Subskrybuj
Dorota Masłowska na planie teledysku "Motyle" fot. Marta Kacprzak @motionpicturestories
Dorota Masłowska na planie teledysku "Motyle" fot. Marta Kacprzak @motionpicturestories
Antropolożka kultury, autorka książek Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji (2016) oraz Wyroby. Pomysłowość wokół nas (2018) i Czyje jest nasze życie (2017; wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim).

Soundtracki do życia

Piosenki ułatwiają mi wyrażanie emocji, na które potrzebuję w literaturze tysięcy znaków, różnych figur i obrazów. To dla mnie wyzwolenie: radość bezpośredniej komunikacji na intuicyjnym, fizycznym poziomie. Dotknięcie ludzi w serca.

Rozmawiam z Twoim wcieleniem muzycznym – nie tyle pisarką, ile artystką scen. Pamiętam, jak na początku kariery pisarskiej, kiedy publikowałaś felietony w „Przekroju”, ujawniłaś się jako miłośniczka smutnego rocka. Dzisiaj nagrywasz w konwencji rapowej. Czy szukasz i odnajdujesz dzisiaj to, co kiedyś pociągało Cię w innych brzmieniach?

Muszę przyznać, że dawno już nie próbowałam precyzować swojego gustu muzycznego. W ciągu 40 lat mojego życia jeździł on na pstrym koniu. Za długo żyję, by utożsamiać się z muzyką, której słucham, poza tym słucham teraz skrajnie różnych rzeczy, rzadko smutnych. Młodzi ludzie z niedoborem bólu istnienia szukają go gdzie popadnie. Też tak robiłam – nim doświadczyłam w życiu prawdziwego smutku, lubiłam nurzać się w otchłaniach smutnej muzyki. Między innymi zimnej fali, jakiegoś indie rocka. Ciekawe, czy to były ćwiczenia z człowieczeństwa, jakieś manewry hartujące przed przyszłymi cierpieniami. Na przykład moja przygoda z płytą Pornography The Cure czy Amnesiac Radiohead, których słuchałam po prostu, aż polała się krew. Teraz nie lubię, gdy muzyka ciągnie mnie w ciemność. Używam jej raczej do ożywiania się i kontemplacji życia.

To ciekawe, że wierzysz w takie oddziaływanie muzyki: to, że jest w stanie wywołać sugestywne stany emocjonalne, że ingeruje w naszą psychiczną strukturę.

Sposób słuchania muzyki, który praktykujemy – zindywidualizowany, wyrażający się osobistymi, unikatowymi „soundtrackami do życia” – był nieznany naszym rodzicom. Oni uczestniczyli w muzyce z publicznego przydziału, oficjalnie przyznawanej, projektowanej i zamawianej dla nich w ramach polityki społecznej.

Teraz podlega ona w dużej mierze indywidualnym wyborom. Oczywiście to też pozorne, bo na ich podstawie Spotify i YouTube więżą nas w swoich algorytmach. Jednak na pewno jest w tym dużo więcej indywidualności.

Myślę, że nasze preferencje muzyczne wynikają z naszych doświadczeń i równocześnie je powodują. Z czegoś w nas się biorą: z niewyrażonych w inny sposób intuicji, pragnień, marzeń o sobie. A potem nas determinują – wywołują różne stany i postawy emocjonalne oraz duchowe. To bardzo pierwotna i naturalna cecha piosenki, zrytmizowanej frazy, która oddziałuje na umysł i wkręca się w niego w postaci automatycznych, gotowych myśli – poprzez wielokrotne wysłuchanie, stają się częścią naszego jestestwa.

Wydawało mi się, że w polskiej muzyce nastąpił poniekąd odwrót od szlagwortu. Wojciech Młynarski twierdził, że trzeba od niego zacząć, a później reszta nawija się jak wata cukrowa. W czasach „muzyki środka” lat 90. i 2000. stało się to rzadsze. Poza wyjątkami zapadającymi w pamięć – jak „widziałam orła cień” i „bo do tanga trzeba dwojga” – wiele fraz się powtarzało. „Na ulicy tłum”, „marzyć chcę”, „dziś wiem”, „parę chwil” – pojemne gotowce.

To było ściśle sprzężone z ukształtowaniem się rynku muzycznego. Moim zdaniem wtedy piosenki w dużej mierze przestali pisać songwriterzy i nastał etap powszechnych prób liryki osobistej. Zaczęto dążyć do autentyczności, która polega na tym, że wokalistka sama pisze i śpiewa teksty w pierwszej osobie. Wcześniej artystka sceniczna zajmowała się interpretacją. Oczywiście były Kora i Beata Kozidrak, które same dla siebie pisały, ale generalnie to mężczyźni pisali kobietom.

Mimo że na poziomie frazy były to profesjonalne produkcje wysokiej jakości, to psychologicznie były to blefy.

Sprytnie napisane i błyskotliwe, ale blefy. Nie opowiadały doświadczenia kobiety, tylko pewne wyobrażenie o nim mężczyzny, podejmowały próbę uprawdopodobnienia go. Myślę, że dobrym przykładem są piosenki Anny Jurksztowicz z płyty Diamentowy kolczyk – te teksty są niby zaczepne, wywrotowe, takie „nie, nie, nie”, „hey, man”. To była próba złapania rzeczywistości za jaja, z przekąsem. Podmiot liryczny okrutnie drwi z konsumpcjonizmu: dżinsów i modnych adidasów, których właściciel ma „wzrok pusty tak jak po śmierci Elvis”. Podrywana kobieta nie daje się na nie nabrać; można o tym myśleć jako o mściwej fantazji songwritera, który ustami Anny Jurksztowicz przekreśla bananowego podrywacza i jego szpanerskie atrybuty.

Choć czuję się trochę wychowanką tych piosenek, Koncertu życzeń i Szansy na sukces, to powiedziałabym, że moja muzyczna emancypacja to np. Elf Varius Manx. To były zarówno subtelne liryczne piosenki jak Bez, ale też power songi w rodzaju Pocałuj noc. W międzyczasie pojawiła się też piosenka publicznego użytku, np. Łzy i Ich Troje – hybryda muzyki biesiadnej z elementami rocka. Co musiało ryczeć w sercach Polaków, kiedy tak gremialnie, w histerii wykrzykiwali to „Wstań, powiedz: nie jestem sam”?

To, czego nie oferowała umiarkowana muzyka środka, radiowy pop tamtych czasów. Potrzebny był zespół przesadzony, operetkowy, jakiś.

Z jeszcze innej strony to było ciężkie emo, sam wokal Michała Wiśniewskiego brzmiał jak rozdzierana szata. I kluczowe wydaje mi się tutaj to pożądanie emocji totalnych, ogólnożyciowych: jakkolwiek bardzo muzyka byłaby rynkiem, a wykonawcy produktami lepiej lub gorzej sprzedanymi, to jednak za kolektywnym ryczeniem „wstań, powiedz: nie jestem sam” stoi właśnie ono.

Mamy też inne piosenki do zbiorowego ryczenia. Biesiadne albo smutne. Whisky, moja żono, Na jednej z dzikich plaż albo Mury. Podobno nie jesteśmy zbyt rozśpiewanym społeczeństwem i być może jeśli już zdarza się nam śpiewać, odbywa się to właśnie poprzez ryk.

Ciekawa teoria. Sama często intonuję na imprezach Whisky, moja żono i rzeczywiście to jest coś, co każdy potrafi wyryczeć. Jestem wielką fanką wspólnego ryczenia – wszyscy nagle dziczeją, łapią kontakt z jakąś serdeczną, nostalgiczną energią, lubię to prowokować i obserwować. Myślę, że wtedy nikną podziały, zaczyna się dziwna podróż w czasie. Tę magiczną funkcję wspólnego śpiewania i tańczenia bardzo cenię. Od wielu lat słucham wyłącznie Radia Pogoda i myślę o polskich piosenkach właściwie codziennie. Nawet dzisiaj chciałam zgłosić się tam z propozycją nagrania: „Pozdrawiam wszystkich słuchaczy – Dorota Masłowska”, bo oni tam puszczają takie pozdrowienia od różnych celebrytów między piosenkami i reklamami. Już kliknęłam w kontakt, ale się spłoszyłam.

Czy to autorytet wielu dekad piosenki polskiej tak cię przytłoczył?

Raczej powodował mną lęk przed dziwnością takiej proaktywności, choć jestem zagorzałą słuchaczką tego radia i znam na pamięć pakiety, w których są nadawane piosenki. Myślę o nich jako o pewnym rezerwuarze polskości i mentalności w ogóle; miały obosieczne działanie, o którym mówiłam wcześniej – z jednej strony te piosenki były takie, bo takie było życie, a z drugiej strony one mu przewodziły i stwarzały takim właśnie. Jawna męskocentryczność, mizoginia w ogóle nie przeszkadzają słuchaczom na nich wychowanym. Na przykład ten szlagier o ojcu, który wraca do domu, kiedy chce, i potem długo słychać w nocy matki płacz [Gang Marcela – przyp. O.D.]. Albo: „Czego się boisz, głupia, czemu nie chcesz iść na całość?”.

Pewnie często pojawia się na tych falach Maryla Rodowicz, która przecież śpiewała teksty Agnieszki Osieckiej. To głos trochę melancholijnej baby, co jest dość wzruszające.

Myślę, że piosenki Osieckiej absolutnie się wyróżniają, bo w stekach nic nieznaczących rymowanek niosą nagle wytrawną poezję. Zmysłową, obrazową, błyskotliwą. Jednocześnie wybrzmiewa w nich jakaś nierealna z dzisiejszej perspektywy wódczaność. Wszyscy zalewają w nich smutki, wychylają kilka głębszych na melancholię. Często ta gorycz dopada już 20-latków.

Rozczarowanie jest rewersem młodości. Mamy kult „16 lat i siedmiu dni, kiedy kwiecień świeżą przyniósł zieleń”. Zakochanie, po nim małżeństwo i zaraz potem proza życia. Krach marzeń.

„Już ci niosą suknię z welonem”, i to jest smutne wydarzenie.

„Telewizor, meble, mały fiat”.

To jest stagnacja. Stagnacja w M2.

No i tu pojawia się „kilka głębszych”, żeby zalać smutki albo ożywić zmartwiałe serce, jeszcze cokolwiek poczuć. Widzisz, mamy bardzo ciekawy wymaz z rzeczywistości kilku dekad. Dlatego interesuje mnie to, jak piosenki wirusują umysły ludzi i jak ich stwarzają. To trochę narzędzie inżynierii społecznej.

A czy słuchasz również nowych piosenek pod kątem liryki?

Tak, bo ciekawi mnie, jak współczesność przenosi się do popkultury. Teraz pop jest bardzo miałki, bardzo obcina szczegóły, nie odbija rzeczywistości w tak ciekawy sposób. Rzadko coś się prześlizgnie.

I na co ciekawego trafiłaś? Kiedy mówiłaś o Ich Troje, pomyślałam o pewnym lirycznym niezgrabiaszostwie, które nie przeszkadzało nikomu naprawdę lubić piosenki o „sępie miłości”. Albo „w pustej szklance pomarańcze” – to dla odmiany Feel. Teraz artyści śpiewają lepszą polszczyzną, ale co nam ona mówi?

Często niewiele. Nie ma „sępów miłości”, lecz bywa, że nie ma też nic innego.

Gdy przypadkiem trafię gdzieś na jakieś Radio Zet, to słucham z zadziwieniem, jakie rejestry beztreściowości można w tekście osiągnąć. W najbardziej użytkowym popie słowa są składane w czysto pretekstowe konstrukcje, sprowadzane do wymiaru dźwięków. Te piosenki, mimo że są kompletnie puste, też przecież wkręcają się w mózgi słuchaczy. Oni nimi potem myślą, wyznają miłość – wypełniają je swoją emocjonalną treścią trochę na tej zasadzie, jak ja w dzieciństwie słuchałam angielskich piosenek i wyobrażałam sobie własną treść. Często dużo – jak się potem okazywało – głębszą i bardziej złożoną niż oryginalna.

Patrycja Kosiarkiewicz, która pisze piosenki dla wielu polskich artystów, mówi, że tekst musi mieć zahaczenie w konkrecie. Na przykład geograficzne – wtedy w piosence musi być, powiedzmy, przejazd autostradą A2 albo stacja benzynowa gdzieś w świętokrzyskim. Może być też posiłek albo przedmiot, coś, co przemawia do doświadczenia. To przeciwieństwo słownej waty z generatora tekstów, którą pamiętam z lat 90.

Cóż, dziwnie mi się to słyszy jako „zasadę”, której należy się trzymać. Ale może to jakieś antidotum na całkowitą pustkę piosenki: taki banał życia, który piosenki z lat 90. usiłowały wyeliminować i przenieść je w nierealne przestrzenie uczuć. Wydaje mi się, że pisząc teksty na moją płytę, korzystałam z obydwu konwencji. Poruszałam się zarówno między konkretem a bezpretensjonalnością, jak i między konkretem a wielką pretensjonalnością, poezją. Dlatego teksty moich piosenek są często klasyfikowane przez niewyrobionych słuchaczy jako przypadkowe wyrazy z generatora.

Mimo że to teksty stworzone przez pisarkę czy właśnie dlatego?

Myślę, że te teksty są dość wytrawne. Proste, choć trudne. Kiedy wydałam piosenkę Motyle, spotkało mnie bardzo dużo interesującej socjologicznie krytyki, dobrze obrazującej przyzwyczajenia i oczekiwania przeciętnego odbiorcy, jaka powinna być piosenka. W domyśle też – piosenka wykonywana przez dziewczynę.

Według części internautów tekst był niemożebnie głupi: twierdzono, że to właśnie przypadkowe wyrazy z generatora, tylko zrymowane. Inni twierdzili, że tekst jest zły, bo nie ma tam żadnych rymów. Jeszcze inni, że nie może być rymu „motyle – motyle”. A to akurat jest mój ulubiony typ rymu, którym posługuję się jeszcze na płycie parokrotnie.

Jeszcze inni, że są z Glinojecka, o którym w utworze wspominam, i że nie zgadzają się, bym wymieniała w tak okropnej piosence ich miasto. Tutaj ciekawa jest ta pewna zaborczość i zazdrość o element, co do którego ma się poczucie własności – że piosenka może w ogóle w nie godzić. To świadczy o sile tego medium.

Ogólnie można było obserwować, jak coś spoza znajomej konwencji staje się dla odbiorców kompletnie nieodczytywalne i budzi gniew, agresję. Tak samo jak fakt, że celowo i świadomie używam prostackich słów i struktur, nie został odczytany jako środek artystyczny, lecz dosłownie, jako prostactwo, dla wielu oburzające.

Zaskakujące jest, że choć pracuję w duchu Patrycji Kosiarkiewicz, czyli tworzę coś będącego totalnym rewersem i negatywem generatora słów, to jednak to, co robię, może zostać z nim pomylone.

Przyczyną nieporozumienia mógł być fakt, że słuchacze, którzy trafili na Twoją piosenkę, byli przyzwyczajeni do zupełnie innej muzyki. Ona prawdopodobnie należy już do zupełnie innej polszczyzny, opartej na skrócie i anglicyzmach, takiej jak na TikToku.

To było nieporozumienie na poziomie totalnym. Komunikat jest tak niezrozumiały, że po prostu odbiorcy dostają szału.

Może była to ich pierwsza ekspozycja na coś, co jest spoza znanego świata.

Tak, i to nieporozumienie wydaje mi się superciekawe, barwne i pełne tajemniczych zjawisk, niewidocznych dla mnie na co dzień.

Czy czułaś pokusę, żeby sprawdzić, jak to jest „po drugiej stronie”, w świecie znanym Twoim adwersarzom? W brzuchomówczy sposób podszyć się pod język raperów, których słuchają, takich jak Kizo albo Young Igi?

Zupełnie mnie to nie interesuje. Wiem, że mogę to sobie podrobić. Ale czy potrafię coś ciekawego tą podróbką powiedzieć? Chyba nie. Używam piosenek jako narzędzia. Nie interesuje mnie żaden pastisz, żarty ani udawanie czegokolwiek tylko po to, żeby pokazać, że to potrafię. Słyszałam oskarżenia, że mój rap to „kabaret, T-raperzy znad Wisły”. To kompletna pomyłka. Ja właśnie wykonałam coś wręcz przeciwnego – w tę bardzo silną, przewrotną konwencję wtłoczyłam bardzo prawdziwe treści, prawdziwe uczucia.

Może czuję się zmęczona literaturą? Piosenki ułatwiają mi wyrażanie emocji, na które potrzebuję w literaturze tysięcy znaków, różnych figur i obrazów. To dla mnie wyzwolenie: radość bezpośredniej komunikacji na intuicyjnym, fizycznym poziomie. Dotknięcie ludzi w serca. Literatura robi to inaczej, bardziej naokoło.

No tak, piosenkę możesz komuś wcisnąć nie po dobroci.

To chyba pokusa bycia u kogoś w mózgu. Przejmujące wydaje mi się też używanie głosu, mimo że mój jest bardzo niepotężny. W świetle wszystkich prawideł nie powinnam używać go do autoekspresji, bo po prostu się do tego nie nadaje. Czuję jego opór, to, że jest słaby, że źle wymawiam. A jednak wydobywa się ze mnie i jest organicznie mój. Przewodzi moją emocjonalną prawdę i przez to wydaje mi się unikatowy, supercenny.

To jak w kawale o babie u lekarza: „– Ma pani brzydki kaszel. – Niestety, nie mam innego”.

Niestety! Mój głos może być dla kogoś brzydki, może być postrzegany jako nieznośny, ale nie mam innego i jeżeli ktoś decyduje się wysłuchać mojej płyty, to godzi się na niego. A jeżeli nie, to nie musi jej słuchać. Nie ma przymusu. To, co robię, nie pojawi się w Radiu Zet, więc naprawdę nie trzeba wychodzić do mnie z siekierą.

Współczesne gatunki popu i rapu sprzyjają również tym głosom, które nie nadają się do programu Idol, czyli naszym, a nawet nie wymagają dobrej dykcji.

Dzisiaj Google jako propozycję atrakcyjnego dla mnie artykułu wyświetlił nagłówek: „Dziwność jest sexy”. Dał mi bardzo do myślenia, bo skoro takie idiotyczne przecież twierdzenie promuje Google, to dziwność naprawdę musi być już sexy. Ale jeśli pop kieruje się w stronę dziwności, to stanie się ona zaraz syntetyczna i ujarzmiona, bo pop jest antydziwnością. Ciekawe więc, że ją też próbuje inkorporować. Jednocześnie dziwność w wersji nieprzetworzonej, nieuzdatnionej ciągle budzi silny, organiczny niemal, sprzeciw i agresję.

Zaskakujące, bo wydaje mi się, że nowa muzyka jest chłonna i otwarta na ekspresję z innej bajki. Young Leosia nie ma estradowego głosu, lecz mimo to zdobyła dużą popularność.

Young Leosia ma głos smerfowy, tak jak Sanah. Myślę, iż w tym jest coś interesującego, że coraz więcej piosenek śpiewają dla nas smerfy i kosmici i że dorośli ludzie kochają te kreskówkowe „głosiki”, chcą, by to one wyrażały dla nich ich emocje.

Tu chciałabym wtrącić, że i ja, i Ty, jak wiadomo, mamy nietęgie „głosiki” i w świetle tego, co mówię, gdybyśmy założyły zespół, to mogłybyśmy odnieść gigantyczny komercyjny sukces jako śpiewające wiewiórki.

Może chodzi o pewność siebie, umiejętność demonstrowania, że mogę być dziwny, ale nic mnie to nie obchodzi.

Obawiam się, że otwartość na dziwność i inność, o której mówisz, jest bardzo pozorna. Każdy kandydat na „dziwnego” musi przejść jakiś upiorny chrzest. Ma być oryginalny, z tym że w nieoryginalny, akceptowalny, bezpieczny dla odbiorcy sposób. Poza tym bardzo ciekawi mnie zawiść i zazdrość fanów o rynek muzyczny. Wydaje mi się, że w dużej mierze chodzi o eksponowaną w klipach i tekstach utworów fantazję o ekscytującym życiu pełnym pieniędzy, jointów, seksu, duper, hoteli i wyjazdów zagranicznych. Ta publiczność jest o to marzenie strasznie zazdrosna, strasznie się nawzajem spędza z tego płotu, przez dziurę w którym ogląda te sceny. Ktoś, kto za blisko podejdzie, budzi straszną agresję. Taki śmiałek, taki bezprawny aspirant strasznie im chyba przypomina o niedościgłości tego marzenia. Do moich wydawców wielokrotnie zwracano się w komentarzach ze złośliwą satysfakcją: „Chłopaki, dajcie spokój, przecież na tym nie zarobicie”.

Przecież kanapki z hajsem to Twój pomysł, z piosenki Haj$.

Tak, ale wydaje mi się, że akurat zjem je kiedy indziej, nie przy okazji tej płyty.

Czasem widzę to doświadczenie tworzenia jej jak wyprawę z narażeniem życia oraz zdrowia mentalnego – wyruszam do obcej krainy, by wyrazić coś, co muszę wyrazić, i wiem, że to jest ten, a nie inny środek. Parcie na hajs, hotele, jointy i dupery jest mi kompletnie obce, jednak zarazem przypisywane mi z automatu. Wszystko to widzę jako jakieś kręgi piekielne, które muszę przejść, żeby zrobić to, co sobie zamierzyłam.

Masz pokusę, żeby pisać konwencjonalne piosenki w duchu Radia Pogoda? Czy to nie byłoby przygodą, żeby napisać piosenkę dla Sanah?

Gdybyś mnie spytała o to 10 lat temu, to powiedziałabym: „Dlaczego nie?”, i bym to zrobiła, chociażby po to, aby dotknąć konwencji piosenki dla 40 mln słuchaczy. Teraz już nie. Bo wiem, że to, co piszę, mówię, wyrażam, jest kompletnie nieadekwatne do tej konwencji. Nie mogłabym tego zrobić szczerze, a czyste posłużenie się formą i podrobienie czyjejś osobowości, czyjegoś toku myślenia nie jest ani trochę dla mnie ponętne.

Czy masz jakiegoś swojego klasycznego radiowego ulubieńca i chciałabyś usłyszeć np. Michała Bajora interpretującego Twoje słowa?

Czasami myślę, że chętnie napisałabym coś dla Krystyny Prońko czy Ewy Bem. Byłby to dla mnie absolutny zaszczyt, przy czym interesowałoby mnie też to jako próba uwspółcześnienia świetnych artystek. Czuję niezgodę na to, że wybitnym, ale starszym artystkom trudno jest się updatować, funkcjonują wyłącznie jako wykonawczynie dawnych przebojów – świetnych, lecz starych. Nie powinny być skazane na ciągłe wspominanie lepszych czasów; myślę że ich obecne doświadczenie jest równie ważne i potrzebne w kulturze. 60-latki tak samo potrzebują piosenek jak 16-latki. Ale jest w tym też coś znamiennego i wymownego – jakby nie było słów i muzyki dla niemłodych osób. To rynek. Jednocześnie przyznaję, że takie wcielenie się w kogoś jest dla mnie trudne. Podjęłam kiedyś próbę napisania piosenki dla kogoś innego i okazało się, że to, co piszę, jest organicznie związane ze mną i moją ekspresją…

Chyba niedługo będzie można posłuchać Twojej płyty, więc zapytam: czy chcesz kontynuować nagrywanie jako DOROTA, czy masz jeszcze inny pomysł na pracę z głosem, skoro już wiemy, że Cię ona tak wciąga?

Póki co przez pracę nad płytą zaniedbałam trochę inne aspekty mojej twórczości. Mam dużo pracy, wyjazdów i po premierze na pewno będę miała w co uciec przed tematyką bitów, skitów i klipów. Ale też z otwartą przyłbicą mówię, że ostatni rok był moim najpiękniejszym pod kątem twórczym od dawna. Pracowałam już w dużo korzystniejszych okolicznościach i koniunkturach, ale to właśnie praca w takiej opresji i antysukcesie dostarczyła mi najwięcej poczucia spójności, klarowności swoich zamierzeń. Doświadczyłam wolności, wytrawnej przyjemności pójścia za sobą, nie tam, gdzie pokazują lajki i dyslajki.


Dorota Masłowska
Pisarka, autorka książek prozatorskich m.in. Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną (2002), Pawia Królowej (2005), Innych ludzi (2018). Laureatka Paszportu „Polityki” oraz Nagrody Literackiej Nike. A także dramatów takich jak Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku (2006) i Między nami dobrze jest (2008). Jako Mister D. wydała płytę Społeczeństwo jest niemiłe (2014). Wkrótce premierę będzie miała jej nowa płyta zapowiedziana dotąd singlem Motyle

Artykuł pojawił się w numerze: Psychodeliki. Nadzieja dla duszy i umysłu?