Subskrybuj
ljas Churi fot. Lisa Carpenter/Writer Pictures/BE&W
Iranistka, orientalistka. O kulturze i polityce Bliskiego Wschodu pisała m.in. dla „Dwutygodnika”, „Małego Formatu” i „Polityki”. Redaktorka prowadząca serii „Rahla” w Wydawnictwie ArtRage.

Ostatni język

Iljas Churi nigdy nie porzucił wiary we wspólnotowość. Została z nim także Palestyna. Nie jako flaga ani nazwa kraju w paszporcie, ale wcześnie ukuta tożsamość oparta na poczuciu wspólnoty oraz obowiązku opowiedzenia historii

Adamowi Dannunowi brak dowodów na własną historię. „Wiem, że nie posiadam dokumentów, które by potwierdzały moje słowa. Moimi dokumentami są świadectwa ludzi, z których większość już nie żyje. Boję się, że jutro odwiedzi mnie historyk w rodzaju doktora Hanny Dżirajsa z jego naukowym dyskursem i powie, że skoro nie możemy poprzeć swoich wypowiedzi dowodami, to nie należy ich spisywać” (tłum. H. Jankowska) – czytamy w pierwszej części Dzieci getta zatytułowanej Mam na imię Adam.

Dlatego kiedy główny bohater trylogii Iljasa Churiego po raz pierwszy świadomie decyduje się na opisanie tragicznej historii własnego życia, teczki opatruje jasną dyspozycją: spalić po śmierci. Odtworzenie zawirowanych losów na papierze nie było bowiem próbą literacką – a przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Dannun podjął wysiłek uczciwej rekonstrukcji życiorysu przede wszystkim dla siebie, bo mnogość przyjmowanych tożsamości na długie lata skutecznie wymazała jego własną świadomość tego, kim jest naprawdę. Jednak nawet usiłując zachować chronologię
i być szczerym wobec papieru, dalej tego nie wie. Dowody zostały skutecznie wymazane.

W wywiadzie dla „The Paris Review” Churi powiedział o sobie, że jest uczniem Szeherezady. „Ja nie opowiadam historii. Opowiadam to, w jaki sposób została [mi] opowiedziana”. Czy Adam Dannun, Palestyńczyk z Liddy, którego odnaleziono jako niemowlę przy piersi zmarłej matki, jest wobec tego postacią fikcyjną? Na potrzeby historii opisanej przez autora w Dzieciach getta – tak. Jest jednak także przedstawicielem uniwersalnych doświadczeń kilkuset tysięcy Palestyńczyków pokolenia Nakby, którzy w 1948 r. stracili tożsamość: rodzinę, dom, ziemię, historię i punkt odniesienia. Jako jeden z wielu Dannun stał się więc pustym naczyniem, w które z powodzeniem wlewać może nowe historie – do czasu, aż naczynie pęknie.

Nie jestem chrześcijaninem. Jestem Arabem

Churi znaczną część twórczości poświęcił Palestynie, co sprawiło, że wielu czytelników uznało go za Palestyńczyka. Sam pisarz, Bejrutczyk z dobrej chrześcijańskiej dzielnicy Al-Aszrafijja, mógłby się z tym zapewne częściowo zgodzić – podkreślał wręcz, że jest z tej częstej pomyłki dumny. Palestyna nie była bowiem dla niego miejscem na mapie, lecz doświadczeniem współdzielonym nie tylko przez wszystkich Arabów, ale też tych, którzy ciemiężeni, chwytają za broń, aby stawać we własnej obronie.

Urodził się w 1948 r. w roku Nakby właśnie, co nie tylko zbudowało symboliczny most między pisarzem a jednym z najtragiczniejszych wydarzeń arabskiej historii zbiorowej, ale też musiało wpłynąć na jego najwcześniejsze lata. Blisko milion palestyńskich uchodźców rozproszyło się wówczas po całym świecie, a szacuje się, że nawet 100 tys. z nich trafiło do Libanu, w tym do tymczasowych obozów położonych na obrzeżach Bejrutu, które wkrótce miały przeobrazić się w nieoficjalne, zawieszone w czasie i przestrzeni miasta.

Churi od najmłodszych lat nasiąkał specyficznym dla lat 50. i 60. XX w. duchem epoki i arabskiego małego renesansu. W 1954 r. rządy w Egipcie obejmuje Gamal Abdel Naser, a ideologia panarabizmu kwitnie. W Bejrucie otwiera się ikoniczne Casino du Liban, gdzie koncertuje największa gwiazda arabskiej sceny muzycznej, egipska piosenkarka Umm Kulsum. Powstają legendarne periodyki, takie jak „Al-Adab” czy „Szi’r”, gdzie publikują najznakomitsze umysły epoki: Adonis, Badr Szakir as-Sajjab, a Ghassan Kanafani – Palestyńczyk, literat i polityk – ukuwa pojęcie „literatury oporu”, które stanie się kluczowe dla kultury regionu.

To czas powszechnej wiary w to, że arabskość znaczy także wspólnotowość, a silną wspólnotą można z powodzeniem zmieniać świat, którego centrum stała się tzw. kwestia palestyńska. Świecki charakter panującego zeitgeistu zdawał się zarówno oferować nowoczesne narzędzia walki z kolonializmem, jak też odpowiadać na problem sektarianizmu, szczególnie dotkliwy w silnie zhierarchizowanym klasowo Libanie.

Choć Churi, jako urodzony w chrześcijańskiej rodzinie, plasował się na samym szczycie piramidy społecznej, drażnił go świat oparty na podziale religijnym jako niechcianym spadku po francuskich kolonizatorach. W wywiadzie z Ilanem Pappém dla „Middle East Research and Information Project” mówił, że gdy raz przedstawiono go jako chrześcijanina, odpowiedział: „Błagam, nie jestem chrześcijaninem. Kto powiedział wam, że jestem chrześcijaninem? Pochodzę z chrześcijańskiej rodziny, ale nie jestem chrześcijaninem”. Dodał potem: „To nie jest moja tożsamość. Jestem Libańczykiem. Jestem Arabem”.

Churi, choć nigdy nie porzucił wiary we wspólnotowość, z czasem stał się zatwardziałym krytykiem panarabizmu jako projektu politycznego, podobnie jak jego wielu rówieśników obserwujących, jak stopniowo idea zjednoczenia wszystkich ludów arabskojęzycznych przekształcała się w kolejne krwawe dyktatury. Została z nim także Palestyna. Nie jako flaga ani nazwa kraju w paszporcie, ale wcześnie ukuta tożsamość oparta na poczuciu wspólnoty oraz obowiązku opowiedzenia historii.

Iljas, Mahmud i Adam

Churi jako uczeń Szeherezady niewątpliwie usłyszał w życiu wiele palestyńskich historii. Jedną z nich mogła być ta należąca do Mahmuda Darwisza, najsłynniejszego poety Palestyny i jego bliskiego przyjaciela, który zawirowaną tożsamość przedstawiciela pokolenia Nakby uczynił częstym tematem swojej poezji. Jako kilkulatek uciekł wraz z rodziną ze wsi Al-Birwa w Galilei, skąd trafił do obozu dla uchodźców pod Bejrutem. Gdy wrócił, zastał tam nowo wzniesiony kibuc Jasur, zaś po rodzinnej wsi ostało się jedynie kilka ruin i ten sam „obojętny księżyc” wiszący na niebie. W czasie uchodźstwa rodziny Darwiszów przeprowadzono na nowo podbitych ziemiach wielki cenzus, który z wszystkich wracających do kraju uczynił potencjalnych infiltratorów. W rezultacie tak poeta, jak i tysiące jemu podobnych Palestyńczyków żyło w matni.

Władze izraelskie zdawały sobie sprawę z ich obecności w kraju, umiejętnie zarządzając strachem poprzez widmo aresztowania w dowolnym momencie, co miało powstrzymać represjonowanych przed próbami buntu czy organizowania się. Rezultatem była też specyficznie rozumiana tożsamość – bycie wygnańcem we własnym kraju, człowiekiem wykorzenionym, bez możliwości osadzenia
i przywiązania się do jednego miejsca, gotowości do dalszej ucieczki w każdej chwili.

W podobnej matni żył Adam Dannun, główny bohater Dzieci getta Churiego, jako uchodźca wewnętrzny, al-hadir al-gha’ib, czyli „obecny-nieobecny”. Ten, który co prawda nie zbiegł z Palestyny w czasie Nakby, był więc „obecny”, lecz na skutek masowych przesiedleń w czasie cenzusu nie był we własnym domu, co stanowiło podstawę do pełnego skonfiskowania majątku i zakazu powrotu na rodzinne ziemie.

Dannun nie do końca jednak zdaje sobie sprawę, czym właściwie są jego rodzinne ziemie. Wie, że w lipcu 1948 r. izraelskie wojsko podbija Liddę i nadaje mu nową nazwę – Lod. W czasie obrony miasta ginie jego ojciec Hasan, miejscowy bohater, a on pierwsze lata życia spędza za drutem kolczastym w nowo utworzonym getcie dla Arabów między meczetem a kościołem. Mieszkańcy nie mogą go opuszczać i mają być całkowicie samowystarczalni w obrębie wytyczonego terenu. Nie mogą grzebać zmarłych na cmentarzach, które są poza granicami getta. Niesubordynacja grozi rozstrzelaniem. On sam otrzymuje imię Adam, bo jest pierwszym dzieckiem narodzonym w getcie, świadectwem tego, że nawet tam, gdzie wręcz fizycznie cuchnie śmiercią rozkładających się na ulicach ciał, jest miejsce na życie. Oto tożsamość Adama, dziecka liddańskiego getta, które wkrótce miało zamieszkać z matką i jej nowym mężem poślubionym w akcie desperacji.

Tyle że to nieprawda. Dopiero jako dorosły człowiek Adam poznaje informacje, które każą mu na nowo zrekonstruować jego własną historię. Po podbiciu Liddy rozpoczyna się wielkie wygnanie arabskich mieszkańców, które do historii przejdzie jako „marsz śmierci z Liddy”. Trwa ramadan. Sznur wypędzonych maszeruje przed siebie w ponad 30-stopniowym upale. Ludzie mdleją
z wysiłku, upadają, umierają po drodze, trwa chaos. Ślepy Mamun słyszy kwilenie niemowlęcia – dochodzi ono spod drzewa, o które oparła się jego matka, zanim umarła, próbując karmić je pozbawioną mleka piersią. Bierze dziecko na ręce, nadaje mu imię Nadżi („Ocalony”), wraca do Liddy i wręcza je kobiecie, która ma stać się jego nową matką. Odkarmiony na papce z ciecierzycy
i otoczony odorem śmierci, zyskuje nową tożsamość. Bywa też nazywany Hasanem, po tragicznie zmarłym ukochanym nowej matki, czasem zwracano się do niego też Ali – po ojcu Hasana. Sam jednak myśli o sobie jako o Adamie – jako tym, co wziął się z gleby, adim, „skóry ziemi”, która nie ma ojca i nie ma przeszłości.

W poszukiwaniu zakorzenienia

Adam przybierze jeszcze kilka tożsamości. Wkrótce stanie się Żydem, synem uciekiniera z warszawskiego getta, który z Polski przez Turcję trafia w końcu do ziemi obiecanej. Za inspirację służy mu fizyczne podobieństwo do krewnego swojego pierwszego izraelskiego szefa, za kompetencje – dyplom literaturoznawcy zdobyty na izraelskim uniwersytecie, a za ostateczny dowód – nowoczesny styl życia prowadzony w Hajfie i przynależność do miejscowej socjety kulturalnej. Nawet język okazuje się jego sprzymierzeńcem. Poznając w Stella Maris historię pierwszej miłości do
Rifki, dowiadujemy się, że chłopak świadomie porzuca arabski jeszcze jako nastoletni Adam Dannun. Wrażliwość ukuta na poezji Al-Halladża nie porzuca jednak jego. Jako dziennikarz „pisze hebrajszczyzną po arabsku”: struktura pierwszego języka spoziera spośród nowego alfabetu, a czytelnicy uwielbiają jego nietypowy pisarski styl.

Wszystko to dzięki nagłemu spostrzeżeniu Adama: jak łatwo jest mu opowiadać swoje własne historie, przedstawiając je w sposób lustrzany.

Kiedy mówi o byciu „dzieckiem getta”, Izraelczycy automatycznie zakładają, że chodzi o getto warszawskie. Podobieństwo obu tych miejsc pozwala mu nie tylko być wiarygodnym, ale też opowiadać o prawdziwych doświadczeniach.

Churi nie chce jednak czynić głównym tematem trylogii ewentualnego podobieństwa losów Żydów i Palestyńczyków ani wracać do obrazu „ofiary, która staje się katem” czy do tezy o konieczności stworzenia „własnych Żydów” przez naród żydowski. Żydzi (czy Izraelczycy) nie są dla pisarza ciągłym punktem odniesienia, choć występują na kartach jego książek. Mówi nam o tym dobitnie
w Mam na imię Adam, wprowadzając postać ojczyma głównego bohatera. Agresywny, wręcz fizycznie odrażający mąż matki Adama – Palestyńczyk – jest pierwszym człowiekiem, którego nienawidzi protagonista. To on pośrednio zmusza go do świadomego opuszczenia rodzinnego domu. Nienawiść wynika z bolesnej świadomości codziennych krzywd, które ojczym wyrządzał Adamowi i jego matce Manal.

To nie nienawiść (do ojca, do Izraelczyków) staje się dla Dannuna źródłem tożsamości, zaś dla Churiego tematem przewodnim Dzieci getta. To raczej pamięciobójstwo, które uniemożliwia prawidłowy proces kształtowania tożsamości: zrozumienie tego, kim się jest, dlaczego jest się takim, a nie innym, w jaki sposób nasze „ja” wpływa na teraźniejszość oraz jak dopiero na nas wpłynie. Adam porównuje ten stan do utraty pamięci, pisząc w dzienniku: „Utrata pamięci zagraża wyobraźni. Kiedy człowiek traci pamięć, nie może sobie niczego wyobrażać, ponieważ wyobraźnia ma swoje miejsce w pamięci jako podstawowy surowiec” (tłum. H. Jankowska). Historia wymazała wszystkie świadectwa istnienia Dannuna, czyniąc z niego widmo. To prawdziwy „obecny-nieobecny” – ten, któremu odebrano prawo do dziedzictwa, więc przez całe życie był zmuszony non stop kreować nowe tożsamości: Żyda, ocalałego z warszawskiego getta, kochanka, a w końcu nowojorskiego migranta sprzedającego falafel. Wszystko po to, aby wypełnić puste naczynie w środku i pozwolić sobie na ułudę poczucia zakorzenienia. Każdy nowy projekt kończy się jednak porażką
i wycieńczeniem pochodzącym z dysonansu.

Kiedy ustami Dannuna Churi podkreśla terapeutyczną rolę pisania jako narzędzia rekonstruowania tożsamości, wskazuje jednocześnie na słabość wspomnienia w świecie zdominowanym przez suchy język faktów.

Palestyńczycy, którzy przetrwali getto w Liddzie czy marsz śmierci, przez lata opowiadali o swoim koszmarze, przy czym na kartach historii wydarzenia znalazły się dopiero wtedy, kiedy potwierdzili je izraelscy historycy. Niechciane dziedzictwo liddańskiego getta krzyżuje się ze wspomnieniem o gettcie w Warszawie – lustrem doświadczeń Dannuna.

Kiedy Adam poznaje Marka Edelmana, polski Żyd opowiada o porażce pamięci. Tak jak Lidda na lata została wymazana ze zbiorowej świadomości, tak z Warszawy uczyniono symbol służący konsolidacji. Do tej roli niezbędna była jednak korekta wspomnień, które staną się podstawą nowej symboliki: czarni od brudu bojownicy okażą się silni i piękni, a do ich rąk trafią karabiny. „Nawet ja, który to wszystko przeżyłem na własnej skórze, zacząłem wspominać tamte wydarzenia, jakby to był biały pomnik na zielonym trawniku” – mówi Edelman w Stella Maris (tłum. H. Jankowska).

Wspomnienia, doświadczenia, pamięć – wszystko to zostaje unieważnione w świecie, dla którego historia stanowi narzędzie prowadzenia polityki. Kiedy Adam nie jest w stanie przedstawić spotkanemu historykowi wystarczających dowodów na dzieje swojego dziadka, bohatera wojennego, bo niemal wszystkie pamiątki rodzinne zostały mu odebrane, badacz rezygnuje z opisania jego historii. Jedyne, co może więc zrobić główny bohater, to uciec w beletrystykę. To ostatni język wyrazu, który pozostał Palestyńczykowi.

Podobnie opowiadała mi o tym Adania Shibli w wywiadzie przeprowadzonym dla „Dwutygodnika”, gdzie twierdziła, że Palestyna stworzyła oddzielny gatunek literacki oparty na poetyckości, bo odebrano jej prawo do mówienia o swoich doświadczeniach jako faktach. Bohater Churiego idzie zatem dokładnie tym śladem: najpierw próbował schować się za historią poety Waddaha
al-Jamana. Później starał się połączyć wszystkie historie, nawet na moment nie zapominając o swoim klasycznym wykształceniu: dbając o środki stylistyczne i piękno języka, lekko zaś podchodząc do nieliterackich fenomenów, takich jak ścisła chronologia czy surowa faktografia. A kiedy już zrekonstruował opowieść o sobie, pierwszy raz widząc ją niemal w całości, zasnął z papierosem
w łóżku, a ogień zajął kolejne taśmy magnetofonowe. Dannun umiera, choć podejrzewa się, że popełnił samobójstwo. I nawet jego śmierć nie jest do końca jego własna – tak samo miał bowiem umrzeć Raszid Husajn, palestyński poeta i tłumacz.

Artykuł pojawił się w numerze: Pułapki samorozwoju