Olga Curzydło, Barbara Pasterak: Parę lat temu rozmawiałyśmy z pracowniczką jednego z muzeów, która, gdy pojechała do Skandynawii, była zdziwiona, że na ulicach jest bardzo dużo osób poruszających się na wózku. Dopiero potem zrozumiała, że ludzi na wózku nie ma tam więcej niż w Polsce, a jedynie chętniej opuszczają dom. Trochę się przez te lata u nas zmieniło, ale wciąż, gdy chodzi o obecność osób z niepełnosprawnością w przestrzeni publicznej, mamy dużo do zrobienia.
Justyna Wielgus: Myślę, że na początek warto zdefiniować, czym jest przestrzeń publiczna i jak ją rozumiemy. Dla mnie jest to miejsce, które współdzielimy, współtworzymy i o którym współdecydujemy. Miejsce, które przynależy do każdego mieszkańca danej wsi, miasta, państwa. Miejsce, które zakłada, że każdy ma do niego takie samo prawo. Wydaje mi się, że w Polsce brakuje takiego sposobu myślenia o przestrzeni. Inaczej sytuacja wygląda w dużych ośrodkach, gdzie sporo się zmieniło, inaczej w małych miastach, a jeszcze inaczej na wsiach. Jednak prawie wszędzie większość wedle swojej normy ciągle rządzi wspólną przestrzenią, więc trudno mówić o jej prawdziwej dostępności dla wszystkich obywateli.
W przestrzeni publicznej ta symboliczna większość najczęściej przypomina sobie o dostępności, gdy słyszy sygnał dźwiękowy na przejściu dla pieszych lub widzi kopertę na parkingu. Jeśli w naszym otoczeniu nie ma osób o alternatywnej motoryce czy sensoryce, nie do końca uświadamiamy sobie ich potrzeby. Tak też dzieje się w obszarze instytucji publicznych, w tym instytucji kultury. Często w myśleniu o niwelowaniu barier ograniczamy się do barier architektonicznych. Wydaje się, że wybudowanie rampy, usunięcie progu czy zbudowanie dostępnej toalety to już jest wszystko, co można zrobić.
JW: Jeżeli zawęzimy rozumienie dostępności do zmian infrastrukturalnych czy nawet technologicznych, to jest bardzo mała szansa na większą obecność osób z niepełnosprawnościami w instytucjach kultury. Pierwszą zasadniczą rzeczą jest uznanie, że osoba z niepełnosprawnością jest równoprawnym uczestnikiem kultury. Wychodząc od tego założenia, nie będziemy traktować tych osób tylko jako biorców i odbiorców oferty kulturalnej, lecz zobaczymy w nich twórców, współtwórców, zarządców takiej instytucji. Dopiero wtedy jest możliwa realna zmiana. Jeżeli nie zredefiniujemy pojęcia niepełnosprawności, będziemy nadal tkwić w ujęciu medycznym, tzn. że niepełnosprawność dotyczy tylko osoby zmagającej się z pewną dysfunkcją, a nie nas wszystkich, którzy określamy, jak postrzega się niepełnosprawność w naszym społeczeństwie. Najważniejsza jest zatem edukacja, i to rozpoczęta jak najwcześniej. Powinna ona zakładać obecność osób, których ciała się od siebie różnią, z inną motoryką czy możliwościami w jednej klasie w szkole publicznej. I tutaj wracamy do sedna sprawy, nie do segregowania, różnicowania, robienia dla kogoś czegoś, traktowanego jako działanie charytatywne. Jeśli my, jako instytucja, okazujemy litość, „pochylamy się z troską”, to wiele osób z niepełnosprawnościami odbiera to jako działanie uprzedmiotawiające. I ma rację. Potrzebujemy realnych zmian systemowych: dostępu do edukacji, rynku pracy. Dziś jest on często iluzoryczny: osobom z niepełnosprawnością trudno jest znaleźć zatrudnienie na rzeczywistym rynku pracy albo zarabiać większe pieniądze, ponieważ po przekroczeniu pewnego progu tracą swoje świadczenia. To spirala, z której niełatwo się wydobyć.
Monika Dubiel: Ciągle jesteśmy w procesie zmian. Dziesięć czy piętnaście lat temu w ogóle nie było osób z niepełnosprawnością na ulicach czy uniwersytecie. Nie uczestniczyły też w kulturze. W muzeach nie podejmowano żadnych systemowych działań na rzecz dostępności – oprowadzań, audiodeskrypcji czy innych rozwiązań. A teraz takie możliwości są – najczęściej w dużych miastach, w kilku instytucjach. Idealnie byłoby, gdyby były we wszystkich, ale też nie możemy wymagać tego od razu. Wydaje mi się, że ogólnie idziemy w dobrym kierunku. Oczywiście wszystko komplikują finanse, gdyż niektóre z udogodnień są bardzo drogie. Ale to, co jest najtańsze i moim zdaniem najbardziej efektywne, to przeszkolenie zespołu. To podstawa, od której trzeba zaczynać i coś, co często wystarczy, żeby dana instytucja była dostępna.
Instytucje coraz wyraźniej adresują swoją ofertę do osób o różnych potrzebach. Wiele muzeów organizuje oprowadzania dla osób niewidomych lub niesłyszących. Coraz więcej teatrów zaprasza na spektakle z audiodeskrypcją, podczas których osoba niewidoma słyszy na słuchawkach opis tego, co w danym momencie widać na scenie, co robią aktorzy. Dzięki staraniom organizacji pozarządowych takich jak Fundacja Kultury bez Barier, Fundacja Siódmy Zmysł czy Fundacja Katarynka pojawiają się pokazy filmowe z audiodeskrypcją i napisami dla niesłyszących. Oferta jest, powstaje. Nie wystarczy jednak po prostu zaplanować takich wydarzeń.
MD: Rozwój infrastruktury oraz zmiana możliwości społecznego funkcjonowania, jak chociażby nauki czy pracy, sprawiają, że osoby z niepełnosprawnościami częściej wychodzą z domu, więc też częściej trafiają do instytucji kultury. Takie osoby zwykle nie są jednak nauczone, żeby do nas przychodzić. W szkole masowej wyjście do kina czy teatru jest częścią programu. Natomiast jeśli osoba z niepełnosprawnością uczęszczała do ośrodka szkolno-wychowawczego, gdzie nie było takich wyjść, to kiedy dorasta, nie ma wyrobionego nawyku korzystania z kultury. W takiej sytuacji mamy dwa wyzwania: po pierwsze, dotrzeć do tej osoby, po drugie, przekonać ją, że warto skorzystać z oferty instytucji kultury. To ogromna praca, która leży tak naprawdę po naszej stronie.
Mogę mówić głównie o swoim doświadczeniu niepełnosprawności wzroku, ale to się przekłada też na inne niepełnosprawności. Jeżeli nie byłam nigdy w jakimś muzeum, a dowiem się, że tam jest ciekawa oferta, to moją pierwszą myślą będzie to, że sama tam nie pojadę i nie mam pojęcia, jak tam dotrzeć. To jest mój pierwszy problem. A dla osoby na wózku pojawi się problem, jak do tego muzeum się dostać. Jak będzie wyglądała przestrzeń, czego mogę się spodziewać? Takich pytań nie zadaje sobie osoba bez niepełnosprawności.
JW: To są niewidoczne bariery, ale słyszymy o nich od widzów, np. od rodziców dzieci z niepełnosprawnościami, którzy mówią o wstydzie i strachu przed wyjściem na spektakl, na koncert, gdziekolwiek w przestrzeń publiczną. Uwidaczniają się tutaj dziesiątki lat wykluczania, izolowania, spychania na margines, zamykania w przestrzeni prywatnej. Po jednym ze spektakli podszedł do mnie młody tata z czteroletnim synkiem z zespołem Downa i powiedział, że pierwszy raz poczuł się „normalnie” w przestrzeni publicznej. Znowu powstaje pytanie, co to „normalnie” znaczy. On nie musiał się cały czas oglądać, denerwować, że może jego syn niewłaściwie się zachowuje. Czasami osoby z niepełnosprawnościami są w stanie pokonać schody, ale o wiele trudniej jest im znieść spojrzenie pełne litości czy lęku. Tu otwiera się pole do ogromnej pracy.
Ta sprawa jest do przepracowania po obu stronach. Trzeba poświęcić czas, żeby osoba z niepełnosprawnością czuła się swobodnie w przestrzeni kultury i wiedziała, że może korzystać z jej oferty. Organizując wydarzenie specjalnie dla osób z niepełnosprawnościami, instytucje podejmują próbę przełamania mentalnej bariery wejścia. Wciąż jednak funkcjonujemy w rzeczywistości, w której łatwiej jest zorganizować „tydzień osób niepełnosprawnych” niż działanie, które po prostu nikogo nie wyklucza. Drogą ku temu może być organizacja wydarzeń włączających osoby z niepełnosprawnością, w których dostosowania są widoczne dla wszystkich – jak tłumaczenie na polski język migowy (PJM). Jednak aby osoby z niepełnosprawnościami czuły się w instytucjach kultury na właściwym miejscu, konieczna jest też zmiana myślenia wśród innych odbiorców kultury i osób, które tworzą ofertę.
JW: Myślę, że ten proces musi się zacząć od dopuszczenia do siebie myśli, że osoby z niepełnosprawnościami mogą pracować w instytucjach kultury, a także nimi zarządzać. Musimy zacząć wyobrażać sobie takie sytuacje. Tymczasem często operujemy obrazami osób z niepełnosprawnościami jako biednych, nieestetycznych, nieporadnych, dla których pewne sfery życia są w ogóle niedostępne.
Pomyślmy o tym, że odbywają się koncerty Eminema tłumaczone przez Holly Maniatty, świetną migaczkę i pojawia się pytanie: dla kogo ona to miga? Tymczasem okazuje się, że jest mnóstwo niesłyszących fanów Eminema, którzy chcą przychodzić na jego koncerty. I to jest świetne!
MD: W tym roku na Pol’and Rocku jednym z udogodnień było tłumaczenie na polski język migowy podczas spotkań w ramach Akademii Sztuk Przepięknych. Tłumaczenie wyświetlano na telebimie. Goście w czasie rozmów odnosili się do niego, podkreślając, że cieszą się, że ono jest. Jedna z uczestniczek festiwalu zadawała Kasi Nosowskiej pytanie o to, jak wybebesza się emocjonalnie, i od razu zwróciła uwagę, że ciekawi ją, jak słowo „wybebeszać” zostanie przetłumaczone na migowy. W ten sposób tłumacz i tłumaczenie, a przez to osoby g/Głuche stały się obecne w głównym dyskursie festiwalu.
My też mamy poczucie, że obecność tłumacza czy nawet informacji o dostępności przewodnika w PJM ma walor edukacyjny. Chodzi o rozbudzanie w użytkownikach kultury świadomości, że oferta może być adresowana np. do kogoś, dla kogo to język migowy jest podstawowym środkiem komunikacji, a język polski nie jest pierwszym językiem. W materiałach multimedialnych w muzeach czy podczas spektakli teatralnych pojawiają się często napisy po angielsku, a bardzo rzadko można znaleźć polskie napisy, które zapewniają dostępność treści dla osób niesłyszących.
MD: Dlatego ważne jest to, żeby udogodnienia były robione jako część wystawy czy spektaklu. Z dbałością o estetykę i funkcjonalność. Czasem zdarza się, że projektant wystawy uważa, że np. tyflografiki są brzydkie i nie pasują do jego aranżacji, dlatego nie są na stałe w ramach ekspozycji, ale można z nich skorzystać np. w kasie. Przez to osoby, które przychodzą do muzeum, nie są w stanie zorientować się, że ta instytucja robi coś dla osób niewidomych. Bez widoczności nie będzie pełnej dostępności.
JW: Trzeba też zwracać uwagę na to, że osoby z niepełnosprawnościami nadal nie mają swojej reprezentacji w ofertach kulturalnych. Jest bardzo mało miejsc, gdzie można przyjść na koncert osoby z niepełnosprawnością, wystawę artysty z niepełnosprawnością, spektakl, w którym aktorem, reżyserem czy choreografem jest osoba z niepełnosprawnością. W warszawskim Teatrze 21 zaczynaliśmy od pięciorga widzów, którymi byli członkowie rodziny naszych aktorów. To, że aktorami na scenie są osoby z zespołem Downa i autyzmem, spowodowało, że coraz częściej zaczęły do nas przychodzić nie tylko osoby z zespołem Downa, ale też z innymi niepełnosprawnościami.
Należy sobie zadawać pytanie, czy przygotowując wystawę, myślimy o tym, żeby zapraszać osoby z niepełnosprawnością, by wyłapywać te, które tworzą. To są bardzo często ludzie, którym zabrakło odwagi czy nie mieli siły przebicia, dlatego są nam nieznani.
Pozostają w swoich miejscowościach, zamknięci w swoich pokojach, a niekiedy tworzą fantastyczne rzeczy.Może mogliby być świetnymi menadżerami, muzykami, dramatopisarzami. W taki sposób myślimy o Centrum Sztuki Włączającej, o którego powstanie już od dwóch lat walczymy w Warszawie: ma dawać szansę zaprezentowania swojej twórczości artystycznej osobom z niepełnosprawnościami. To przedziwna sytuacja, kiedy w teatrze publicznym, w dużym ośrodku miejskim rolę osoby z niepełnosprawnością odgrywa aktor sprawny. W Polsce szkoły teatralne w ogóle nie myślą o dostępności swojego programu nauczania dla osób z niepełnosprawnościami, co dzieje się przecież za granicą.
To, co się wydarzyło w zeszłym roku podczas protestu osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów w Sejmie, jest cezurą. To był jeden z najważniejszych momentów w historii zawiązywania się takiego ruchu w Polsce. Nas z racji historycznych ominęła przechodząca przez Europę Zachodnią i Stany Zjednoczone rewolucja, która była połączona z dążeniami wolnościowymi, feministycznymi w latach 60., 70., a jej rezultatem były m.in. nowe prawa dla osób z niepełnosprawnościami. Wśród aktywistów bardzo często się podkreśla, że tę realną zmianę wywalczą dla siebie tylko osoby z niepełnosprawnościami. My, jako osoby sprawne, możemy wspierać ten ruch, natomiast zmiana nie odbędzie się bez silnego głosu, który w Polsce zaczął się wydobywać w przestrzeni publicznej. Dzięki wydarzeniom w Sejmie mogliśmy usłyszeć postulaty wygłaszane przez osoby z niepełnosprawnościami. Wreszcie nikt nie wypowiadał się w ich imieniu. W opinii publicznej w końcu zyskały podmiotowość. Ważne jest też sieciowanie, tzn. inspirowanie siebie nawzajem, czerpanie z doświadczenia swoich kolegów i koleżanek pracujących w podobnych instytucjach. W Polsce szwankuje taka współpraca. A przecież trzeba korzystać z tego, że jakaś instytucja wypracowała świetną metodę, konsultować ją i dzielić się dobrymi praktykami.
W kontekście tego, o czym mówisz, warto wspomnieć coraz silniejszą reprezentację osób g/Głuchych w teatrze. (Zapis g/Głuchy wskazuje na złożoność tematu. Głuchy przez „G” to członek pewnej społeczności. Głuchy przez „g” to jednostka chorobowa). Zaczęło się od spektaklu Jeden gest w reżyserii Wojtka Ziemilskiego. W tej chwili jest już kilka spektakli w różnych teatrach Polski, w których występują osoby niesłyszące. To duża wartość, gdy osoby g/Głuche są nie tylko odbiorcami, ale i twórcami oferty.
JW: Doświadczyliśmy tego bardzo mocno, działając w szkole i prowadząc warsztaty, w których uczestniczyli aktorzy i aktorki Teatru 21. To oni przyciągają bardzo różnorodną publiczność. W zeszłym roku odbyliśmy cykl warsztatów, które nazwałam „taniec możliwy”. Były to spotkania otwarte, dla rodziców i dzieci, współprowadzone przeze mnie i aktorów Teatru 21. W tej grupie znalazły się i zaciekawione osoby sprawne, które lubią tańczyć, ale pojawiły się też osoby z zespołem Downa i z porażeniem mózgowym i o jeszcze innej motoryce. Uważam, że byłoby wspaniale, gdyby w szkole mogły uczyć osoby z niepełnosprawnościami. Już sama ich obecność w przestrzeni wspólnej powoduje, że się wzajemnie oswajamy, uczymy się siebie. Naprawdę nie potrzeba dużo. Wystarczy pierwszy kontakt, próba poznania siebie nawzajem. Zadaniem instytucji publicznych jest tworzenie szans na takie spotkanie.
Marzę o tym, żeby wspierać malutkie projekty, żeby dawać szansę artystom, którzy dopiero debiutują. Może dobrze by było wprowadzić mikrogranty, aby osoby z niepełnosprawnościami niekoniecznie od razu musiały mieć do czynienia z dużymi, obezwładniającymi je projektami. Mogłyby tworzyć takie miniprojekty, które pomogą im zrobić jeden krok, a potem następny. To wzmocni ich samodzielność. Da impuls do społecznego czy twórczego coming outu. Czasami siła jest w małych działaniach czy gestach: w Wielkiej Brytanii pewna organizacja zmieniła sposób aplikowania o granty, zamiast pisania projektu, można np. wysłać filmik.
Właśnie na tym polega niwelowanie barier, na szukaniu różnych rozwiązań uwzględniających daną potrzebę. Jeśli rezerwacji na wydarzenie można dokonać tylko telefonicznie, to wykluczymy osoby, które nie słyszą. Jeśli audioprzewodnik ma ekran dotykowy – osoba niewidoma nie będzie mogła z niego samodzielnie skorzystać. Doświadczenie pokazuje, że każdy ze zwiedzających ma swój sposób na poznawanie wystawy – są osoby, które czytają uważnie wszystkie broszury, są takie, które wolą korzystać z materiałów audiowizualnych, a wreszcie tacy, którzy oglądają dzieła sztuki, ale poprzestają tylko na poznaniu ich tytułu.
W Cricotece nasze prace nad ścieżką zwiedzania dla osób niewidomych pokazały, że każda z osób z niepełnosprawnością wzroku może mieć inne preferencje. Audiodeskrypcje – czyli opisy pomagające w wyobrażeniu sobie dzieła – są dostępne w formie audioprzewodnika na wystawie, ale też można je znaleźć na stronie internetowej i przesłuchać przed przyjściem lub na swoim telefonie. Opublikowaliśmy nagrania wszystkich audiodeskrypcji, ale też teksty, tak aby można było czytać aplikacją lektorską. Najważniejsze jest jednak, że można się z nami umówić na indywidualne oprowadzanie z audiodeskrypcją na żywo. Za radą naszej głuchoniewidomej koleżanki, która uznała, że dla niej to najwygodniejszy sposób przyswajania wiedzy, wydrukowaliśmy również broszurę w Braille’u. Pracując nad tyflografikami i dotykowymi makietami, szukamy technik, które sprawią, że obcowanie z dziełem sztuki łączyć się będzie z wieloma doznaniami. Inaczej pokażemy rzeźbę, inaczej monotypię lub fotografię. Im więcej przedstawiamy możliwości, tym lepiej pokazujemy, że traktujemy odbiorców podmiotowo.
MD: Zmienia się też nastawienie kuratorów czy konserwatorów dzieł sztuki. Kiedyś nie można było dotykać eksponatów pod żadnym pozorem. Teraz pojawia się większa otwartość. Warto rozmawiać o tym z artystą, bo może się zgodzi na zmianę zwyczajowego podejścia. Są tacy, którzy sami chętnie współpracują przy udostępnianiu wystawy. Wchodzą w tę relację – zauważają, że osoba z niepełnosprawnością też jest odbiorcą, ale czasem trzeba jej coś inaczej przekazać. Na przykład artystka, która miała wystawę w Galerii Arsenał w Białymstoku, nie zgodziła się na dotykanie kruchej instalacji, ale udostępniła próbki materiałów, z których była ona wykonana.
Te różne sposoby poznawania sztuki przekładają się też na różnorodność odbioru. Kilka lat temu Seweryn Kuter z Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym wspominał warsztaty dla dzieci niewidomych. Jedno dziecko narysowało drzewo jako owal i zapytane przez dorosłych widzących, dlaczego tak, odpowiedziało: „Jak ja spotykam się z drzewem, obejmuję je, to ono ma taki kształt”. To piękne, otwierające, że na tak różne sposoby doświadczamy świata.
JW: My to widzimy od czterech lat, odkąd zaczęliśmy robić koprodukcje teatralne i łączyć aktorów Teatru 21 z aktorami profesjonalnymi różnych teatrów warszawskich. Zawodowi aktorzy czasem mówią, że dzięki takim spotkaniom odkrywają nowe pokłady warsztatu czy w ogóle redefiniują siebie jako aktora czy performera. W życiu nie zakładali, że osoba z zespołem Downa może mieć takie przemyślenia, może tak formułować refleksje na temat rzeczywistości. Ale też nasi aktorzy bardzo dużo zyskują dzięki tej formie pracy. Zawsze podkreślają, że partneruje im aktor profesjonalny. W tym słowie – partnerowanie – ukryta jest dla mnie społeczna relacja, która czyni przestrzeń dostępną.
Taka otwartość pewnie jest trudna, gdy brakuje świadomości, nie wiemy, jak się zachować, jak zareagować.
JW: Żeby przełamywać bariery, jakie pojawiają się w codziennym funkcjonowaniu osób z niepełnosprawnościami, powinniśmy zapraszać je w roli ekspertów, bo to one najlepiej wiedzą, w jaki sposób wypracować mechanizmy zachowania w danej przestrzeni i otoczeniu.
Właśnie tak, trzeba konsultować swoje działania, żeby nie popełniać błędów. Jeśli ludzie bez niepełnosprawności projektują dostępność na podstawie swoich założeń i wyobrażeń na temat potrzeb np. osoby niewidzącej, nie mając żadnego kontaktu z chociażby jedną taką osobą, mogą powstawać „udogodnienia”, które nikomu realnie nie pomogą. Eksperci mogą więc wesprzeć swoim doświadczeniem przy tworzeniu oferty, która będzie atrakcyjna i dostosowana do potrzeb odbiorców, a co ważne, mogą pomóc tych odbiorców znaleźć. Współpraca z osobami z niepełnosprawnością w roli ekspertów czy twórców oferty kulturalnej zwiększa wrażliwość, buduje przekaz otwarty dla grup z niepełnosprawnościami, dla których powstaje coraz więcej specjalnych programów w instytucjach.
JW: Budując ofertę, nie powinniśmy myśleć o osobach z niepełnosprawnością jako o grupie społecznej w takim sensie, że posiada szczególne potrzeby, tylko po prostu o odbiorcach i twórcach kultury. Wtedy automatycznie odejdziemy od myślenia: „specjalnie dla”, „dedykowane” właśnie tej grupie. To przesunięcie jest szalenie ważne, bo ciągle zdarza się, że artyści z niepełnosprawnością nie są uznawani jako twórcy. Tylko najpierw jest przed tym niepełnosprawność. Nasi widzowie często po spektaklu mówią: „Nie widzieliśmy już zespołu Downa”. To schodzi na dalszy plan. Najważniejsze to zobaczyć człowieka z jego potencjałem, z jego możliwościami. Trzeba spojrzeć na konkretną osobę pod kątem zdolności. To pomoże nam odwrócić myślenie. W polityce społecznej czy socjalnej kryje się naleciałość z poprzednich czasów, to pomaganie, litowanie się, pochylanie, izolowanie, odsuwanie, szukanie niedoskonałości u osób z niepełnosprawności. To stąd wyprowadza się argumenty na rzecz tego, żeby te osoby usunąć z przestrzeni publicznej. A trzeba robić wszystko, żeby zaistniały tam, gdzie chcą być, a nie tam, gdzie chcemy je widzieć.
Nasze doświadczenie z instytucji kultury pokazuje, że bardzo często napisy dla niesłyszących służą też słyszącym (na wystawie nie zawsze mamy dostęp do słuchawek albo można doczytać to, co zostało powiedziane niewyraźnie w filmie). Wiele osób to dotykowcy, dla nich tyflopomoce przygotowane dla osób niewidomych są dodatkowym sposobem kontaktu z dziełem sztuki. Dotykowe makiety budynków często wzbudzają zainteresowanie widzących, ponieważ pozwalają spojrzeć na przestrzeń z innej perspektywy. To, co jest ułatwieniem dla osób z niepełnosprawnością, może też służyć wszystkim, jeśli jest dobrze zaprojektowane. Pokój wyciszenia dla osoby ze spektrum autyzmu posłuży osobie, która potrzebuje np. zrobić sobie zastrzyk z insuliny. Właśnie na tym polega projektowanie uniwersalne – na uwzględnieniu od razu, że z danej przestrzeni czy przedmiotu mogą korzystać wszyscy.
JW: Zmiana i myślenie o dostępności to proces i nie ureguluje go żadna odgórna ustawa o zapewnieniu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami. W samej nazwie dokumentu z 19 lipca 2019 r. jest już przecież zawarte wykluczenie! Powinna to być po prostu ustawa o dostępności. Ktoś mi może powiedzieć, że się czepiam, ja natomiast wierzę, że język jest sprawczy i tworzy naszą rzeczywistość oraz poczucie miejsca we wspólnocie. Nie dzielmy, nie segregujmy, nie róbmy czegoś specjalnie dla kogoś. Pomyślmy po prostu o tym, że każdy potrzebuje dostępności.
–
Monika Dubiel
Pracuje w Fundacji Kultury bez Barier. Koordynatorka projektów międzynarodowych, zajmuje się projektami teatralnymi. Prowadzi szkolenia, debaty oraz występuje w roli eksperta ds. osób niewidomych.
Justyna Wielgus
Współprowadząca Teatr 21. Performerka, autorka ruchu scenicznego, instruktorka ruchu, współtwórczyni konceptów spektakli i akcji performatywnych, pedagożka teatru. W ramach Centrum Sztuki Włączającej: Downtown pomysłodawczyni Pola Ruchu będącego przestrzenią wymiany myśli i doświadczeń związanych z tym, czym jest w życiu każdego człowieka zdolność poruszania się i jak różnie można definiować ruch.