. Ujęcie kapitałów francuskiego socjologa miało bardziej kwantyfikowalny charakter. A jak przeliczyć relacje emocjonalne? A to właśnie one wzmocniły mnie najbardziej. I nie tylko mnie. W rozdziale na podstawie wywiadów biograficznych ze studentami UW widać, jak kapitał emocjonalny przekłada się na awans osób z klasy ludowej. Sadura wyciąga wniosek: „Wszyscy bez wyjątku (sic!) mówią o silnych więziach w domu rodzinnym, ogromnym emocjonalnym i motywacyjnym wsparciu rodziców”.
Moja mama wstawała codziennie o piątej rano, żeby zdążyć na pociąg do Katowic. Dojeżdżała godzinę, żeby wrócić wcześniej po południu, ok.15:30. Tata robił dla brata i dla mnie rano kanapki i machaliśmy mu przez okno, gdy szedł do pracy w Mikrohucie (oddziale zamiejscowym Huty Baildon, gdzie pracowała wtedy mama) po obudzeniu nas. Klucze na szyi, czyste ubrania do szkoły zawieszone już wieczorem na krzesłach. Do szkoły przychodziliśmy jako pierwsi albo jedni z pierwszych. Na osiedlu miało tak więcej osób. Lubiłam siedzieć w szatni i czekać, aż zacznie się codzienny harmider. Wychodziliśmy późno ze świetlicy, ale każdego dnia po południu spędzaliśmy kilka godzin z rodzicami, którym na nas zależało. I którzy mieli pracę.
Rodzice przekazali nam, jak szanować rzeczy i ich nie psuć. Nauczyli nas, jak obierać ziemniaki, ubić kotleta i przygotować surówkę. I to nie żeby robić coś za nich, ale żeby obiad był gotowy, jak wrócą, bo wtedy zostaje więcej czasu na inne rzeczy. Na przykład na pójście nad zalew Pogoria w Dąbrowie Górniczej. Może i znajdujący się w cieniu Huty Katowice, ale dający poczucie wiecznych wakacji. W weekend na działkę, którą dostali kilka lat wcześniej z przydziału.
Rodzice zawsze powtarzali, że warto oszczędzać. Praktyczność, organizacja, rytm. Nie kupować nowych ubrań i na co dzień żyć skromnie, żeby w wakacje ruszyć się z domu.
Gdy jechaliśmy na kolonie zakładowe, to nauczyli nas notowania wydatków, żeby nie przepuścić wszystkiego pierwszego dnia. Dzwony z targu z rocznym opóźnieniem, lecz za to zapach lasu w Kamionce, nad jeziorem niedaleko domu babci od strony mamy.
Mama pochodzi z małego miasteczka na Podkarpaciu, gdzie skończyła szkołę średnią. Na wakacjach poznała tatę i wyruszyła za nim do Zagłębia, skąd pochodził. To miejsce, które na początku lat 80. dawało pracę w przemyśle i gdzie nastąpił ogromny skok rozwoju technologicznego, jak na tamte czasy. Nie znała nikogo, nie miała na miejscu swojej rodziny, wszystko było nowe i szybko musiała się uczyć. Najpierw pracowała w zaopatrzeniu, radziła sobie dobrze, więc awansowała do księgowości. Ślub brali w stanie wojennym, kilka dni po tym, jak w Hucie Katowice, niedaleko domu, spacyfikowano strajk robotników, jednego zabito. Oni, pomimo ciężkich czasów, byli szczęśliwi. Mikrohuta, gdzie pracowali razem, w czasie transformacji przekształcała się i jeden z jej oddziałów poszedł w stronę produkcji wyrobów medycznych, a pozostała część zakładu dalej produkowała stal, już jako osobna spółka. Dlatego mama przeszła do zakładu produkującego płytki wieloostrzowe w Katowicach. Została w zawodzie. Zawsze mówiła, że ma fajne koleżanki z pracy. Równolegle rodzeństwo mamy wyjechało w tym czasie do pracy w Chicago i Kanadzie. Zanim to się stało, wujek pracował w Hiszpanii jako opiekun dzieci w domu jakiejś bogatej rodziny, żeby załatwić później wizę do Kanady dla siebie, a potem ściągnąć resztę rodziny. Udało się. Tam zaczęli pracować w piekarni i polskim sklepie. Drugi wujek robił na budowach w Chicago. Jego żona została z dziećmi w Polsce, nie widzieli się kilkanaście lat. Mój tata za to awansował. Z zawodu inżynier mechanik po kilku latach pracy poza Mikrohutą i uczenia się nowych rzeczy powrócił do dawnego zakładu z wiedzą w zakresie produkcji wyrobów medycznych, tworząc spółkę BHH Mikromed. Duża zmiana. Około lat zerowych ekonomicznie staliśmy się klasą średnią niższą. Myślę, że mama z tatą, widząc, jak ciężka bywa migracja i że wiąże się z trudną rozłąką, nie narzekali na pracę i chcieli tu być. Starali się. Miałam wrażenie, że praca jest dla nich ważna, bo dzięki niej mamy za co żyć, ale priorytety są gdzie indziej. Właśnie w tych więziach. Przynajmniej tak to zapamiętałam z dzieciństwa. Do dzisiaj rodzice powtarzają, że tylko wysiłkiem i pracą można w życiu osiągnąć stabilność. I względnie nie bać się o przyszłość. Dlatego odkładali na książeczki oszczędnościowe PKO „na nasze studia”.
Drugi przywilej: szkoła osiedlowa i darmowe zajęcia dodatkowe
W mojej podstawówce zbieraliśmy makulaturę, żeby dopłacić tym, którzy nie mają środków na wyjazd na „zieloną szkołę”. Żeby pojechała cała klasa. A później pewnie dopłacali z komitetu, bo nie wiem, ile by trzeba było zebrać tego papieru. Dzieciaki korzystające z MOPS-u miały inne „karteczki na obiady”. Żółte, a nie białe. Ale obiady dostawaliśmy takie same. Zapamiętałam dobrze jedno zdarzenie. Koleżanka, której rodzice nie pomagali w odrabianiu lekcji, raz mnie poprosiła, żebym zrobiła za nią pracę domową. Dostała jedynkę. Ja dostałam jedynkę. Pomyślałam: gdyby nie moi rodzice, miałabym tak samo. Przez pierwsze lata podstawówki pomagali mi odrabiać lekcje, zanim zaczęłam to robić sama.
Może dlatego, lata później, jedną z pierwszych rzeczy, którą zrobiłyśmy z dziewczynami w Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie, gdzie wtedy działałam jeszcze jako wolontariuszka, było utworzenie systemu bezpłatnych korepetycji dla dzieci niemających takiego wsparcia w domu. Ślęcząc godzinami nad pracami domowymi, zdałam sobie sprawę, ile to zajmuje czasu. Często siedzieliśmy codziennie, nawet i trzy godziny na jednych korkach. Bo nie chodziło tylko o zrobienie pracy domowej, ale o złapanie rytmu i wyrobienie nawyku do spontanicznej nauki. Nie tylko rzeczy szkolnych.
Czasami nie dało się wytłumaczyć głodnemu dziecku, co mu umknęło w ciągu dnia z tablicy. Dlatego miałyśmy w zanadrzu jedzenie i herbatę. Bez jedzenia nie da się uczyć i myśleć. Nawet jeśli bardzo się chce.
Mój partner Michał, który też jest z Dąbrowy Górniczej, doświadczył czegoś „pomiędzy”. Jego matka pierwsze lata życia urodzonego w 1980 r. syna spędziła na wspieraniu go w edukacji, pomimo uzależnienia od alkoholu ojca, ciągłych awantur i niedostatku z powodu przepitych wypłat. Zdążyła wyrobić w nim nawyk czytania, gdy był mały, nim ją samą zdeklasowała transformacja. Później zaczęła pracować jako sprzątaczka w firmie outsourcingowej i pogrążyła się w tej samej chorobie co ojciec, z którym rozwiodła się w połowie lat 90., gdy była jeszcze księgową. Pomimo niskiego kapitału emocjonalnego Michał mógł jednak radzić sobie prawie sam. Zostali mu wtedy szkoła i wspierający nauczyciele. A i czasem sąsiedzi dali obiad.
W mojej i Michała szkole podstawowej było dużo darmowych zajęć dodatkowych: kółko plastyczne, teatralne, muzyczne, szkolny klub sportowy. Można było zostawać po lekcjach i przychodzić na zajęcia w ferie, kiedy było się w domu. Dlatego ja chciałam być piosenkarką, a on piłkarzem. Ja jeździłam na konkursy wokalne, a on chodził na treningi w AKS Górnik Niwka i jeździł na mecze zagłębiowskiej ligi juniorów. Czy są bardziej typowe marzenia wieku dorastania millenialsów z ludowej? Ale coś zostało: ja szybko zapamiętuję ze słuchu rzeczy i uczę się dobrze na pamięć (nauka tekstów piosenek), a on lubi analityczne myślenie (w grze musisz strategicznie przewidywać kolejne ruchy i analizować sytuację na boisku – nie tylko biegać za piłką), które przydaje mu się w pracy filozoficznej. Teraz darmowe zajęcia organizują głównie NGO-sy, ośrodki wsparcia, domy kultury i biblioteki, do których dostęp jest mimo wszystko trudniejszy niż do szkoły. Oczywiście wśród szkół są pozytywne wyjątki i dzieje się wiele dobrych rzeczy, jednak nie są systemową regułą. Tak czy inaczej, kiedy klasa ludowa już korzysta z ofert edukacji i kultury dla dzieci, to bezpłatnych. Za to klasa średnia wysyła dzieci na płatne zajęcia dodatkowe: języki, programowanie, balet itd. Zauważyłam, że darmowe warsztaty spotykają się często wręcz z nieufnością tej ostatniej grupy. Kiedy organizowałam otwarty nabór na zajęcia dla młodzieży, pracując na stanowisku – uwaga, dobre słowo z awansu, ale bez feminatywu – „specjalisty ds. społecznych”, łatwiej było mi dotrzeć do dziewczyn z domu dziecka, niż wejść do kilku prestiżowych szkół w Katowicach, żeby namówić młodzież do aktywności. Zależało mi, żeby ich środowiska były zróżnicowane klasowo, więc chodziłam bezpośrednio do szkół, wiedząc, że ogłoszenie w mediach społecznościowych dociera tylko tam, gdzie prowadzi je algorytm.
Są sytuacje, gdy rodzice naprawdę nie mają opcji, żeby zajmować się takimi przywilejami jak edukacja dzieci i dbanie o ich rozwój, ledwo wiążąc koniec z końcem. W skrajnym ubóstwie, które zagraża zdrowiu i życiu, żyje w Polsce 4% ludzi, czyli 1,6 mln osób. Tak było w 2021 r., gdy minimum egzystencji wyznaczały 692 zł miesięcznie dla osoby samotnej i 467 zł na głowę w czteroosobowych domostwach z dwojgiem dzieci. W takiej sytuacji trudno dywagować o tym, czy ma się wspierających rodziców, bo oni sami często sobie nie radzą z podstawowymi potrzebami. To tutaj powinien działać system dodatkowego wsparcia, i to nie tylko ekonomicznego i doraźnego, ale kompleksowego: szkoły, świetlicy, kuratorów, ośrodka pomocy społecznej. Ktoś powie: to sprawa rodziny, nie państwa. Lecz głodne i zaniedbane
dziecko nie jest jedynie sprawą rodziny. Nie dofinansowując długofalowych działań MOPS-u, trudno się spodziewać się, że pracownik, zarabiający minimum i mający na głowie mnóstwo rodzin, skoordynuje życie każdego dziecka A to często właśnie takie wsparcie, poza finansowym, zapewnia godność i daje szansę. Do tego jeszcze wrócę, pisząc o kolejnych przywilejach.
Przywilej numer trzy: studia
Pamiętam, gdy pierwszy raz czytałam Pierre’a Bourdieu i uciekłam z zajęć socjologii, bo nie byłam w stanie zrozumieć, co to jest „struktura strukturyzująca”. Było mi wstyd, że ten język jest dla mnie nie do przejścia, nawet po czterokrotnym przeczytaniu. Dystynkcję zobaczyłam dopiero w pracy z dziećmi z rodzin w kryzysie i przejrzałam się w niej, biorąc pod uwagę własną ścieżkę edukacji jako przyszła pedagożka, studiująca w Cieszynie. Bourdieu wyraźnie napisał, kto idzie na takie studia, jeśli już idzie. Klasa ludowa albo niższa średnia.
Cztery lata później wyszłam za mąż za wykładowcę prowadzącego zajęcia, z których uciekłam. Magisterkę miałam ocenioną wysoko, do tego stypendia i nagrody. Chciałam rozwijać się dalej. Czułam się jednak niezręcznie, mając prosić o pomoc nawet mojego męża czy promotorkę, która bardzo mnie wspierała, lecz nie miała odpowiedniego tytułu naukowego, żebym mogła pisać doktorat u niej. To ona powiedziała, że powinnam się zająć pisaniem, bo dobrze mi to idzie. Niedawno w książce Ciało huty opisałam historię studentki, która miała podobne obawy co ja, choć jeszcze większe utrudnienia i brak znajomych osób, które by jej pomogły. Oczywiście było to zmyślone, jednak zanurzone w moich odczuciach i formach wykluczenia. W komentarzu od jednej osoby dostałam uwagę, że to niemożliwe, żeby inteligentna młoda kobieta nie wiedziała, jak zająć się procedurą awansu naukowego. Nie chodziło jednak o procedurę, ale o coś innego. O ten przywilej i „naturalność” w podejmowaniu decyzji o dalszej edukacji. Lekkość wkraczania do nowego środowiska bierze się ze znajomości jego niepisanych reguł i kodów. I zdolność do przetrwania tam dłużej, jak to złapał w tekście Koniec z akademią w „Dwutygodniku” Maciej Jakubowiak. Było mi w tamtym czasie głupio powiedzieć na głos – też przed sobą samą – że się nadaję. I nie, nie była to tylko kwestia płci, choć częściowo pewnie też. Nie wiedziałam poza tym, jak i czym opłacić „otwarcie przewodu”, bo wtedy jeszcze się za to płaciło. Pułap wydawał się za wysoki. Najpierw byłam tym zawstydzona, później zagubiona, a na koniec zrezygnowana. To było uczucie z ciała, a nie z głowy. Granica wzrostu była w ukończeniu studiów. Wybrałam pracę praktyczną.
Przywilej numer cztery: zdrowie
I ta praca mnie autentycznie angażowała. Szybko odsunęłam od siebie rozczarowanie. W wakacje, zaraz po ukończeniu studiów, organizowałyśmy z dziewczynami ze świetlicy kolonie dla dzieci, które trwały od 7 do 15 plus przygotowanie kolejnych zajęć razem (15–17) i sprzątanie (17–19). Chyba po tych pierwszych wakacjach, kiedy byłyśmy autentycznie wykończone, postanowiłyśmy zmienić sposób funkcjonowania. Chciałyśmy działać skuteczniej, bo niektóre problemy dzieci nas przerastały. Zwróciłyśmy się o wsparcie do instytucji takich jak MOPS, szkoła i fundacja „Być Razem”.
Z tego powodu – mimo licznych słów krytyki i uwag dotyczących obecnego modelu oświaty, który wymaga radykalnych zmian – nadal twierdzę, że edukacja rozumiana także jako pomoc socjalna może być czymś kluczowym w wyrównywaniu szans. I nie oznacza ona tylko działań samej szkoły, ale również tych prowadzonych we współpracy ze szkołą. Zaznaczywszy przy tym, że głównie to ta ostatnia daje szansę na bycie w innym środowisku niż domowe. W przypadku dzieci z rodzin mniej uprzywilejowanych może to oznaczać bezpłatny dostęp do opieki medycznej i psychologicznej przy odpowiedniej uważności pedagogów. Wciąż brakuje łączności tych podmiotów z rodziną i systemem opieki zdrowotnej. Bywa, że dzieci niedosłyszące czy niedowidzące mają gorsze oceny, bo nie nadążają ze spisywaniem z tablicy czy ze słuchu. Dzieci z zaburzeniami psychicznymi z klasy ludowej są o wiele częściej skazywane na trudności i wykluczenie już od pierwszych lat. Często nie mają diagnoz i trafiają do ośrodków wychowawczych zamiast do ośrodków terapeutycznych. Słowem: bywają karane za własny stan zdrowia.
Wcale nie daleko od tego problemu leży to, co opisuje Sylwia Góra w reportażu Kobiety, których nie ma. Bezdomność kobiet w Polsce. W naszym kraju żyje ok. 30 tys. ludzi bezdomnych, choć pewnie jest ich więcej, bo trudno prowadzić tutaj statystyki. Szczególnie że wiele Polek wyjeżdża za granicę, żeby to ukrywać – tak jak niektóre bohaterki książki Sylwii Góry. Autorka opowiada historie kilkunastu kobiet, które łączy jedno. Są na ulicy z powodu braku systemowego wsparcia w zakresie nie tylko opieki socjalnej, ale i zdrowia. Często nie mają bliskich albo wstydzą się prosić ich o pomoc. Większość z nich albo zachorowała na choroby wieku dorosłego, które objawiają się później (np. choroba afektywna dwubiegunowa), albo już od wczesnego dzieciństwa przejawiała różne symptomy, które zostały zignorowane przez ich środowisko. Przypisano im takie cechy jak np. lenistwo, podczas gdy one z powodu choroby nie miały siły wstać z łóżka i iść do pracy.
Podobną historię znam ze swojej pracy. Często ją opowiadam, bo dalej nie mieści mi się głowie. Gimnazjalistka zasypiała do szkoły, bo mierzyła się z depresją. Jej mama chodziła na wczesną zmianę do pracy w Biedronce i mimo że dbała o córkę, to nie mogła być przy niej rano i dopilnować, żeby poszła do szkoły. Na skutek tego dziewczyna miała trafić do ośrodka wychowawczego. Udało się temu zapobiec dzięki interwencji, w tym przy pomocy darmowego prawnika z fundacji „Być Razem”, który nam pomógł. Ona sama studiuje teraz zdalnie psychologię i pracuje w kawiarni. Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby wtedy trafiła do ośrodka.
To mój kolejny przywilej. Nie miałam jako dziecko problemów zdrowotnych. Nigdy nie byłam nawet w szpitalu. Dopiero w wieku dorosłym odpadłam psychicznie, na skutek braku higieny pracy i spraw osobistych. Leczyłam się na depresję, nie wychodziłam z domu. Poszłam na terapię, brałam leki. Minęło. Dlatego polecam na depresję leczenie, a nie ośrodki wychowawcze i kary.
Przywilej numer pięć: kapitał społeczny
Powiedzmy zatem, że szczęśliwie na swojej drodze spotkaliście dobrych i troskliwych nauczycieli. Byliście zdrowi lub system nie zawiódł, gdy zachorowaliście. Rodzice motywowali was do nauki albo chociaż prosili innych o bezpłatną pomoc, bo w domu nie było przemocy i uzależnień. Albo były, ale takie, jakie mimo wszystko dało się przeżyć, a wam się trafiły fajna ciocia lub babcia. I jakimś cudem skończyliście studia wzorowo na, nie wiem, Uniwersytecie Warszawskim. Myślicie, że zaraz będzie skok. Tylko gdzie?
Kolejny problem pojawi się później: to, że masz nabyty w toku edukacji, a nie wyniesiony z domu wysoki kapitał kulturowy (czytaj: dobre oceny, wiedzę, znasz kody kulturowe itd.), nie oznacza, że uda ci się awansować, bo awans w większości przypadków budowany jest wciąż na podstawie kapitału społecznego. Jeśli znasz kogoś, kogo warto znać, to będzie ci łatwiej. Nie chodzi o bycie karierowiczem czy wychodzenie sobie szansy, lecz o to, że to logiczne, iż prędzej na kursie pisania Wydawnictwa Czarne czy studiach polonistycznych w dużym mieście poznasz przyszłego pisarza czy pisarkę. Raczej nie na podwórku w Chrzanowie. Może dlatego prowadziłam dla młodzieży warsztaty literackie i wydałam z nią zbiór poezji, nadając mu numer ISBN, zanim napisałam własną książkę.
Pierwszą powieść, po zebraniu odwagi po pracy z młodzieżą, wysłałam do dwóch dużych wydawnictw, które ją odrzuciły. Jedno z nich chociaż odpowiedziało na mejla i dało informację zwrotną, że książka jest okej, ale jednak jej nie chce. Pisałam dalej, lecz już bez aspiracji, żeby coś wydać. Bardziej z odruchu, który miałam od dzieciństwa, i z poczucia wewnętrznej wolności, jaką dawało mi pisanie – jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało, czułam się w tym dobrze. Nadal tak się czuję, kiedy piszę. Wtedy wiedziałam, że to będzie moje niezobowiązujące hobby. Drugą książkę (nową, bo pierwszą porzuciłam, leży w szufladzie) bez oczekiwań i większych nadziei wysłałam do Wydawnictwa Krytyki Politycznej, gdzie ludzie mnie już znali, bo pracowałam z dziećmi w Cieszynie. Nie zakładałam jednak, że ktoś ją wyda, tylko że zrobię sobie przypał, proponując coś ponad własne możliwości. Ale wydawnictwo KP ją wzięło. Byłam szczęśliwa i zaskoczona, choć też nie było to dla mnie większe szczęście niż to, które czerpałam z pracy z dziećmi. Czy kiedykolwiek zostałabym pisarką, gdybym nie pracowała z nimi wcześniej i opiekowała się nimi? Nie sądzę. Pojawiło
się w mojej głowie też inne pytanie. Czy wykorzystałam znajomości z nowego środowiska, do którego weszłam tylnymi drzwiami, i czy czasem nie jestem oszustką?
Ostatnio jest wiele ofert wsparcia dla osób z „syndromem oszusta czy oszustki”. Temat przewija się nie tylko w uproszczonych artykułach, ale i w gabinetach terapeutycznych. Częściej wpisuje się ten problem w nierówności płciowe niż klasowe. A przynajmniej nie nazywa ich się wprost, tylko psychologizuje szersze zjawisko, sprowadzając je do szeroko pojętego „trudnego dzieciństwa” i „poczucia odrzucenia”. W gabinecie można syndrom oszustki przerabiać, indywidualizując problem. Myślę, że to odczucie nie jest jedynie sprawą terapeutyczną, lecz przede wszystkim systemową. Oczywiście można się go pozbyć i przepracować w sobie już po awansie, ale czy zniknie wtedy bariera ograniczająca dostęp do awansu dla innych? Odpowiedź jest prosta: nie.
Co po awansie?
Wrócę jeszcze do tego poczucia oszustwa, które miałam na tapecie do niedawna. Z pewnością ważnym etapem „podniesienia poprzeczki aspiracji” była moja praca w Świetlicy Krytyki Politycznej, gdzie poznałam wiele osób z innym kapitałem społecznym: artystek, dziennikarzy i akademików. W samym Cieszynie i z dziewczynami nie czułam barier pomiędzy nami, byłyśmy blisko też w sensie klasowym. Miałam wrażenie, że przekraczamy to, z czym przyszłyśmy, dzięki możliwości spotkania się razem w tym miejscu. Na przykład brałyśmy udział w seminariach, debatach i spotkaniach, które nadawały naszej praktycznej pracy inny wymiar. Dzięki temu może czułam, że aspiracje akademickie, z jakimi nie wyszło, mogę realizować tam i nie rezygnować z teorii na rzecz samej praktyki, choć ta ostatnia do dziś jest mi bliższa. Lubię jednak się uczyć i nie wyobrażam sobie nie robić tego dalej.
Na samym początku stresowały mnie rozmowy z osobami ze świata akademickiego czy mediów, które nas odwiedzały w Cieszynie. Nie chodziło o to, że traktowały mnie źle – wręcz przeciwnie, były przyjazne. Po prostu nie przy wszystkich czułam się pewnie, czasami nie miałam pojęcia, o czym mówią, kogo znają. Szybko jednak stało się jasne, że sporo osób spoza naszej świetlicy, pracujących w Warszawie czy działających w klubach w innych miastach, też jest z awansu, i poczułam… ulgę. I jakiś rodzaj więzi, kleju społecznego. Ktoś pracował, obsługując szatnię, ktoś redagował teksty, ktoś nosił palety, na zjazdach dzieliliśmy się dyżurami przy sprzątaniu. Niektóre historie rodzinne bywały podobne, inne zupełnie różne, z czasem zaś różnice się zatracały. A ja nigdy nie musiałam udawać kogoś, kim nie jestem. Zaczęłam wysyłać swoje artykuły i spostrzeżenia „z terenu” na stronę „Krytyki Politycznej” – jedne wpadały, inne nie, ale dostawałam zawsze od redaktorki naczelnej Agnieszki Wiśniewskiej odpowiedź zwrotną i pomoc przy poprawieniu tekstu.
Może dlatego śmieszy mnie zawsze założenie, że jeśli ktoś mieszka w Warszawie, od razu oznacza to przynależność do jakiejś osobnej grupy społecznej, która robi kariery i jest skupiona tylko na sobie. Tak jakby nikt nigdy nie przyjechał tam z innych miejsc, nie mógł pochodzić z warszawskiej rodziny robotniczej albo robić innych rzeczy niż stawanie w kapitalistycznym wyścigu.
Tak samo irytuje mnie założenie, że gdy jesteś spoza centrum, to automatycznie wpadasz do jednej z dwóch szufladek. Pierwsza: „aspirująca klasa średnia”, która marzy o awansie, jakim jest praca w dużym mieście. Druga: ludowa, po której niczego się nie można spodziewać i organizuje się dla niej festyny za połowę rocznego budżetu gminy na kulturę.
Do pola literackiego trafiłam później, już po debiucie. Jak jednak wynika z książki Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu. Raport z badań zostanie pisarką czy pisarzem z awansu jest bardziej prawdopodobne niż dostanie się do szczelnego pola sztuk wizualnych lub świata filmu. Od tego momentu przez kilka lat obawiałam się, że ktoś mnie złapie na niewiedzy, błędzie językowym czy kompromitacji podczas wystąpień publicznych. I co najzabawniejsze, to się czasami działo! Raz – choć z perspektywy czasu wydaje mi się to nieprawdopodobne – po debacie w Poznaniu podszedł do mnie mężczyzna (nie wiem, kto to był, więc mu nie wypomnę poczucia klasowej wyższości – kolejny plus nieposiadania szerokiego kapitału społecznego), który powiedział, że moje wypowiedzi były nie zawsze poprawne pod względem językowym i powinnam to poprawić. Wiem, że to mógł być po prostu mansplaining, ale przecież kody językowe to element dystynkcji, więc teoretycznie pogroził mi palcem za pochodzenie klasowe, a nie płeć. Zaczęłam się śmiać. Innej reakcji nie znalazłam w ciele. Tak jak czasem klasa ludowa – śmieję się z przerysowanych zachowań i póz.
Później na zaproszenie jednej z dużych platform streamingowych zaczęłam zajmować się tworzeniem treatmentów i scenariuszy. Spróbowałam, bo nie miałam nic do stracenia. Wtedy od kilku miesięcy szukałam pracy, bo jak wiadomo, kapitał ekonomiczny nie zawsze idzie w parze z kulturowym. W nowej branży styl życia był już zupełnie inny niż na polu literackim, a różnice – ogromne. Nie musiałam się jednak za bardzo starać i moje pochodzenie klasowe mogło stanowić już atut, bo dzięki niemu wiem o rzeczach, które dla wielu osób są abstrakcyjne.
W przyjaźni, wśród osób, które znam dłużej, najczęściej jestem przedmiotem żartów o awansie („Zrobiłaś operację plastyczną za te nagrody literackie?”), ale nie w trybie pasywno-agresywnym, bo często w drugim zdaniu dodają, że są ze mnie dumne. A ja chyba nie straciłam jeszcze poczucia humoru. To mi też daje pewien dystans. Sposób, w jaki traktują mnie bliscy, nie przypomina mi o tonie, którym witał mnie ironicznie kolega w dawnej pracy w instytucji kultury, kiedy siedziałam przy biurku i szybko opisywałam faktury: „Oho, nasza pisarka pisze w pracy powieść!”. Za każdym razem wytrącało mnie to z równowagi i było mi zwyczajnie przykro, iż to, że wydaję książki, które piszę nocami, po pracy, stanowi powód do żartów. Tak nigdy nie mówiły osoby z ludowej. One mi kibicowały. Nie wypominały potknięć. Częściej czułam pretensje nowych znajomych z klasy średniej, którzy, czasami nie wiedząc, co w ogóle w życiu robię, twierdzili, że z pewnością „sodówka uderzyła mi do głowy”. Myślę, że częściej klasa średnia wymagała też specyficznej wdzięczności. Bardziej transakcyjnej, oczekującej jakiegoś rodzaju zwrotu symbolicznego. A mi, niestety, nie wychodzą nieszczere gesty. Sama, dając coś innym, nie oczekuję zwrotu. Bardziej wierzę w dzielenie się, które jest bezinteresowne.
Troska i dzielenie się kapitałem
Awans z mojego miejsca ma to do siebie, że przyśpiesza w jednym momencie, a później zwalnia. Faluje, jest kapryśny. Mam to przećwiczone, póki jestem zdrowa. Wiem, że chwilowo znajduję się w bezpiecznym miejscu, jednak ono szybko może się zmienić. Robię kilka rzeczy na raz, zabezpieczając się. Z moim partnerem założyliśmy fundację, prowadzę darmowe warsztaty dla młodzieży i młodych dorosłych. Piszę, bo to pozwala mi lepiej rozumieć i przetwarzać świat. Nie wiem, czy w przyszłości będę to robić dalej, każda książka może być ostatnią i mam na to wewnętrzną zgodę. Odkładam kasę, gdy dostaję jej więcej. Jestem teraz w klasie średniej ze względu na kapitał kulturowy, ale ekonomiczny niekoniecznie. Spotykają mnie jednak różne przywileje, jak np. to, że mogę czasami wyjechać na stypendium literackie i zobaczyć miejsca, w których nigdy nie byłam. Zastanawiam się, co mogę zrobić dla swojego otoczenia z pozycji, w której jestem – jako klasa średnia na prekariacie. Szczególnie kiedy poznaję nowych ludzi, którzy są z ludowej i mają w sobie ogromną troskę, mimo o wiele gorszej sytuacji finansowej niż moja. W ubiegłym roku na wakacjach w Skomacku poznałam Gosię, z którą ja i mój partner spędziliśmy czas, pływając na kajakach, organizując ogniska itd. Zaprzyjaźniliśmy się. Była na urlopie w Polsce. W sezonie zimowym pracuje w Niemczech i opiekuje się starszymi ludźmi, latem mieszka w okolicy Łodzi. W altance na działkach, bo nie opłaca jej się wynajmować mieszkania w cenie, która byłaby znośna na jej kieszeń. Kąpie się pod kranem (pełniącym funkcję prysznica) w namiocie, który postawiła przed mikrodomkiem. Kiedy przyjeżdża do Polski, bierze ze schroniska psy do domu tymczasowego, zimą udziela się na grupach związanych z opieką nad bezpańskimi zwierzętami. Sama jeździ ze swoim „stałym” psem między Polską a Niemcami, bo rodzina, którą się opiekuje, pozwala jej na to.
Dlatego w nowych opowieściach o awansie szukałabym troski. Tej, która często pojawia się pod powierzchnią trudności klasy ludowej. Da się ją pielęgnować niezależnie od płci i środowiska społecznego, w którym się jest. W każdym razie taki mały wycinek zróżnicowanej klasy ludowej i awansów (lub ich braku) znam.