Wszelka cnota doprowadzona do przesady może stać się wadą uciążliwą dla bliźnich – tak mniej więcej ma się sprawa z moją punktualnością. Spóźniłem się raptem kilka razy w życiu i zawsze przypłacałem to poczuciem winy. Na dworcu zjawiam się 40 min przed pociągiem, a na spotkania przychodzę przed czasem (wyobraźnia tworzy przecież niezliczone przypadki losowe). Niestety, siłą rzeczy, oczekuję tego samego od innych. Niefrasobliwych gości witam co prawda promienną miną i staram się ukryć irytację, ale z wizyty zaczynam się cieszyć dopiero po dobrej chwili. Moja przyjaciółka do dziś wspomina kartkę włożoną dawno temu w drzwi, na której napisałem „Agusiu, fugit tempus, fugiunt anni, czekam na Ciebie w kolejce po lody na Starowiślnej”. Sterroryzowałem w ten sposób wszystkich znajomych, którzy wiedzą, że jeśli napiszą, że spóźnią się chwilę, dostaną w odpowiedzi pytanie: „A czy ta chwila będzie trwać trzy, siedem czy dziesięć minut?”. Jeszcze kilka lat temu rozpoczynałem wykład, patrząc na sekundnik i jednocześnie zamykając drzwi do sali na klucz. Później przestałem – dowiedziałem się, że w ten sposób łamię przepisy przeciwpożarowe. Przede wszystkim jednak na starość zaczęły mi się stępiać kły i pazury i robię się coraz bardziej wyrozumiały; przyjąłem też do wiadomości, że niektórzy ludzie spóźniać się…
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...