Jest rok 1932, Bruno Schulz skończył właśnie 40 lat. Jego życie dalekie jest od unormowania: kilkanaście miesięcy wcześniej umarła matka pisarza, wiosną poznaje co prawda swoją późniejszą narzeczoną Józefinę Szalińską, ślubu z nią jednak ostatecznie nie weźmie. W lipcu 1932 r. Schulz, który nie wie o tym, że właśnie rozpoczyna się ostatnia dekada jego życia, pisze list do Stefana Szumana. Swoim drobnym, nieco zaokrąglonym pismem kładzie na papier następujące zdanie: „Jestem już jak gdyby poza czasem, w obliczu wieczności, która dla mnie nie będzie niczym innym, jak straszną świadomością winy, uczuciem niepowetowanej straty przez całą wieczność. Jestem na wieki potępiony i wygląda to tak, że zamknięto mnie ezgemplarycznie w szklanym słoju, z którego już nigdy nie wyjdę” . To jeden z pierwszych…
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.