Nie da się ukryć, że koniec jest blisko, ale jeszcze nie całkiem, jeszcze nie nadszedł (…). Tak oto umierają cywilizacje, bez trosk, niebezpieczeństw i dramatów, przy niewielkim przelewie krwi, cywilizacje umierają z nudów, ze znużenia samymi sobą, co socjaldemokracja miała mi do zaoferowania, oczywiście nic, jedynie trwałość nieobecności i wezwanie do zapomnienia.
Michel Houellebecq, Serotonina
Tematem tej książki jest śmierć, chyba ta najgorsza, jaka może się nam przydarzyć: śmierć jeszcze za życia, które powoli ustaje, wygasa, a my stajemy się kronikarzami własnego umierania. Obraz ten stoi w sprzeczności ze słynnym argumentem Epikura, na którym opiera się jego system eudajmonii. Głosi on bowiem, że „kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma – a kiedy jest śmierć, nie ma nas”, więc nie ma czym się przejmować: trzeba łapczywie rozkoszować się każdym dniem, a potem wydarza się niewiadome, czyli nagły i niezrozumiały skok w noc. U filozoficznie oczytanego Houellebecqa jest i Epikur, którego autorski porte-parolebez zbytnich ceregieli z polityczną poprawnością nazywa „greckim wsiowym pedałem”, ale znacznie bliższy okazuje się mu Martin Heidegger. Nie tylko dlatego, że w swojej konstrukcji „bycia-ku-śmierci” uczynił on życie ludzkie cieniem własnego końca, ale także – i to wcale nie mniej ważny powód – że zrównał on technologię Zagłady, która umożliwiła zabicie milionów żydowskich istnień w rekordowo krótkim czasie, z masową produkcją „zwierzęcego trupa”, w jaką, jego nieskromnym…