Subskrybuj
Opiekun zwierząt we wrocławskim zoo. Do niedawna pracował z pingwinami i ssakami płetwonogimi, od czerwca kieruje sekcją ssaków naczelnych. Autor Pawilonu małych ssaków (2022) uhonorowanego Nagrodą Kulturalną Onetu O!lsnienia oraz książki dla dzieci To jest...

W lipcu usłyszeć można kulczyka

Czytam, gdzie żerują gąsienice trociniarki torzyśniada, ile dokładnie jaj składa samica dzwońca, jak urządza swe gniazdo szczygieł. Przepadam. Zapominam o tekście, który mam przygotować

Miałem tu pisać o książce, która jest dla mnie ważna. Która w jakiś sposób mnie zmieniła albo pomogła zrozumieć pewne sprawy. A już najlepiej, gdyby do tego wszystkiego niosła pocieszenie w trudnych momentach. Na taki tekst umówiłem się z redaktorem Michałem Jędrzejkiem. Włączyłem komputer, usiadłem do biurka. A potem przypomniałem sobie, że nie nakarmiłem moich żółwi stepowych. Żółwie mieszkają na balkonie, w otwartym od góry, dość obszernym terrarium. Zabrałem się za robienie sałatki: mniszek, babka lancetowata i zwyczajna, liście podagrycznika, mlecz, cykoria, roszponka. Wszystko posypane wapnem, kluczowym w żółwiej diecie (zapobiega deformacjom skorupy). Nachyliłem się nad terrarium, żeby szybko się wyprostować: coś zaświstało mi przy uchu! Samiec kopciuszka! Od dwóch lat pewna para kopciuszków, uroczych ptaszków podobnych do pleszek, próbuje uwić gniazdo na moim balkonie. Robią przy tym kosmiczny syf, rozrzucając wszędzie materiał gniazdowy. Do tej pory nie udało im się nigdy dokończyć dzieła – po mniej więcej dwóch tygodniach porzucają naszą miejscówkę na rzecz jakiejś innej. Może w tym roku im się uda? (Też już nie pamiętacie, że miałem pisać tekst o książce do „Znaku”, na którą umówiłem się z redaktorem Jędrzejkiem? No właśnie).

Zaraz, zaraz. Koniec kwietnia to bardzo późna pora na gniazdo kopciuszka. Sprawdzam! W Kalendarzu przyrody, wybitnej książce, teraz już prawie zapomnianej (wydanej w Wiedzy Powszechnej w 1983 r.), opisującej roczny cykl życiowy rodzimych roślin i zwierząt, Henryk Sandner i Zdzisława Wójcik w rozdziale Kwiecień piszą tak: „Na początku miesiąca kopciuszek zakłada gniazdo pod dachem, wije je z korzonków i źdźbeł. Pod koniec miesiąca można znaleźć w nim 5–6 białych jaj”. Zastygam nad książką. Może pomiędzy drewnianymi legarami daszku z pleksy nad naszym balkonem leży już pięć, sześć białych jaj! Albo wylęgły się z nich już małe kopciuszki? Ale chyba słyszałbym je, pijąc przed pracą, o piątej rano, kawę. Wtedy słychać dużo więcej, bo większość mieszkańców naszego osiedla, przynajmniej tych ludzkich, jeszcze śpi. A może dopadła je wrona? Nie dalej jak tydzień temu jakaś wrona interesowała się wyposażeniem terrarium Gertrudy i Hilka, moich żółwi. Nie złapałem jej na gorącym uczynku, lecz po powrocie z pracy zastałem kępki traw, z korzeniami, porozrzucane po balkonie. Wiem, że domowe zwierzęta potrafią nas, wyprostowanych imbecyli, nieźle zaskoczyć, jednak trudno mi sobie wyobrazić, żeby to Gertruda wzięła taki zamach. (Tekst do „Znaku”, wracaj do domu, przysiądź fałdów i napisz!)

A ciekawe, o czym piszą w maju? „Odbywa się lot motyli dziwaczki widłogona”. Googluję. Ćma, popielata w czarne plamki i żyłki. Wygląda dość pospolicie. Za to gąsienica! Jaskrawozielona, z czymś, co przypomina podwójny ogonek, w dodatku w kapturze! „Pierwszy człon ciała tuż za głową jest czerwono obrzeżony z dwiema czarnymi plamkami na żółtym tle”. Żeruje najczęściej na liściach topoli i wierzby, a dokładnie te drzewa rosną na skwerku przed moim domem. Dziwaczki, pokażcie się! Co dalej? „W ciągu maja i czerwca odbywa lot pierwsze pokolenie motyla, zwanego paziem żeglarzem”. No jasne, widziałem je dwa dni temu!

Przepadam. Zapominam o tekście. Czytam: gdzie żerują gąsienice trociniarki torzyśniada, ile dokładnie jaj składa samica dzwońca, jak urządza swe gniazdo szczygieł („wije je misternie z delikatnych źdźbeł, mchu, porostów, kory brzozowej, wyściełając zaś włosiem i watą z główek ostów”), skąd i dokąd przylatuje zaganiacz, co kwitnie obficie po miedzach i w przydrożach (mniszek lekarski, rogownica polna, bratki, mak, przetacznik i powój). Czytam o tym, że w maju na łąkach pojawiają się pierwsze derkacze, ale trudno je zauważyć, bo są potwornie płochliwe. Czytam o kijankach, linach, leszczach, turzycy piaskowej i o moczarce kanadyjskiej, o godach rzekotek drzewnych („samice składają skrzek w niewielkich pakiecikach”). O tym, że w pierwszych dniach maja budzą się ze snu zimowego smużki, takie leśne gryzonie, oraz o tym, że w maju rodzą się małe wydrzątka i tchórze.

A co dalej? W czerwcu kwitną ligustr pospolity, kolcowój zwyczajny i śnieguliczka („znana z charakterystycznych białych kulistych owoców”). Wychodząc z domu wieczorami, spotkać można krążące tuż nad ziemią, żerujące karliki malutkie. Jeszcze przed wakacjami pojawiają się pierwsze pieczarki polne („czyli bedłki”). W górach jaja składają pomurniki, a pliszki górskie przystępują już nawet do drugiego w tym roku lęgu!

W lipcu usłyszeć można kulczyka, a wieczorami – piskliwy głos pójdźki. „Na rumowiskach, przydrożach, miedzach, koło chat, a także w ogrodach i na skrajach pól zakwitają w lipcu i sierpniu łopiany”. A także wrotycz, rzepień, palusznik krwawy, włośnica zielona i bylica piołun. Szał uniesień botaników i językoznawców, ani chybi! Czytam dalej! „W starych parkach, na brzegach lasów łatwo spotkać martwe maleńkie ssaki wielkości myszy. Są to ryjówki aksamitne, które znacznie trudniej spotkać żywe”. Przekartkowuję parę stron! Dowiaduję się jeszcze, że w lipcu: kończy się okres rozwoju kijanek ropuchy zielonej, obserwuje się przeloty ogromnych stad szpaków, a w górach, jak co roku, urodziły się już jaszczurki żyworodne. Nie wiem jak Was, ale mnie ta cykliczność płazia, gadzia i ptasia, cykliczność chwastów, potoków i jaj bardzo uspokaja.

Nie chce mi się pisać tekstu do „Znaku”, przepraszam. Wolę wyjść z domu, poszukać namiotnika jabłoniowego, słodyszków i gnatarzy. Nie wiecie, kto to? Kupcie sobie Kalendarz przyrody Henryka Sandnera i Zdzisławy Wójcik. Można go dostać za parę złotych w niedzielę pod Halą Targową na krakowskich Grzegórzkach (ja tam kupiłem) albo na jednym z popularnych internetowych portali aukcyjnych (sprawdziłem przed chwilą – jest parę dostępnych pozycji!), albo na lokalnym antykwariacie. A potem wyjdźcie z domu, opłaci Wam się – nawet w deszczowy dzień!

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobraź sobie