Kiedy starsza osoba płaci przede mną przy kasie i w wytartym pugilaresie migną mi za plastikową szybką zdjęcia, zawsze się trochę wzruszam. Jestem takim samym dinozaurem jak ona. Noszę przecież przy sobie fotografie bliskich: Mamy, Babci, Brata, Bratanka, Agnieszki i Barry’ego oraz Gizeli Reicher-Thonowej, zamordowanej w Holokauście badaczki ironii Słowackiego, której kenkartę skserowałem kiedyś w archiwum. Gdy za moich studenckich czasów szło się zrobić zdjęcie do legitymacji, zamawiało się zawsze więcej odbitek, by wręczyć je potem tym, którzy byli dla nas ważni lub (akt odwagi!) chcieliśmy, żeby się nimi stali. Do dziś trzymam w szufladzie kilkadziesiąt takich znaków dawnych przyjaźni i chwilowych fascynacji. Jak jednak radzono sobie przed wynalezieniem fotografii? Otóż obstalowywało się u wyspecjalizowanego malarza miniaturę portretową. Wieszano ją potem na ścianie, stawiano na meblach, zabierano w podróż w skórzanym zamykanym etui, a nawet wprawiano w bransoletkę, broszkę, naszyjnik lub tabakierkę.
Intymność patrzenia
Malarstwo miniaturowe (zresztą nie tylko portretowe, bo w wersji mini występują niemal wszystkie gatunki, by wymienić tylko sceny religijne, martwe natury i pejzaże) wywodzi się z iluminacji zdobiących średniowieczne księgi. Jako niezależny rodzaj malutkie wizerunki pojawiły się w renesansie, przy czym przyjmuje się, że na ich upowszechnienie miały wpływ zabiegi matrymonialne Henryka VIII – kandydatek swatano mu przecież znacznie więcej niż sześć wybranek – z których większość trudno uznać za szczęśliwe. Miniatury idealnie nadawały się do zaprezentowania ich królowi, mieściły się w kieszeni posłańca, no i można je było namalować szybko. Do rangi arcydzieł podniósł je zaś nadworny malarz monarchy Hans Holbein młodszy. Maleńkie portreciki monarchów niedługo potem stały się oficjalnym podarunkiem dyplomatycznym, a na dworach zaczęto zatrudniać sztaby twórców kopiujących je na tuziny.
W XVIII i XIX stuleciu malarstwo miniaturowe osiągnęło apogeum popularności wśród klas wyższych i mieszczaństwa. Portretowano się przy każdej sposobnej okazji, zwłaszcza zaś gdy członek rodziny oddalał się od bliskich, wyjeżdżał na dłużej, wstępował w związek małżeński lub szedł na front.
Wielki przełom nastąpił, kiedy w XVIII w. jako podobrazi zaczęto używać płytek z kości słoniowej nadających twarzom świetlistość. Do tej pory korzystano głównie z kartoników (często kart do gry), pergaminu oraz mosiężnej blachy. Niestety, konsekwencją świetlistych mieszczańskich oblicz była coraz większa krwawa hekatomba na afrykańskich sawannach.

Malowanie miniatur wymagało od twórcy niesłychanej precyzji, pewnej ręki, anielskiej cierpliwości i skupienia. Konieczny był także dobry wzrok – niektórzy artyści po latach wytężania go ślepli. By zdać sobie sprawę, jakiego kunsztu wymagała taka sztuka, portreciki warto oglądać przez lupę (używaną także podczas pracy nad portretem). Tu dygresja: w 2018 r. artystka Pascale Kaparis zorganizowała w siedzibie paryskiej Fondation Custodia performans, podczas którego posłużyła się szkłami powiększającymi miniatury z fundacyjnych zbiorów i lustrami odbijającymi mnogość szczegółów, jednocześnie dając wgląd w warsztat pracy malarek i malarzy oraz rekonstruując sposób ich patrzenia na modeli. Nie sposób oprzeć się też wrażeniu, że w zawodzie miniaturzysty liczyły się głównie rzemieślnicza sprawność techniczna, bezbłędne prowadzenie cienkiego, ostro zakończonego pędzelka z włosia wiewiórki, kuny, sobola czy ichneumona (zwanego również szczurem faraona lub mangustą egipską). Talent schodził na plan dalszy, choć oczywiście zdarzali się artyści wybitni. Ich nazwisk nie wymieniam tu celowo, zakładając, że raczej mało kto słyszał o Heinrichu Friedrichu Fügerze, Jeanie Baptiście Sambacie czy George’u Englehearcie, notabene twórcy prawie 5 tys. prac. Miniatury spotkamy co prawda w dorobku malarzy znanych (np. Goi czy Gerarda ter Borcha młodszego), ale nazwiska przodujących jedynie w tej dziedzinie tworzą w obrębie historii sztuki odrębny kanon, o którym wiedzą jedynie specjaliści oraz… kolekcjonerzy.

Miniaturzyści często prowadzili życie wędrowne – gdy liczba zamówień zaczynała spadać, przenosili się do innego miasta, w którym mogli znaleźć klientów żądnych nowego pędzla i stylu. 7 maja 1815 r. w „Gazecie Krakowskiej” pojawił się np. inserat mówiący, że „Jędrzej Józef Hintz, malarz miniaturowy, zabawi tu czas niejaki i poleca się miłośnikom swej sztuki. Za trafność zaręcza i można u niego widzieć zbiór portretów jego roboty. Mieszka w domu W. Bedłowskiej w ulicy Floryańskiej pod Nr. 511”. Kto wie, może właśnie w Krakowie ten przybyły z Warszawy i wykształcony na Uniwersytecie Wileńskim Prusak wykonał konterfekcik starszego jegomościa (il. 2), który niedawno trafił w moje ręce? Warto przy tym zaznaczyć, że tworzenie miniatur było niegdyś jednym z nielicznych rodzajów malarstwa, na które powszechne społeczne przyzwolenie miały kobiety. Niewielkie portreciki traktowano bowiem jako użytkowe i mniej prestiżowe, a co za tym idzie, były one znacznie gorzej płatne niż wielopostaciowe sceny czy pejzaże. Pierwszą taką artystką, o której wiemy, była działająca na dworze wspomnianego już Henryka VIII Flamandka Levina Teerlinc, tu akurat wynagradzana lepiej niż Holbein. W Polsce w sztuce tej celowała choćby Fryderyka Bacciarelli, która w swej pracowni wykształciła wielu uczniów. O jej mężu Marcellu, malarzu nadwornym Stanisława Augusta, słyszał chyba każdy, o niej nie wiedzą nawet adepci historii sztuki.
Gdy w 1839 r. dostępna stała się dagerotypia, los miniatur został przesądzony. Dagerotypy oprawiano zresztą identycznie jak miniaturki podróżne i umieszczano za szybką w skórzanych, wyścielanych aksamitem pudełeczkach, być może dlatego, że ich wykonywaniem zajmowali się często bezrobotni miniaturzyści.
Koniec nastąpił zaś, gdy w 2. poł. XIX w. upowszechniła się fotografia i stały się niepotrzebne – maleńkie portreciki malowano wprawdzie nadal, ale nie z modela, tylko z dostarczonego malarzowi zdjęcia.
Jak mały powinien być obraz, by można go uznać za miniaturę? Kryteria są różne. Najczęściej przyjmuje się, że jego powierzchnia nie powinna przekraczać 100 cm2. W przypadku portretów można spotkać wymóg skali nie większej niż 1:6. Z kolei brytyjskie Royal Society of Miniature Painters, Sculptors & Gravers ściśle określa maksymalne wymiary dzieła łącznie z ramą i uzależnia je od kształtu, inne dla prac prostokątnych i owalnych (11,5 × 15,2 cm), inne zaś dla kwadratowych (11,5 × 11,5) oraz okrągłych (11,5 cm średnicy). Chyba najbardziej przemawia do mnie definicja zdroworozsądkowa: przedmiot powinien być na tyle niewielki, by można go było wziąć w dłoń. A to wiąże się ze specyfiką odbioru miniatur, które ogląda się z bliska – bliskich przecież przedstawiają. To dzieła niesłychanie prywatne i intymne, wymagające skupienia i skracające dystans pomiędzy nimi a widzem. Zarówno ten emocjonalny, jak i przestrzenny, który konieczny jest przy obrazach dużego formatu – patrzy się na nie przecież z pewnej odległości. Nie bez znaczenia jest też zmysłowy aspekt dotykanego często przedmiotu, faktura i kolor ramki, waga i kruchość. Mówi się, że małe jest piękne. Cóż, może nie zawsze ma to sens, na pewno jednak niewielkie rzeczy budzą w nas wzruszenie i tkliwość.
Kolekcjonerski wirus
Dlaczego ludzie gromadzą rzeczy, poświęcają czas, pieniądze i energię, a zwłaszcza emocje na zdobycie kolejnego wazonu, znaczka, zegara lub figurki miśnieńskiej, jak robi to np. Utz, tytułowy bohater powieści Bruce’a Chatwina? Co więcej, narażają się przy tym na śmieszność i niezrozumienie. Moja Mama, skądinąd miłośniczka pięknych przedmiotów, gdy pokazuję jej kolejny łup, nieodmiennie pyta: „A po co ci to?”. W odpowiedzi słyszy zawsze: „Jest mi to niezbędnie potrzebne”, względnie: „Przez 40 lat powinnaś się już przyzwyczaić, że masz syna zbieracza”. Kolekcjonerstwo doczekało się licznych studiów z zakresu psychologii i kulturoznawstwa. Badacze próbują tłumaczyć owo zacięcie (by nie rzec wprost: obsesję) na różne sposoby. Oprócz oczywistych kwestii estetycznych wspominają choćby o potrzebie kontroli i władzy, chęci podkreślenia własnego prestiżu, znawstwa, dobrego gustu, zaznaczenia pozycji społecznej czy poprawy samooceny. Cenna cukiernica nigdy przecież nie podskoczy właścicielowi, a ustawiać można ją do woli. W moim przypadku (pisałem o tym zresztą wiele razy) co do joty sprawdzają się zaś tezy Wernera Muensterbergera, niemiecko-żydowskiego psychoanalityka, historyka sztuki i zbieracza. Goethe miał rzekomo powiedzieć, że kolekcjonerzy są szczęśliwymi ludźmi („Sammler sind glückliche Menschen”). Otóż nie, w wydanej w 1994 r. książce Collecting. An Unruly Passion Muensterberger dowodził, że zbierackie żądze i pasje oraz będące ich konsekwencją przykładanie większej wagi do kontaktu z przedmiotami niż z człowiekiem to tak naprawdę forma wycofania się z życia, przejaw wewnętrznych konfliktów, neuroz, depresji oraz kompensowania sobie niezaspokojonych potrzeb emocjonalnych. Za szybko chyba zdałem sobie sprawę, że rzeczy dają pozór bezpieczeństwa, a przede wszystkim nie krzywdzą, nie robią fochów, nie stosują gaslightingu, nie rozrzucają brudnych skarpetek i ostatecznie nie wybierają sobie innego chłopaka.
Symptomatyczne jest przy tym, że moje wielkie „kolekcjonerskie zwroty” niemal zawsze były poprzedzone emocjonalnymi traumami.
Holenderskie płytki zacząłem gromadzić po ש., a w miniatury portretowe wszedłem na całego, gdy straciłem B., jednego z najlepszych przyjaciół, jakich miałem w życiu. Pierwszą kupiłem sobie zresztą, gdy razem wybraliśmy się kiedyś na wycieczkę do Bielska. W ciągu 15 lat zbiory zwiększyły się z dwóch do prawie 250 XVIII- i XIX-wiecznych obiektów, innymi słowy, gęsto wytapetowałem sobie nimi całą ścianę. Maleńkie portreciki nadają się zresztą idealnie dla kolekcjonerów mających małe mieszkania. Prawie wszystkie wyszukałem zagranicą – w Polsce zwyczajnie nie byłoby mnie na nie stać. Ceny są spore, gdyż na rynku nie ma ich wiele – inaczej niż na Zachodzie, nie było u nas silnego i zasobnego stanu mieszczańskiego, który stać było na portretowanie się kilka razy do roku i rozdawanie podobizn bliskim. Stosunkowo niewielu działało też miniaturzystów.
Na ironię losu, bojąc się wchodzenia w relacje z ludźmi, stworzyłem galerię wizerunków zmarłych, którzy w jakiś sposób stali się dla mnie bliscy. Ba, na początku niektórym z nich nadawałem nawet imiona. Udało mi się zgromadzić reprezentację niemal wszystkich technik (emalię, rysunki, gwasze, oleje, pastele, akwarele i tempery). Mam również kilka sylwetek, czyli wyciętych z papieru profili postaci naklejonych na kontrastującym tle – w XIX w. sztuką tą popisywała się każda panna na wydaniu. Są medaliony, oprawy podróżne i broszki, portreciki owalne, okrągłe, kwadratowe i prostokątne, malowane na pergaminie, desce, papierze, kości słoniowej, papier-mâché, blasze i tekturkach, całkiem spore i maleńkie – najmniejszy mierzy ledwie 2 cm średnicy. Tylko nieliczne noszą sygnatury, choć nie są to żadne wielkie nazwiska (np. Pierre Aime Demange, Jean Vidal czy Johannes Anspach). Za to na odwrociach często można spotkać inskrypcje mówiące, kogo wizerunek przedstawia, daty narodzin i śmierci, nazwiska małżonków, a nawet skrótowe drzewa genealogiczne. W kilkunastu oprawach z tyłu pod dodatkową szybką umieszczono włosy sportretowanych jako misterne plecionki lub ucięte na szybko kosmyki.
Jestem zbieraczem mało profesjonalnym; po prostu biorę to, co do mnie przemawia, nawet jeśli jest to dość przeciętnie namalowane nadęte babsko w rokokowej peruce. Lubię modeli zwyczajnych, często mających jakiś feler lub przyciągającą uwagę cechę, np. piegi, krzywy nos, zalotny uśmiech rozpustnika albo głupkowatą minę. Liczy się osobowość, a nie uroda! Nie mam więc portrecików znanych osobistości, a przede wszystkim modeli przesadnie wyidealizowanych i przesłodzonych oraz tych malowanych na porcelanie (jakoś się do nich nie przekonałem). W ten sposób zaprosiłem sobie do domu bardzo różnorodne towarzystwo, by wymienić florencką staruszkę w karmazynowej sukni i czepeczku, sobowtóra króla Stanisława Augusta, kilkunastu elegancko odzianych szkrabów i paru przystojniaków w paradnych mundurach (formacji nie chciało mi się sprawdzać). Patrzą na mnie również wdowa z koszykiem do robótek ręcznych, XVIII-wieczny fircyk pozujący przy zastawionym książkami biurku, marzyciel z podróżnego etui, matka z dzieckiem w beciku, czuły ojciec z synem i córką z romantycznym pejzażem w tle, protestancki biskup, a nawet młody katolicki ksiądz.

Mężczyźni prezentują się znacznie mniej ciekawie niż kobiety, gdyż poza nielicznymi wyjątkami prawie wszyscy mają na sobie surdut, protoplastę dzisiejszego garnituru. Za to stylizacji zarostu mogliby się od nich uczyć współcześni barberzy. Portrety pań dają za to świetny przegląd fryzur, krojów sukien, tkanin i dodatków z ponad dwóch stuleci. Ponieważ moda damska zmieniała się co sezon, a pozujące ubierały to, co najnowsze i najlepsze, historyk ubiorów może datować miniaturę z dokładnością niemal co do roku (jak zawsze podziękowania kieruję do Piotra Szaradowskiego). Kobiece wizerunki są też bardziej dekoracyjne, a przez to droższe. Do dziś żałuję aukcyjnego rozwodu, który nastąpił po części z mego powodu – udało mi się wylicytować jedynie męża, żonę w zieleniach sprzątnięto mi sprzed nosa. Na najbardziej intrygującym obiekcie z kolekcji nie ma jednak żadnej postaci. To namalowana w technice en grisaille (czyli w szarościach) holenderska miniatura żałobna poświęcona pamięci dziecka (il. 3), które zmarło, zanim zdążono je uwiecznić. Przedstawia ona szczere pole i symboliczny grobowiec pod płaczącą wierzbą, o który oparto zgaszoną pochodnię odnoszącą się do kresu światła i życia. Do tego wymowna czaszka z piszczelami, inicjały J.P. oraz daty narodzin i śmierci: 1 września 1817–30 grudnia 1820. Zaledwie trzy lata. Niestety, nie mam żadnego portreciku, na którym ktoś pozuje ze swym ulubieńcem, psem lub kotem. Cały zbiór dostanie kiedyś mój przyjaciel, pracujący w budżetówce historyk sztuki, którego na emeryturze nie będzie raczej stać na wynajęcie sobie mieszkania – może wyprzedawać kolekcję, gdy braknie mu na czynsz.
Wampirek i jego rodzice
Gros miniatur sprzedał mi Jan, ich znawca i kolekcjoner, na którego stoisko natrafiłem w moim ziemskim raju, czyli amsterdamskim centrum antykwarycznym De Looier przy Elandsgracht. Na połączonych parterach kilku kamienic mieści się tam labirynt przejść pomiędzy witrynami i sklepikami, by nie wspomnieć o rzuconych chaotycznie stertach rupieci, w których grzebie się do woli. Można tam znaleźć drogie antyki, taniutkie starocie i curiosa wszelkiej postaci, innymi słowy, od Dürera po porno z lat 70. Jan oferuje rzeczy w najlepszym guście: biedermeierowskie cacka, starą holenderską porcelanę i fajanse, szkło, wachlarze i srebra. Przede wszystkim jednak ma ogromną gablotę pełną portrecików, przed którą po raz pierwszy stanąłem zachwycony w 2010 r. Niestety, było mnie wówczas stać jedynie na Holenderkę o zaciśniętych ustach i ze sznurem korali na szyi, który przesądził o zakupie. Rok później zjawiłem się tam znowu, tym razem przyoszczędziwszy większą sumę pieniędzy. Gdy po długich targach zdecydowałem się na cztery miniaturki, Jan nieoczekiwanie obniżył kwotę o jedną trzecią, podał mi rękę, uśmiechnął się i powiedział: „Widzę, że będziemy robić interesy”. Dziś sądzę, że po prostu ujrzał we mnie bratnią duszę.
Z biegiem lat interesy zmieniły się w koleżeństwo, zaczęliśmy wymieniać co jakiś czas maile i dawać sobie prezenty.
Mój ulubiony antykwariusz zawsze odkłada dla mnie co ciekawsze sztuki (zaznaczając przy tym, że koniecznie powinienem je mieć) i coś mi się zdaje, że już dawno temu przestał doliczać swoją marżę – bardzo interesuje go za to, co w każdym dziełku mnie urzekło. Gdy w zeszłym roku poszedłem z nim i jego żoną Swietłaną na obiad, nieoczekiwanie wręczył mi paczkę zawierającą siedem XVIII-wiecznych holenderskich portretów, nie miniatur wprawdzie, lecz wciąż niedużych. Na moje obiekcje powiedział tylko: „Piet, cały dom jest tego pełny, pasierbów to nie interesuje, a ja mam 85 lat i chciałbym, żeby trafiły w dobre ręce”.
U Jana kupiłem choćby nietypowe, bo mające aż 10 cm średnicy, podobizny francuskich małżonków z końca doby napoleońskiej (il. 1). Ukazano ich na lazurowym tle – jego w brązowym surducie i fryzurze à la późny Titus, ją zaś w czarnej sukni i drobiazgowo oddanej, narzuconej na ramionach koronkowej chuście. Nie wydali mi się zbyt sympatyczni. Z tyłu każdej miniatury znajdowały się starannie zamazane inskrypcje – pod gęstymi przekreśleniami odcyfrowałem jedynie pojedyncze słowo, „Mdme”. Jeśli tylko napisy zdradzały tożsamość sportretowanych, to komuś musiało bardzo zależeć, by ją ukryć, co więcej, zdecydował się na to raczej od razu, gdyż posłużył się tym samym atramentem. Historia miała jednak ciąg dalszy. Po roku Jan napisał, że znów pojechał do domu w Normandii, w którym nabył gburowatych Francuzów. „Znaleźli w szufladzie jeszcze jeden mniejszy portrecik, to chyba syn tamtych, bo podobny. Ale nie wiem, czy go zechcesz, bo wygląda jak wampir”. Oczywiście, że chciałem. Gdy przyjrzałem mu się dokładniej, zwróciłem uwagę na dziwną pozę chłopca, który ewidentnie miał jakąś niepełnosprawność, być może nawet nosił gorset ortopedyczny. Zupełnie inaczej spojrzałem wówczas na parę małżonków – z niemiłych ludzi stali się oni nagle zatroskanymi rodzicami. Dzieciak został nazwany Wampirkiem i znów wisi sobie z mamą i tatą. Intrygujące napisy nie dają mi jednak spokoju. By odczytać pierwotny tekst, fotografowano je już w świetle sodowym, ultrafioletowym i w podczerwieni, wszystko na nic. Mimo to nie dam za wygraną i będę próbował innych sposobów rozwiązania tajemnicy.

Z czasem zacząłem zbierać miniatury nie tylko ze względu na postaci czy jakość wykonania, ale także ramki. A te mogą być bardzo różne. Prócz najczęściej spotykanych, masowo produkowanych czarnych drewnianych opraw z mosiężnym obręczami są też metalowe (przeważa mosiądz, rzadziej trafiają się srebrne i złote), skórzane, drewniane – intarsjowane i rzeźbione, a nawet wysadzane półszlachetnymi kamieniami bądź macicą perłową. Pojawiają się też różnorodne zdobienia, kokardy, festony i kolumienki. Najbardziej lubię tę, w którą wprawiono wizerunek młodej kobiety w żałobnej sukni, z obrączką na pięknej, smukłej dłoni i kameą w dekolcie, będącą de facto portretem w portrecie (il. 4). Zwracam też uwagę na szybki. Oryginalne są zwykle cienkie i wypukłe. Jeśli się stłuką i zastąpimy je zwyczajnymi, płaskimi, portreciki tracą trochę staroświeckiego wdzięku. Dziś już nie robią takich szkiełek – słyszałem, że zdesperowany zbieracz próbował je wycinać diamentem z odpowiednio dużych kolb laboratoryjnych. Opraw lepiej zresztą nie otwierać, o uszkodzenia bowiem łatwo (no, chyba że szybka jest od wewnątrz zabrudzona i wymaga przetarcia). Czasami jednak zaglądnięcie do środka prowadzi do zaskakujących odkryć. Tak było w przypadku pary miniaturek z początku XIX w. zakupionych przeze mnie w Amsterdamie i przedstawiających dziewczynę oraz młodzieńca opisanego na licu jako „Beste F. – drogi F.” (il. 5). Płytki z kości słoniowej zamocowano na spłowiałym różowym jedwabiu, który zakłócał odbiór i po prawdzie nie za bardzo pasował mi do wnętrza. Postanowiłem więc wymienić go na butelkowozielony zamsz.

Ku memu zaskoczeniu w męskim portreciku znalazłem niedużą, złożoną na czworo, ręcznie pokolorowaną rycinkę, na której opierający się o stolik kawaler trzyma w ręce bukiet kwiatów i przygląda się damie śpiącej na sofie. Wiszące na ścianie owalne obrazki ktoś ponumerował: 1, 2, 3. Pracę niewątpliwie wyrwano z jakiejś niewielkiej książeczki; mimo usilnych prób nie udało mi się ustalić jakiej. Jeszcze bardziej zdziwiłem się, gdy otwarłem oprawę kobiecej miniaturki – w środku znajdowała się stronica z niderlandzkim wierszem. Tutaj internet od razu dał odpowiedź: pochodziła ona z tomu Cornelisa de Bie Het gulden cabinet van de edel vry schilderconst (Złoty gabinet szlachetnej i wolnej sztuki malarskiej), którego jedyne wydanie ukazało się w Antwerpii w 1662 r. Fragment dotyczył zaś XVII-wiecznego flamandzkiego malarza Iana Baptisty van Deynuma i jego drogi twórczej, m.in. pierwszego kontaktu z pędzlami i akwarelami. Wiersz z całą pewnością nie został włożony przez przypadek, a całość układała się w jakiś intymny kod. Przez chwilę poczułem się jak intruz, który włamał się do cudzego domu i zaczął przeglądać miłosną korespondencję jego mieszkańców. Spojrzałem znów na miniaturki – nie były najwyższych lotów. Czyżby dziewczyna z portretu była nie tylko ukochaną lub żoną „drogiego F.”, ale także malarką amatorką i ich autorką?
***
Wiele razy pytano mnie, co zabrałbym z domu, gdyby wybuchł pożar albo wojna, a ja mógłbym wybrać tylko jedną rzecz. Zawsze odpowiadałem: nic, wtedy wszystko przestałoby mieć przecież znaczenie. Teraz jednak wiem, że wziąłbym portrecik kobiety o smutnych oczach, z wysoko upiętymi ciemnymi włosami przewiązanymi przepaską. Powierzyła go mojej opiece przyjaciółka, artystka rzeźbiarka Maria Ledkiewicz-Wodnicka, którą odwiedziłem 1 listopada 2020 r. Zbierałem się już do wyjścia, gdy Marysia nagle spytała, co czułem, kończąc czytać Wierną rzekę Żeromskiego (oboje mieliśmy do tej książki ogromny sentyment i przerzucaliśmy się cytatami z niej). Kiedy odparłem, że współczułem dziewczynie i płakałem, powoli poszła o lasce do pokoju i po chwili wróciła z niewielkim zawiniątkiem. „To dla ciebie, bo to jest właśnie moja Salomea” – powiedziała, dając mi miniaturkę, w której zobaczyła bohaterkę powieści. Wydaje mi się, że musiała coś przeczuwać i chciała się ze mną pożegnać. Było to nasze ostatnie spotkanie – Marysia zmarła trzy tygodnie później i od tej chwili nie było ani jednego dnia, żebym o niej nie pomyślał.
Korzystałem m. in. z: M.P. Smolarek, Miniatury. Przewodnik dla kolekcjonerów, Warszawa 2010; K. Schaffers-Bodenhausen, Portrait Miniatures in the Frits Lugt Collection, vol. I–II, Paris 2018; D. Foskett, Miniatures. Dictionary and Guide, London 1987; H.E.R. Martin, Miniaturen des Rokoko, Empire und Biedermeier, München 1981.

