Kiedy starsza osoba płaci przede mną przy kasie i w wytartym pugilaresie migną mi za plastikową szybką zdjęcia, zawsze się trochę wzruszam. Jestem takim samym dinozaurem jak ona. Noszę przecież przy sobie fotografie bliskich: Mamy, Babci, Brata, Bratanka, Agnieszki i Barry’ego oraz Gizeli Reicher-Thonowej, zamordowanej w Holokauście badaczki ironii Słowackiego, której kenkartę skserowałem kiedyś w archiwum. Gdy za moich studenckich czasów szło się zrobić zdjęcie do legitymacji, zamawiało się zawsze więcej odbitek, by wręczyć je potem tym, którzy byli dla nas ważni lub (akt odwagi!) chcieliśmy, żeby się nimi stali. Do dziś trzymam w szufladzie kilkadziesiąt takich znaków dawnych przyjaźni i chwilowych fascynacji. Jak jednak radzono sobie przed wynalezieniem fotografii? Otóż obstalowywało się u wyspecjalizowanego malarza miniaturę portretową. Wieszano ją potem na ścianie, stawiano na meblach, zabierano w podróż w skórzanym zamykanym etui, a nawet wprawiano w bransoletkę, broszkę, naszyjnik lub tabakierkę.
Intymność patrzenia
Malarstwo miniaturowe (zresztą nie tylko portretowe, bo w wersji mini występują niemal wszystkie gatunki, by wymienić tylko sceny religijne, martwe…