Wszelka cnota doprowadzona do przesady może stać się wadą uciążliwą dla bliźnich – tak mniej więcej ma się sprawa z moją punktualnością. Spóźniłem się raptem kilka razy w życiu i zawsze przypłacałem to poczuciem winy. Na dworcu zjawiam się 40 min przed pociągiem, a na spotkania przychodzę przed czasem (wyobraźnia tworzy przecież niezliczone przypadki losowe). Niestety, siłą rzeczy, oczekuję tego samego od innych. Niefrasobliwych gości witam co prawda promienną miną i staram się ukryć irytację, ale z wizyty zaczynam się cieszyć dopiero po dobrej chwili. Moja przyjaciółka do dziś wspomina kartkę włożoną dawno temu w drzwi, na której napisałem „Agusiu, fugit tempus, fugiunt anni, czekam na Ciebie w kolejce po lody na Starowiślnej”. Sterroryzowałem w ten sposób wszystkich znajomych, którzy wiedzą, że jeśli napiszą, że spóźnią się chwilę, dostaną w odpowiedzi pytanie: „A czy ta chwila będzie trwać trzy, siedem czy dziesięć minut?”. Jeszcze kilka lat temu rozpoczynałem wykład, patrząc na sekundnik i jednocześnie zamykając drzwi do sali na klucz. Później przestałem – dowiedziałem się, że w ten sposób łamię przepisy przeciwpożarowe. Przede wszystkim jednak na starość zaczęły mi się stępiać kły i pazury i robię się coraz bardziej wyrozumiały; przyjąłem też do wiadomości, że niektórzy ludzie spóźniać się będą zawsze i nic nie jest w stanie tego zmienić. Co ciekawe, choć mam do punktualności podejście rygorystyczne, w moim domu nie słychać żadnego „tik-tak”.
Wszystkie zegary (a jest ich 19) celowo unieruchomiłem, gdyż tykają i biją zbyt głośno, bym mógł się skupić, nie mówiąc już o spaniu.
Warto przy tym zwrócić uwagę na pewien trik stosowany przez reklamodawców – jeśli ustawimy wskazówki na godzinę 10:09 (którą nocne marki niechybnie wezmą za 22:09), na cyferblacie ułożą się one w kształt zachęcającego uśmiechu.
Kłopoty z czasem
Czas mija, ucieka, goni nas, tracimy go, zabijamy lub najczęściej cierpimy na jego brak. Do chwili gdy dowiadujemy się, że zostało go nam już niewiele, jest on niemal przezroczysty. Mało kto zdaje chyba sobie też sprawę, że sposób, w jaki postrzegamy jego upływ, zależy od miejsca wychowania. Stawiające na obowiązek kultury monochroniczne, do których należą kraje protestanckie (a także Japonia i Chiny), żyją według terminarza i zegarka. Z kolei w kulturach polichromicznych, takich jak Włochy, Hiszpania, cała Ameryka Łacińska, Afryka, kraje arabskie i większość Azji, liczy się chwila, czas traktuje się spontanicznie, dopuszcza spóźnianie się lub przedłużanie spotkań. Innymi słowy, do relacji międzyludzkich przywiązuje się znacznie większą wagę niż do punktualności. Ponadto na szeroko rozumianym kulturowym Zachodzie czas ma charakter liniowy i jest rozumiany jako następstwo kolejnych zdarzeń (np. liczy się go od stworzenia świata po przyjście Mesjasza), podczas gdy społeczności plemienne i część Wschodu widzą go w sposób nawracający i cykliczny; ważne są rytm natury, powtarzalność świąt i rytuałów, a nawet – jak ma to miejsce w przypadku reinkarnacji – życia. By rzecz skomplikować jeszcze bardziej, socjologowie wyróżniają też regiony koncentrujące się na własnej przeszłości (Wielka Brytania, Włochy, Chiny), teraźniejszości (Ameryka Łacińska, Afryka) i przyszłości (Stany Zjednoczone). Kategorii tych nie da się jednak wyrazić w języku ludzi z plemienia Hopi należącego do Pierwszych Narodów Ameryki Północnej, który dopuszcza tylko mówienie (i myślenie) o tym, co rzeczywiste lub prawdopodobne. Dodam jeszcze, że fizyka kwantowa pozostaje otwarta na kwestię podróżowania do przeszłości – zainteresowanych odsyłam do bestsellerowej Jeszcze krótszej historii czasu Stephena Hawkinga i Leonarda Mlodinowa.
Przed wynalezieniem kalendarzy i zegarów w upływie czasu orientowano się, obserwując zjawiska przyrodnicze i astronomiczne, zmienność pór roku, zachowania zwierząt, fazy księżyca, pozycję słońca na niebie i widoczne nocą konstelacje gwiazd.
Za pierwsze czasomierze uznaje się gnomony, czyli wbite w ziemię słupy rzucające cień pozwalający na przybliżone wyznaczenie pory dnia.
Po dodaniu do nich kamiennych podstaw z wyżłobionymi liniami godzin stały się one zegarami słonecznymi. Pamiętać trzeba przy tym, że gdy dzień i noc zaczęto dzielić na 12 równych części, w różnych okresach roku godziny nie były sobie równe. Stosowano również inne sposoby: klepsydry, początkowo wodne, później zaś piaskowe, lampy oliwne z podziałkami czy woskowe świece z rowkami pozwalającymi na odmierzanie topiących się w ogniu chwil.
Zegar mechaniczny niezależnie od siebie wynaleziono wpierw w Chinach (725 r.), potem zaś w Europie, gdzie w X w. skonstruować miał go uczony benedyktyński mnich Gerbert z Aurillac, który jako papież przyjął później imię Sylwestra II. Czasomierze takie stosowano wyłącznie w klasztorach, nie miały one cyferblatów, lecz jedynie dzwonki wzywające na modlitwy i posiłki. Każde stulecie przynosiło nowe odkrycia (nierzadko niepraktyczne i efemeryczne), innowacje techniczne i udoskonalenia. Pojawiły się zegary astronomiczne, nocne i rtęciowe, wymyślono sprężyny napędowe, rozmaite typy wychwytów oraz bębny. Na wieżach kościołów i ratuszy poczęto umieszczać zegary publiczne, a w domach stołowe. W 1504 r. Peter Henlein skonstruował w Norymberdze pierwszy zegarek przeznaczony do noszenia go przy sobie na łańcuszku. Miał on formę kulki wielkości kurzego jaja i podobną wagę. Po otwarciu mosiężnej, grawerowanej prostymi scenkami obudowy ukazywały się żelazny mechanizm oraz tarcza z jedną wskazówką. Był to raczej kosztowny gadżet niż praktyczny przedmiot, spóźniał się bowiem ok. 4 godz. na dobę. Na tej samej zasadzie działał słynny srebrny zegarek królowej Marii Stuart w kształcie czaszki. Odciągnięcie jej dolnej szczęki pozwalało zobaczyć mózg, czyli tarczę ze wskazówką. Monarchini nosiła go przy sobie cały czas i oddała swej ulubionej damie dworu na chwilę przed egzekucją.
Zegary stały się dokładniejsze dopiero w XVII w. Odkrycie przez Galileusza tzw. izochronizmu ruchu wahadłowego i wykorzystanie go do obliczeń astronomicznych dało początek kolejnym wynalazkom.
W 1657 r. Christiaan Huygens, holenderski astronom, matematyk i inżynier, skonstruował czasomierze z wahadłami i sprężynami tak precyzyjne, że granica błędu wynosiła zaledwie 15 s dziennie. Zegary upowszechniły się też w domach na niespotykaną dotąd skalę – nie bez powodu patronują one XVII stuleciu na równi z teleskopem i mikroskopem. Coraz częściej na ich tarczach pojawiała się również trzecia wskazówka pokazująca upływ sekund, wprowadzająca wymiar wręcz eschatologiczny: człowiek zyskał w końcu naoczny dowód na to, że każda mijająca chwila nieuchronnie przybliża go do śmierci. „Kiedy zważam krótkość mego życia, wchłoniętego w wieczność będącą przed nim i po nim, kiedy zważam małą przestrzeń, którą zajmuję, a nawet którą widzę, utopioną w nieskończonym ogromie przestrzeni, których nie znam i które mnie nie znają, przerażam się i dziwię, iż znajduję się raczej tu niż tam, nie ma bowiem racji, czemu raczej tu niż gdzie indziej, czemu raczej teraz niż wtedy…” – pisał w Myślach Pascal (tłum. T. Żeleński-Boy).

Podobne refleksje mogli jednak snuć jedynie mieszkańcy miast i pałaców. Na kosztowne zegary we wspaniałych obudowach stać było tylko najzamożniejsze warstwy społeczne: monarchów i książęta, szlachtę, patrycjuszy i bogatych kupców. Wieś nadal żyła od wschodu od zachodu słońca, czekała na trzy piania koguta, a minutę odmierzała, mamrocząc pod nosem trzy zdrowaśki. Wszystko to miało się zmienić pod koniec XVIII w. w Badeni, w górskich dolinach Szwarcwaldu.
Od zagrody do fabryki
W domu moich Rodziców było kilka zegarów zdobytych przez nich na różne sposoby. Na przykład kominkowy, klasycystyczny i angielski, w pięknym mahoniowym fornirze został znaleziony przez Mamę w czasie wakacyjnego wyjazdu, gdy zaglądnęła w kurniku pod grzędę – podejrzewam, że po wojnie wyszabrowano go z dworu Mycielskich w niedalekiej Wiśniowej. Oczywiście trzeba go było poddać gruntownej konserwacji. Mnie jednak fascynowały te wiszące, w formie skrzynek, z porcelanowymi kolumienkami i tajemniczymi drzwiczkami po bokach (zwłaszcza gdy Tata w jednych z nich dowcipnie umieścił figurkę skrzacika). Godzinami wpatrywałem się też w czasomierz o dziwacznym, płomienistym kształcie. Na przedniej ściance miał owalną szklaną tarczę z bajkowym wręcz, romantycznym pejzażem: jasnobłękitnym niebem, na którym umieszczono indeks godzinowy, czerwonym klasztorem stojącym na zielonej wysepce pośrodku jeziora, łodziami i pasmem trawiastych pagórków (il. 2). Naiwnie marzyłem, że kiedyś zobaczę to miejsce na własne oczy, i głowiłem się, kim są ludzie płynący na łódkach. Dopiero po latach dowiedziałem się, że były to tzw. zegary szwarcwaldzkie.

Badeńskie góry Szwarcwaldu, czyli Czarnego Lasu, wzięły swą nazwę z łacińskiego toponimu Silva Negra – porastająca je gęstwina ciemnych drzew iglastych nieodmiennie kojarzyła się Rzymianom z zagrożeniem i dzikością. Słyną one nie tylko z surowej wędzonej szynki oraz pysznego czekoladowego tortu z bitą śmietaną i wiśniami – przez 300 lat były one również ważnym ośrodkiem zegarmistrzostwa. Jak do tego doszło? Gdy zimowe śniegi odcinały od świata położone w górskich dolinach wioski, tamtejsi chłopi musieli znaleźć sobie jakieś zajęcie: zaczęli więc robić zegary.
Legenda głosi, że pierwszy z nich powstał w 1640 r., gdy obwoźny handlarz przywiózł z Czech prosty drewniany czasomierz, który zaczęto kopiować. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – pierwszy taki obiekt został wspomniany znacznie później, w inwentarzu z 1694 r., zaś najstarszy zachowany zegar z regionu datowany jest na początek XVIII w.
Szwarcwaldzcy chłopi mieli przy tym predyspozycje do stania się zegarmistrzami – ponieważ gospodarstwo dziedziczył tylko najstarszy syn, jego bracia szukali sobie innych źródeł utrzymania, najczęściej zaś wybierali rzeźbienie w drewnie i szklarstwo. Początkowo wytwórcy przy pomocy domowników sporządzali każdy czasomierz z osobna, od a do zet (il. 3). Szybko jednak doszło do wyspecjalizowania się w określonych elementach i czynnościach. W jednej chałupie wycinano koła zębate, w drugiej malowano tarcze, w innych natomiast wyrabiano wahadła, wychwyty i wagi, a na koniec montowano wszystko w całość. Chłopskie zegary były śmiesznie tanie w porównaniu z tymi oferowanymi przez miejskich zegarmistrzów, a popyt na nie nieustannie rósł. Stopniowo rolnicy przestali więc uprawiać ziemię i stali się rzemieślnikami zatrudniającymi czeladników. Miejscowości takie jak np. Schönwald, Neukirch, Neustadt czy Furtwangen przekształciły się w centra zegarowej produkcji.

W 1740 r. szwarcwaldzkich ludowych zegarmistrzów było 31, a każdy z nich mógł wypuścić cztery zegary na tydzień. Jednak pod koniec XVIII w. liczba warsztatów wzrosła aż do ok. 1000, a ich produkcja osiągnęła mniej więcej 200 tys. czasomierzy rocznie. Wtedy też Franz Steurer, benedyktyn z Fryburga Bryzgowijskiego, wydał pierwszą poświęconą im książkę pt. Geschichte der Schwarzwälder Uhrenmacherzunft, nebts einem Anhange, von dem Uhrenhandel derselben (Historia cechu szwarcwaldzkich zegarmistrzów z uwagami na temat handlu zegarami, 1796). Zwiększała się także specjalizacja w określonych typach i modelach oraz szybkość pracy.
W połowie XIX stulecia mistrz z czeladnikiem i pomocnikiem (w zależności od okresu naciągu, który mógł być 12-, 24-godzinny lub ośmiodniowy) wytwarzali już od 7 do 18 zegarów tygodniowo.
Początkowo ich dystrybucją zajmowali się miejscowi szklarze, a ponieważ sprzedawali oni wyroby nawet z pięciokrotnym przebiciem, rzemieślnicy sami poczęli zatrudniać ludzi, którzy roznosili je na sprzedaż w okolicy. Tak narodził się zawód wędrownego handlarza zegarów, Uhrenhändler. Nosił on charakterystyczny strój składający się nieodmiennie z ciemnych skórzanych portek, długiego surduta bez kołnierza, czerwonej kamizelki, zawiązanej wokół szyi chustki oraz butów z wysokimi cholewami i kapelusza z szerokim rondem. Wygląd takich domokrążców oddają rozliczne ryciny, a także produkowane od końca XVIII w. metalowe zegary figuralne (il. 4). Zwróćmy uwagę, gdzie umieszczono wesoło huśtające się wahadło – jestem gotów się założyć, że nie zrobiono tego przez przypadek. W odróżnieniu od figurki, która przedstawia sprzedawcę z dwoma zegarami (właściwym i działającym na piersi oraz blaszaną atrapą na plecach), prawdziwy Uhrenhändler niósł ich na przytroczonym do ramion stelażu nawet 20 i z tym ładunkiem pokonywał ok. 15 km dziennie.

Szacuje się, że do połowy XIX w. Szwarcwald opuściło ponad 15 mln zegarów. Ich produkcja gwałtownie wzrastała, warsztaty zaczęły się konsolidować w większe manufaktury, a do rozprowadzania towarów używano już wozów, które docierały także na ziemie polskie. Filie zakładów otwierano w innych częściach Europy, np. w Austrii, Czechach i na Śląsku. Czasomierze eksportowano do wszystkich krajów Europy, a także do Stanów Zjednoczonych, gdzie cieszyły się one szczególną popularnością. Świadczy o tym choćby przeznaczony dla amerykańskich odbiorców zegar kominkowy zrobiony przez szwarcwaldzką, lecz nazwaną z angielska Union Clock Company z Furtwangen z ok. 1875 r. (il. 5.) ozdobiony widoczkiem w stylu kolonialnym, z holenderskim wiatrakiem w tle. Za granicę sprzedawano także części obudów i mechanizmów, z których lokalni zegarmistrze sami składali czasomierze – z tego powodu czasami trudno jest jednoznacznie stwierdzić, czy ma się do czynienia z zegarem szwarcwaldzkim czy zegarem w typie szwarcwaldzkim.
Pod koniec stulecia niektóre manufaktury rozrosły się w fabryki drukujące katalogi i aspirujące do zdobycia światowego rynku. Wielu z nas zapewne kojarzy marki takie jak Junghans czy Kienzle, ale mało kto wie, że wywodzą się one z Czarnego Lasu. Nie zmieniło to jednak faktu, że pracowici Badeńczycy walkę o międzynarodowych klientów ostatecznie jednak przegrali.
Gdy w 1865 r. zakończyła się wojna secesyjna, amerykański przemysł zbrojeniowy przestawił się m.in. na produkcję zegarów tanich (bo bezcłowych) i dokładnych, z którymi trudno było konkurować.
Utrata amerykańskiego, a po rewolucji październikowej także rosyjskiego rynku doprowadziła do załamania się szwarcwaldzkiego zegarmistrzostwa. Nie bez powodu otwartą w 2024 r. wystawę w Deutsches Uhrenmuseum – Niemieckim Muzeum Zegarów – w Furtwangen zatytułowano nostalgicznie Wo die besten Jahre vergangen sind (Gdzie się podziały najlepsze lata).
Zegar zegarowi nierówny
Do lat 80. XVIII w. zegary szwarcwaldzkie wykonywano z całości z drewna – wycinano z niego nawet koła zębate i wskazówki. Miały one banalnie proste mechanizmy – pierwsze z nich naśladowały swą konstrukcją zegary wieżowe z powieszonymi na linkach obciążnikami, które opadając w dół, za pomocą szeregu elementów wprawiały w ruch wskazówkę – były na tyle niedokładne, że wystarczała tylko jedna, godzinna. Aż chciałoby się powiedzieć, że szczęśliwi minut nie liczą. Wahadła pojawiły się dopiero w trzeciej dekadzie XVIII stulecia i były umieszczane z przodu, przed tarczą. Zwano je krowimi ogonami (Kuhschwanzpendel), gdyż widziane z boku, faktycznie przypominały ich ruch. Obciążniki wykonywano z kamieni rzecznych, a dzwonki ze szkła. Innowacje wprowadzano szybko – powstały odlewnie wyrabiające mosiężne trybiki, wskazówki i dzwonki, krowie ogony ustąpiły wahadłom tylnym, a linki mosiężnym, a później stalowym łańcuszkom, zaś kamienie odlewanym z ołowiu wagom w kształcie szyszek.

Company, Furtwangen, ok. 1875. fot. zbiory prywatne
Jeśli chodzi o zdobienia, istniały tysiące wariantów. Pierwsze masowo produkowane zegary miały drewniane, kwadratowe i białe, półkoliście zwieńczone tarcze, na których ręcznie malowano cyferblaty, kwiaty, pejzaże, scenki rodzajowe lub religijne. To właśnie taki egzemplarz niesie na piersi omówiony już wędrowny sprzedawca (il. 4). Od ok. 1830 r. malowane zdobienia zastąpiły drukowane na specjalnym papierze kalkomanie. Były też zegary rzeźbione w rozmaite formy, np. gałązek lub ażurowe. Odrębny typ stanowiły czasomierze ramowe z prostokątną tarczą zamykaną szklanymi drzwiczkami – znajdujące się za nimi obudowy z mechanizmami były znacznie mniejsze, przez co zegary odstawały od ścian. Ich tarcze zdobiły szybki z kolorowymi kalkomaniami (pejzaże, sceny religijne, postaci) lub malowane złotą farbą wytłaczanki z mosiężnej blachy. Z kolei zegary architektoniczne były drewnianymi skrzynkami, do których doklejano wytoczone w drewnie elementy zaczerpnięte z fasad budynków: frontony, gzymsy, tralki, sterczyny, półkolumny, woluty, arkady czy archiwolty. W taki eklektyczny miszmasz wstawiano porcelanowy cyferblat i półkolumienki lub szklaną szybkę z cyferblatem i pejzażem, a nawet sceną zmartwychwstania.
Ok. 1860 r. zaczęto wyrabiać niewielkie zegary z porcelanowymi tarczami nawiązującymi formą i malaturą do rokoka oraz klasycyzmu (il. 2) – mówiono na nie Jockele, czyli Kubuś (ich pomysłodawcą był bowiem niejaki Jacob Herbstreith). Co więcej, istniały też zegary miniaturowe, tzw. chodziki (Sorguhr) mierzące do 10 cm wysokości. Te urocze maleństwa chętnie kupowali na pamiątkę turyści. Wspomniane tu typy mogły wchodzić ze sobą w różnorodne mariaże i występować w formie ściennej (najczęściej), kominkowej, podłogowej, z budzikiem lub bez. Były one przy tym bajecznie proste w obsłudze, mało awaryjne i niedrogie – w sam raz na włościańską kieszeń.
Dodam jeszcze, że były lekkie – zdałem sobie z tego sprawę, gdy w moje ręce trafił XVIII-wieczny ludowy zegar fryzyjski; ważącą ponad 50 kg paczkę kurier ledwo był w stanie wnieść na piętro.
Niemal wszystkie stwarzały przy tym wrażenie, że są czymś znacznie lepszym, niż mogłoby się wydawać. Cieniutki fornir lub bejca naśladowały drogie gatunki drewna, takie jak mahoń czy palisander, pociągnięta złotolem blacha przypominała szlachetne złocone brązy, a olejne malunki – kosztowną emalię. Ludowe szwarcwaldy w sprytny, lecz przecież szczery sposób nawiązywały do rzemiosła artystycznego dla klas wyższych. Kojarzyły mi się zawsze ze słynnymi meblami ze Lwówka Śląskiego, na których zręczne pociągnięcia pędzla tworzyły fałszywe intarsje i inkrustacje tak wdzięczne, że gdybym miał wybierać między eleganckim kredensem pańskim i chłopskim, lwóweckim, bez wahania wskazałbym na ten drugi.
Nie mogę też nie wspomnieć o wyrabianych od 1730 r. w Szwarcwaldzie zegarach z kukułką, częściej jednak kojarzonych z pobliską Szwajcarią. W zapomnianym dziś filmie z nurtu czarnego kina pt. Trzeci człowiek (reż. Carol Reed, scen. Graham Greene, 1949) jeden z bohaterów, porównując dziedzictwo kulturowe Włochów (renesans, Michał Anioł, Leonardo da Vinci) oraz Helwetów, drwi bezlitośnie: „W Szwajcarii mieli braterską miłość, 500 lat demokracji i pokoju, no i co stworzyli? Zegar z kukułką!”. Tymczasem Szwajcarzy pomysł wstawienia kukającego co godzinę ptaszyska w zegar zapożyczyli od sąsiadów z Badenii dopiero w XIX w. Palma pierwszeństwa nie należy też do szwarcwaldzkich górali – opisy takich przedmiotów pojawiały się już w XVII w. w południowych Niemczech i Austrii. U zegarmistrzów z Czarnego Lasu kukułka wyskakiwała początkowo z drzwiczek umieszczonych na górnej, półkolistej części najpopularniejszych drewnianych zegarów o białych tarczach.
Gdy w 1850 r. dyrektor szkoły zegarmistrzów w Furtwangen ogłosił konkurs na nowoczesny projekt zegara, wygrał go Friedrich Eisenlohr, profesor architektury z Karlsruhe specjalizujący się w budownictwie kolejowym, który zaproponował formę nawiązującą do małej stacyjki kolejowej lub budki dróżnika. Z czasem kukułczy domek zaczęły oplatać liście i gałązki, szybko też pojawiły się motywy związane z myślistwem (trąbki, poroża i strzelby). Podobnego okropieństwa w życiu bym sobie nie kupił; do zegarów z kukułką długo zresztą pałałem niechęcią, tym bardziej że pierwszym, który ujrzałem na oczy jako dziecko, była plastikowa imitacja produkcji radzieckiej. Zdanie zmieniłem dopiero, gdy zobaczyłem inne szwarcwaldy, np. te z ptaszkiem wprawionym w obudowę ramową z namalowanym na blasze krajobrazem lub wstawionym w biedermeierowski w stylu zegar architektoniczny. Kukułce czasami towarzyszyła sąsiadka – mieszkająca za drugimi drzwiczkami i oznajmiająca kwadranse przepiórka. Zdarzały się też zegary, w których atrakcję zapewniał trębacz. Na innych, bardziej wyszukanych wizerunki postaci poruszały oczami, figurki inscenizowały ścięcie Jana Chrzciciela, a obżartuch zajadał z misy kluski.
Broda i korona
W latach 60. i 70. ubiegłego wieku niedokładne wioskowe szwarcwaldy poczęły trafiać do miejskich inteligenckich domów, razem z lampami naftowymi, żelazkami na duszę, glinianymi dwojakami i kilimami z Cepelii. Można je było dostać w zamian za radziecki budzik, flaszkę wódki lub wręcz dobre słowo. Aż się dziwię, że żaden z nich nie zawisł obok słynnego „portretu przodka” w odremontowanym mieszkaniu inż. Karwowskiego. Powstawały pierwsze prywatne kolekcje, a w 1969 r. ludowe zegary zaczęło systematycznie pozyskiwać Muzeum Ziemi Kłodzkiej – jego zbiory, największe w Polsce, liczą obecnie 124 obiekty najróżniejszych typów, a poświęcona im wystawa robi naprawdę duże wrażenie.
Zegary w typie szwarcwaldzkim zacząłem zbierać niemal natychmiast, gdy tylko z Bratem wyprowadziliśmy się od Rodziców. Pierwszy dostałem zresztą od niego – Maciek dał mi go, bym mógł go sobie powiesić nad podarowanym mi przez Babcię sekretarzykiem.
Kolejne kupowałem za nieduże pieniądze na niedzielnym targu staroci pod Halą Targową i Jarmarku Bytomskim, na który kiedyś regularnie pielgrzymowałem miesiąc w miesiąc. Żeby być tam bladym świtem, gdy nie przebrano jeszcze najciekawszych okazów, z Krakowa trzeba było wyjechać pociągiem ok. 2 w nocy, więc po prostu nie kładłem się spać. Internet, który zapewnił dostęp do wszelkich aukcyjnych pokus, upowszechnił się znacznie później. Szwarcwaldy były przy tym jedynymi zegarami, na które wówczas mogłem sobie pozwolić. W miarę zwiększania się kolekcji przewieszałem ją nieustannie, przez co ściany kuchni i pokoju stały de facto sitem mniej lub bardziej udolnie zamaskowanym masą szpachlową – dzisiaj wbicie kolejnego gwoździa kończy się często trafieniem w gips. Dla bezpieczeństwa ciężkie wagi odkładałem do szafy – i tak nie zamierzałem ich uruchamiać. Nigdy też nie nauczyłem się tajników naprawy, a i o mechanizmach wiem raczej niewiele. Interesował mnie wyłącznie estetyczny wymiar obudowy, zegar miał wyglądać – i tyle!
Szczególnie upodobałem sobie te, które formą nawiązywały do epoki biedermeieru, oraz z tarczami na szybkach zdobionych krajobrazami. Ich odmian było multum; w rzadszych okazach pejzażyki pojawiały się również na wieńczących górę trójkątnych frontonach zwanych przez zbieraczy koronami lub domykających dół półokrągłych wypustkach – brodach. Przez lata marzyłem, żeby dorwać zegar i z brodą, i z koroną. Wiedziałem, że takie istnieją, nigdy jednak żadnego nie udało mi się zobaczyć, nie miały ich nawet muzea w Furtwangen i w Kłodzku.
W 2014 r. idealny obiekt mych żądz pojawił się nieoczekiwanie na polskim portalu aukcyjnym, a co więcej, oferowano go w Krakowie (il. 1). W koronie znajdował się widoczek z szachulcowym zameczkiem na pagórku, bramą, jeźdźcem, wieśniakiem z taczkami i kobietą z pieskiem. Szybka z tarczą umieszczona była w drewnianej arkadzie z półkolumnami i ozdobiona kalkomanią z kolejnym zamkiem oraz prowadzącym do sąsiednich domostw stromym kamiennym mostem nad rzeką, zaś w brodzie widniały jezioro z wyspą, urwista skarpa z potężnym drzewem, jeszcze jedno zamczysko oraz majaczące na horyzoncie góry. Feeria czerwonych dachów, a do tego sterczynki, złocone fryzy z motywem roślinnym i mosiężne aplikacje. Mówiąc prosto, przeuroczy niemiecki kicz z usprawiedliwiającą go patyną, a przy tym horrendalną jak dla mnie ceną. Napisałem miły e-mail z pytaniem o możliwość obniżki, na który przyszła odpowiedź, że przedmiot należy do teścia sprzedawcy, więc podano mi jego numer. Zadzwoniłem od razu. Telefon odebrał starszy, energiczny pan, który przedstawił się jako zbieracz zegarów, zaprosił mnie jeszcze tego samego dnia do mieszkania w Nowej Hucie, a kwestie finansowe zbył słowami: „Jak się zobaczymy, to pogadamy”.
Chcąc się zaprezentować jako partner wart rozmowy (i zegara), pojechałem do niego obładowany literaturą przedmiotu. Drzwi odtworzył dziarski 95-latek, a niewielka kawalerka okazała się magazynem różnorodnych czasomierzy, zarówno antycznych, jak i plastikowych (co wszak nie znaczy, że mało wartościowych). Mieszkanie zostało zresztą wynajęte na czas dłuższej rehabilitacji w pobliskim szpitalu – w swoim własnym, w centrum Krakowa właściciel miał rzekomo mieć aż tyle zegarów, że nie mógł się swobodnie poruszać. „To ty, chłopie, kumpel jesteś!” – wykrzyknął uradowany, gdy wyciągnąłem z plecaka książki o szwarcwaldach. Był rasowym kolekcjonerem, spragnionym rozmów o swoich zbiorach i nieznajdującym zrozumienia u rodziny. Zaraz zaczął pokazywać mi co ciekawsze okazy, które kazał przywieźć sobie do najmowanej klitki na kilka raptem miesięcy. Kolekcjonerskiego bakcyla złapał pod koniec wojny, gdy jako młody chłopak odkupywał od radzieckich żołnierzy zrabowane zegarki, a potem, ku rozpaczy żony, w pasję inwestował wszystkie siły i środki. Nawiasem mówiąc, nieszczęsne, skazane na życie w cieniu przedmiotów partnerki (i partnerzy) zbieraczy już dawno powinni doczekać się monografii, a przynajmniej zbiorowego spiżowego pomnika.
Dopiero dzisiaj jestem w stanie docenić cierpliwość i poświęcenie mojego drugiego i ostatniego Byłego, który tylko jeden jedyny raz dał upust swym żalom i wykrzyknął: „Ty wszędzie widzisz tylko te antyki!” (koniec dygresji).
Po trzech godzinach pogawędek gospodarz nagle wyciągnął z szafy skrzynkę pełną złotych cebulek, wśród których znajdował się co najmniej jeden Patek Philippe, wręczył mi ją do podziwiania i pobiegł do kuchni robić herbatę. Przeraziłem się – czy aby chciał w ten sposób sprawdzić moją uczciwość? Na wszelki wypadek odstawiłem jednak kasetkę na stół i pospieszyłem za nim. Za upragniony zegar ostatecznie zapłaciłem „tyle, ile mogłem dać”.
Do dziś wisi u mnie w domu, razem z sześcioma innymi szwarcwaldami – tyle ostało się z prawie 40. Po prostu przestały być „moje” – z kolekcjami bywa trochę tak jak z przyjaźniami. Jedne towarzyszą nam przez całe życie, inne stanowią tylko dłuższe lub krótsze, choć istotne, epizody. Z każdą nową aranżacją ścian i zmianą moich gustów kilku wygnańców wędrowało do piwnicy, a ja zamartwiałem się, co z nimi kiedyś zrobię. A potem doszedłem do zaskakującego i wyzwalającego wniosku, że przecież wcale nie muszę ich mieć. Zostawiłem sobie jedynie te, z którymi wiązały się miłe wspomnienia (prezenty urodzinowe od przyjaciół, pamiątka z wyjazdu do Wrocławia), resztę bez łez puściłem w świat. Była to pierwsza ważna lekcja, że z rzeczami można i trzeba się żegnać. Niedługo potem miałem otrzymać jeszcze ważniejszą.
Korzystałem m. in. z: R. Ortenburger, Black Forest Clocks, Pennsylvania 1991; B. Gallizia di Vergano, E. Strada, Zegary. Dzieje instrumentów mierzących czas – od zegarów słonecznych do elektrycznych, tłum. E. Morka, Warszawa 2000; H. Jüttemann, Die Schwarzwalduhr, Karlsruhe 2000; H. Kahlert, 300 Jahre Schwarzwälder Uhrenindustrie, Gernsbach 2007; P. Rykaczewski, Polskie zegary ludowe, Gdynia 2009; „Oczy czasu”. Zegary w zbiorach Muzeum Ziemi Kłodzkiej, Kłodzko 2015; R. Struthers, Nieco dłuższa historia czasu. Opowieści zegarmistrzyni, tłum. M. Kramarz, Poznań 2024.