Subskrybuj
il.: Klawe Rzeczy / fot.: Oleksandr Laskin
Ukraińska pisarka, tłumaczka, scenarzystka, historyczka literatury, współautorka międzynarodowych projektów multimedialnych. Tłumaczy z polskiego, białoruskiego i rosyjskiego (drukiem ukazały się m.in. wiersze Kazimierza Wierzyńskiego, Tajemnica chińskiego pokoju Stanisława Lema, Toast za przodków Wojciecha Góreckiego). Laureatka kilku międzynarodowych konkursów...

Wybór

Cieszę się, że nie jestem zmuszona do tłumaczenia tekstów, które mi się nie podobają, ani tych, których „nie czuję” – mam wybór. Przekładam to, co mnie interesuje, co mnie rozwija i jest pożywieniem dla mózgu i zmysłów.

Najczęściej wybieram teksty, których odpowiedniki nie istnieją w literaturze ukraińskiej, albo takie, których przekład wydaje się wyzwaniem – jest na tyle trudny, że po każdym udanym tłumaczeniu jestem dumna z siebie, iż to się udało! Dotyczy to przede wszystkim poezji, zwłaszcza rymowanej, klasycznej. Pamiętam, jak borykałam się z emigracyjnymi wierszami Kazimierza Wierzyńskiego – zdarzało się, że kilka dni chodziłam z jedną zwrotką, kombinując, jakich słów użyć i jak je ułożyć, żeby nic nie zatracić i wszystko przekazać – barokowość myśli, detale i możliwości języka. Wybrałam te wiersze dla trudnej radości odnajdywania odpowiedniej formy poetyckiej. Właśnie przez to lubię tłumaczyć poezję – im prościej wiersz wygląda, tym trudniejszy okazuje się do przełożenia. Nie udało mi się np. dosłownie przełożyć wersów: „Polska leży nad Wisłą / Nikt nie jest samotną wyspą” (po ukraińsku nie da się tego powiedzieć tak krótko). W przekładzie zawsze coś się traci, ale w innych miejscach wzbogaca. Nie warto zaczynać tłumaczenia bez zrozumienia, na czym polega styl autora, jego specyficzna maniera. Nie da się tłumaczyć tekstów Wisławy Szymborskiej bez wiedzy o lekkim humorze sytuacyjnym czy Bohdana Zadury, nie biorąc pod uwagę jego ironii i gier językowych. Są też pozycje, które tłumaczę z powodu braku podobnych u nas. Reportaż Toast za przodków Wojciecha Góreckiego albo popularnonaukową eseistykę Stanisława Lema Tajemnica chińskiego pokoju przełożyłam, bo po prostu chciałam to przeczytać w swoim rodzinnym języku, brakowało literatury tego typu na ukraińskim rynku. Wiedziałam, że mogę ją udostępnić czytelnikom właśnie w taki sposób.

*

Na pierwszych warsztatach translatorskich w Warszawie, w których uczestniczyłam, prowadzący Adam Pomorski zwrócił uwagę, że używam dużo bardzo rzadkich dla współczesnej polszczyzny słów. „Skąd znasz tak piękną staropolszczyznę?” – zapytał Adam. Musiałam przyznać się, że kiedy robiłam doktorat z ukraińskiego baroku XVII– XVIII w., czytałam także literaturę polską tego okresu: Potockiego, Morsztyna, Zimorowicza. A od tego czasu język bardzo się zmienił! Można powiedzieć, że jestem oswojona z polską literaturą barokową, ale szczęśliwie ominął mnie XIX w., cały romantyzm itd. Nim zabrałam się za współczesnych autorów, wzięłam się do tłumaczenia niepodobnych do siebie poetów: Leśmiana, Gałczyńskiego, Wierzyńskiego, przełożyłam kilka esejów Iłłakowiczówny i Nałkowskiej.

Od moich pierwszych przyjazdów do Polski w roku 1997 (wtedy przyjeżdżałam jako pisarka, nie tłumaczka) poznałam wielu pisarzy, z niektórymi łączą mnie lata przyjaźni, wspólnych projektów i przekładów. Bardzo wiele zawdzięczam Bohdanowi Zadurze, który przetłumaczył większość moich wierszy i opowiadań (ukazywały się jako książki i na łamach czasopism). Dzięki Bohdanowi i różnym spotkaniom pisarskim poznałam wielu poetów – Piotra Sommera, Leszka Engelkinga, Darka Foksa, Jacka Podsiadłę, Tomasza Różyckiego, Adama Wiedemanna, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Jacka Gutorowa, Jacka Dehnela, Marzannę Kielar, Julię Fiedorczuk, Barbarę Klicką i wielu innych. Na różne okazje przełożyłam po kilka wierszy tych poetów i poetek – myślę, że gdyby zebrać to wszystko razem, wyszłaby z tego dość gruba antologia. Te spotkania działają w dwie strony – od lat znam się z Anetą Kamińską, która tłumaczy moje teksty, dzięki Kindze Dunin poznałam środowisko „Wysokich Obcasów” i „Ośki”. W 2005 r. w Willi Decjusza przez parę miesięcy kreatywnie spędzałyśmy czas z Dorotą Masłowską – miałam nawet plan przełożenia Pawia królowej, okazało się jednak, że nie rapowy kostium tekstu stanowi problem, lecz znaki i symbole popkultury, których nie można przełożyć na kontekst ukraiński.

*

Z przekładami mam specyficzny problem – to wewnętrzna konkurencja i rywalizacja między tłumaczką i pisarką. Staram się dzielić czas pomiędzy te aktywności, ale nie zawsze to wychodzi. Praca z językiem obcym (choć nie czuję, żeby język polski był mi obcy) rozwija i pomaga w twórczości osobistej. Kiedy jednak leży przede mną 440 stron cudzego tekstu, to wiem, że nie są to jedynie słowa, to osobowość autora, doświadczenie życiowe, długość frazy, specyfika mowy – trudno się od tego odciąć. Staram się być na bieżąco z polską kulturą i językiem – bez śledzenia kontekstu nie można tłumaczyć współczesnych autorów, język literatury ciągle sie zmienia i rozwija. Dzielę też problemy tłumaczy i tłumaczek z całego świata – należne honorarium, nieustająca walka o umieszczenie swojego nazwiska na okładce książki i w recenzjach oraz dojmujący brak infrastruktury dla pracy i obrony praw tłumaczy w Ukrainie. Określiłabym ten nasz tryb życia cytatem z Wierzyńskiego: „Gdzie mieszkam – w czterech walizach / Dokąd jadę – na koniec języka”. U pisarzy i tłumaczy wszystko jest na końcu języka.

Artykuł pojawił się w numerze: Święty Houellebecq