Subskrybuj
Pisarz, eseista, autor m.in. powieści Nieludzka komedia (2009), Da capo (2010), NN (2012), zbioru opowiadań Sainte-Fabeau (2017) oraz rozprawy Błądzące słowa. Jacques Rancière i filozofia literatury (2017) i Niepoczytalne (2019). Wykładowca na polonistyce i kulturoznawstwie UJ.

Chichozof

Roland Topor (1938–1997) to postać w Polsce legendarna. Towarzyszy mu mit nonkonformisty, prześmiewcy i karnawałowego błazna w typie rabelaisowskim. Jego obiegowy wizerunek, na który składają się czarny melonik, cygaro lub fajka i łobuzerski uśmiech, to figura jakby wyjęta z imaginarium niemego kina

Topora poprzedza też sława artysty totalnego. Najbardziej znany jest jako rysownik, autor groteskowych, makabrycznych dzieł, nasuwających skojarzenia tyleż z Boschem i Goyą, co z komiksem i karykaturą. Mamy w pamięci inne dzieła plastyczne – obrazy, ilustracje książkowe, plakaty – a także filmy i animacje, wiemy o działalności dramaturgicznej, reżyserskiej, scenograficznej oraz aktorskiej. Istnieje również legenda biograficzna (całkowicie prawdziwa), która nadaje Toporowi rys twórcy polskiego, choć francuskojęzycznego. Pozwala to włączyć go do panteonu europejskich awangardzistów obok Guillaume’a Apollinaire’a i Georges’a Pereca tudzież wpisać w linię rodzimej literatury absurdu, obok cenionych przez niego Witkacego, Gombrowicza i Mrożka. Jednak do niedawna Topor był pisarzem legendarnym w innym sensie – jako autor nieobecny na rodzimym rynku wydawniczym. Nakłady starszych edycji wyczerpały się, brakowało wznowień i nowych translacji. Do sytuacji tej pasuje anegdota z Balu na ugorze, w której Roland ogląda witrynę księgarską: „Na próżno wytrzeszczam oczy, żadna z moich książek nie leży na wystawie. Nic dziwnego, że się tak źle sprzedają!”. Dwutomowa edycja pism wybranych wydawnictwa Lokator przypomina znane tłumaczenia i proponuje nowe (Chimeryczny lokator w przekładzie Marty Eloy Cichockiej), przywracając nam Topora jako powieściopisarza i dramaturga. W zapowiadanym tomie trzecim znajdą się natomiast krótkie prozy.

Pod stołem i w szafie
Z lektury wyłania się portret pisarza, który nie stronił od trudnych tematów społecznych. Daleko mu do literatury zaangażowanej, broniącej z pełną powagą jakiejś opcji politycznej, niemniej opisywał on z dużą przenikliwością klasowe, etniczne i światopoglądowe konflikty oraz kreślone przez nie linie demarkacyjne, pod którymi nieodmiennie ujawnia się głębsza ogólnoludzka wspólnota oparta na dialogu, współodczuwaniu i śmiechu. W dramacie Zima pod stołem (1994) przedstawia los francuskich imigrantów zarobkowych. Pochodzący z Europy Wschodniej Dragomir, zarobkujący na czarno jako szewc, pomieszkuje kątem u tłumaczki imieniem Florence – a właściwie nie „kątem”, lecz, całkiem dosłownie, pod stołem – a potem dołącza do niego kuzyn Grisza, z zawodu skrzypek. Wspólnie gotują i biesiadują, gawędzą, a gospodyni konsultuje z najemcami problemy przekładowe. Między Dragomirem i Florence rodzi się miłość, a ponieważ zalotnikiem tłumaczki jest bogaty wydawca, staje ona przed dylematem: czy wybrać życiową i finansową stabilizację, dołączając do zadowolonego z siebie mieszczaństwa, czy rzucić się w mezaliansową przygodę? Zwieńczona happy endem fabuła nie powiela wbrew pozorom schematu komedii romantycznej; triumf uczucia nie zaciera głębokich linii podziału, którymi poorane są strzegące status quo, ksenofobiczne społeczeństwa bogatego Zachodu.

Wrażliwość na problemy klasowe i ekonomiczne zwykło się wiązać z  wczesnymi doświadczeniami samego Topora. Ten potomek polskich Żydów, syn malarza i hafciarki, dorastał w domu, w którym mówiło się w jidysz i po polsku, choć jego pierwszym językiem pozostawał francuski. Stąd bierze się zarówno uwrażliwienie na różnice językowe („akcent rozwiązuje języki, bo rodzi pytania” – czytamy w Myślach zawiązanych na supełek), jak i empatyczne podejście do ludzi innych kultur oraz nieufność wobec wszelkiej maści uniwersalizmów. Na pisarstwie Topora odcisnęło się również doświadczenie Zagłady. Roland spędził pierwsze lata wojny w Paryżu, a następnie w Sabaudii, gdzie cała rodzina musiała się ukrywać. Trudno jednak uznać go za typowego pisarza pokolenia dzieci Shoah. W Balu… notuje co prawda: „Wszyscy chcieli mnie zabić”, jednak natychmiast wyciąga z tego paradoksalny wniosek, że skoro pozwolił sobie istnieć, może powiedzieć: „Ja też uratowałem Żyda! (…) Nie mam zamiaru zapomnieć długu, jaki wówczas u siebie zaciągnąłem”. Zamiast pracy nad traumą proponuje kurację śmiechem.

Zresztą pytania o korzenie mocno go niecierpliwiły i odpowiadał: „Nie jestem drzewem. A gdybym nawet był, czemu nikt nie spyta mnie o owoce?”.

Jednak, jak przypomina Agnieszka Taborska w Archipelagach Rolanda Topora, pisarz wiązał akt twórczy z pierwszym kłamstwem – a kłamać musiał już jako kilkulatek, gdy odpowiadał na pytania kolaborującej z nazistami dozorczyni. Nauka katechizmu i obowiązkowe wprawianie się w kulturowej mimikrze pozwoliły mu z kolei odrobić lekcję względności prawd objawionych, wielości wiar i płynnej tożsamości.

Temat społeczny odnajdujemy w  centrum debiutanckiego dramatu Joko świętuje rocznicę (1969). Tytułowy bohater, pracujący fizycznie przy cysternie, zostaje nagle zmieniony w zwierzę pociągowe: pewien jegomość wskakuje mu na plecy i każe się zanieść do hotelu, w którym gromadzą się delegaci. Podobny los spotyka innych ludzi z niższych warstw. Joko czuje się poniżony, ale przyjmuje tę rolę, bo poszukuje zarobku. Wkrótce zrozumie, że od ciemiężycieli nie sposób się uwolnić – całkiem dosłownie zrastają się z nim. Jego mama co prawda odrąbuje ich siekierą, ci jednak przeprowadzają się do wnętrza Joko: „W imieniu wszystkich delegatów – mówi jeden z nich – biorę twoje ciało w posiadanie. Ty będziesz naszym hotelem Concordia!”. Agenci systemu poruszają od tej pory wszystkimi kończynami nieszczęśnika. Oto przejmujący obraz predestynacji społecznej, samoodnawiającego się wyzysku, tragicznie uwewnętrznionej władzy kapitału! Podobne wątki odnajdujemy w Chimerycznym lokatorze (1964), szeroko znanym dzięki adaptacji filmowej Romana Polańskiego. Trelkovsky, prawdopodobnie imigrant z Europy Wschodniej, wynajmuje mieszkanie po lokatorce, która wyskoczyła przez okno. Powoli upodabnia się do niej, aż do tragicznego finału. To tyleż opowieść o staczaniu się w szaleństwo, co o bezlitosnym działaniu społecznego stygmatu, o ostracyzmie zmieniającym obcego w ofiarę.

Gdy Trelkovsky przejmuje tożsamość poprzedniej lokatorki, stroi się w kobiece ubrania i podważa oczywistość swojej tożsamości płciowej. Podobnie dzieje się w dramacie Ja i ja (1996), gdzie Don Juan, ogoliwszy się, dostrzega w lustrze twarz pięknej kobiety, jak dotąd skrywaną pod zarostem. Uznaje, że w jego ciele żyła kobieta, i postanawia poddać się jej władzy. W finale rodzi dziecko i wita je okrzykiem: „To chłopiec, ale to także dziewczynka!”. Topor nie tylko kreśli scenariusz wyskakiwania spod stołu, ale także wychodzenia z szafy, a przynajmniej ucieczki z niewoli ciasnych schematów określających naszą tożsamość. Narzędziami tej emancypacji są nieodmiennie purnonsensowy humor i nieskrępowana fantazja.

Szlachetny sport wolności
Topor odnawia wiarę w  moce „wyzwolonej wyobraźni”. Hasło to każe myśleć o działalności nadrealistów, ale autor Czarnych krów zaznacza krytyczny dystans w stosunku do programu „upolitycznionej i dyktatorskiej” grupy Bretona, która była „zbudowana na modłę politycznych partii swoich czasów”. Przeciwko paryskiemu doktrynerstwu wybiera wolność belgijskiego nadrealizmu („więcej było w nim nonkonformizmu, magii i szaleństwa”), a w 1962 r. wespół z Alejandrem Jodorowskim, Fernandem Arrabalem i Jacques’em Sternbergiem zakłada Grupę Paniczną, która to nazwa sugeruje daleko posuniętą nieortodoksyjność, „zamiłowanie do chaosu i przeświadczenie, że wielość zdań jest lepsza od jednomyślności”.

Najpiękniejszą opowieścią o  wyzwalaniu się z wszelkich przymusów pozostaje Księżniczka Angina (1967). Rzecz zaczyna się jak bajka, od słów: „Droga była różowa, a kałuże białe”. Tytułowa bohaterka podróżuje pojazdem w kształcie słonia o kolorze rozdeptanej truskawki razem z Markizem Witamińskim i przypadkowo spotkanym nieszczęśnikiem. Wiozą skarb złożony z przedmiotów magicznych (które inni postrzegają jako kupę rupieci) i poszukują wuja księżniczki. Mijają Jerozolimę, Rzym i Lourdes, ale nie zatrzymują się tam, stronią od wszelkiej ortodoksji. Pewna siebie, niesforna, ekscentrycznie odziana dziewczynka, każdym słowem rozbijająca myślowe i językowe gotowce, jest sierotą; matka zamieniona została w szafę z lustrem, a ojciec wpadł na pomysł, by uprawiać ziemię od spodu i teraz podgryza korzenie oleandrów. Na jej życie czyhają Grużyna, Kolbetow, Księżna Grzanka, Margrabia de Ser i najstraszniejsi z nich Bracia Brodacze (którzy „działają na szerszą skalę: to oni wymyślili i upowszechnili kupowanie na kredyt!”). Czemu czynią zło? Angina tłumaczy to oryginalnie: „Przez zamiłowanie do prawdy. Otaczają ją barbarzyńskim kultem. Nigdy nie chodzą do kina. Twierdzą, że rzeczywistość przerasta fikcję. (…) Ubóstwiają też wypadki, egzekucje, więzienia i dworce. (…) Nigdy nie zapominają o życzeniach urodzinowych. Na każde ich skinienie nadbiegają dentyści. Stale widuje się ich w dziennikach telewizyjnych”. Jej wrogowie to agenci systemu, który pomnaża wiedzę i władzę, nienawidzący wszystkiego, co nieuregulowane i ekscentryczne.

Kto zwycięży w tym starciu? Czy Angina trafi do przytułku dla sierot? Kanclerz przepowiada triumf zestandaryzowanego ładu („Niebawem wmieszają się filozofowie, potem naukowcy. Ukarze się winnych, otworzy szkoły, założy muzea – koszmar!”). Ale nawet jeśli Angina poniesie klęskę – nie zdradzę w tym miejscu zakończenia – zdąży wręczyć nam potężną broń przeciwko jałowości i nudzie. To epika snu (Topor powiadał, że w 8 godz. snu jest więcej sztuki niż w 16 godz. działalności produkcyjnej) i poezja absurdu („nonsens – czytamy w Myślach zawiązanych na supełek – jest bliższy rzeczywistości niż rozum, który służy tylko temu, by ją znosić”). Opowieść skrzy się humorem przypominającym bajki Lewisa Carrolla, roi się od dziwnych zgadywanek i przepisów kulinarnych (jak ten na usmażoną Syrenę Południa), parodii zeskorupiałych języków (np. tekstów reklamowych: „Angina to klucz do sukcesu”), piosenek, w których słowa raczej dźwięczą, niż znaczą. Nie jest to jednak opowieść o triumfie wolności, lecz o nieustannym oswabadzaniu się. Nieprzypadkowo w centrum baśni odnajdujemy dziewczynkę. „Dziewczynki widzi się głównie w roli przyszłych matek – mówi Topor w wywiadzie. – Mimo że ograniczanie kobiet do jednej tylko roli jest zbrodnią przeciw ludzkości, większość społeczeństw wciąż je tak traktuje”. Angina to najważniejsza sojuszniczka Topora w „amatorskim uprawianiu szlachetnego sportu wolności”.

Autor Café Panika pisze po to, by „językowymi grami wykroić sobie obszar bez boga i śmierci, wolny od moralności i powagi”. Namawia nas, byśmy dystansowali się przez śmiech od zniewalających dyskursów. W Bitwie na szczycie (1983) – jednym z pięciu minidramatów pisanych wespół z Jean-Michelem Ribesem – obserwujemy niecodzienną scenę: alpinista spotyka na wierzchołku góry mężczyznę w smokingu, siedzącego przy stole, ucztującego i pijącego szampana. Sportowiec wspina się, „żeby przekroczyć własne możliwości… dokonać czegoś wielkiego…”, a ucztujący sybaryta namawia go do chwili odpoczynku. Okazuje się to tylko z pozoru proste; niełatwo wymknąć się dyktatowi wydajności i sukcesu.

Stopnie wiedzy i wyobraźni
W roku 1996 Topor został zaproszony do serii Tajemny ogród pisarzy, co dało początek Balowi na ugorze. Uznał, że wbrew sugestii wydawcy jest jedynie „skrawkiem wyjałowionej ziemi”, i wcielił się w rolę „strażnika własnego pejzażu”, niczym rolnicy, którym UE dopłaca do gruntów leżących odłogiem. Odrzucił „dantejską nadprodukcję” agrokultury i kultury tout court, począł snuć opowieść o apatii i braku weny, o starzeniu się, o powracających wspomnieniach. Melancholijny rys, na który zwracał uwagę Federico Fellini, widzący w dziełach Topora „świat pozbawiony nadziei”, zaciera się jednak w miarę, jak pisarz opuszcza swoją samotnię, włóczy się po Paryżu (odtworzonym z niebywałą czułością) i spotyka ze znajomymi, by oddawać się ulubionemu zajęciu: „siedzeniu razem i gaszeniu pragnienia”. Nie tylko pisanie pozwala uśmierzyć grozę, zgodnie z maksymą, iż „wymyślona potworność przyćmiewa prawdziwą” – podobny efekt dają miejskie włóczęgi i swobodne kawiarniane pogawędki przy lampce szampana. Autoportret paryskiego bon vivanta prowadzi ku kolejnej pochwale wolności: „Wolę dać się ponieść pierwszej lepszej fantazji. Jedyny sens widzieć w absurdzie. Mówiąc tak jakby, udawać, że to prawda. Albo nieprawda. Zaprzeczać oczywistościom. Wykorzystywać każdy sposób odejścia od normy. Ośmieszać komedię świata”.

Topor zasłużył na miano najwybitniejszego chichozofa wszech czasów. Czym jest chichozofia? Księżniczka Angina cytuje jej tekst założycielski, którego nikt nie rozumie, i bardzo dobrze, pełne zrozumienie byłoby bowiem dla chichozofii śmiertelne. Jedno jest pewne: umiłowanie chichotu może stać się rodzajem mądrości, jeżeli podważymy jedynowładztwo rozumu, albowiem „stopnie wiedzy są ściśle związane ze stopniami wyobraźni”.

—

Roland Topor Dzieła wybrane. T. 1 Chimeryczny

tłum. Marta Eloy Cichocka, Agnieszka Taborska

Wydawnictwo Lokator, Kraków 2022, s. 590

 

Roland Topor Dzieła wybrane. T. 2 Obsceniczny

tłum. Ewa Kuczkowska

Wydawnictwo Lokator, Kraków 2022, s. 400

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała