Subskrybuj
Il. Tomasz Pieńczak
Pisarz i psychoterapeuta. Autor Trylogii Chicagowskiej, laureat nagrody Wielkiego Kalibru. Kocha psy, koty i święty spokój. Od 25 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Pisanie traktuje jako autoterapię oraz pretekst do odwiedzania Polski

Alfa. Początek

Z gardła wyskakuje skrzek, ni to krzyk, ni kaszel. Budzi mnie spazm, ciało spina się tak strasznie, że skurcz włazi w łydkę i nadaje jej twardość drewna. Wyprostowuję nogę i z całej siły przyciągam palce do goleni.

Skurcz puszcza. Poduszka jest mokra od potu, jak za starych, niedobrych czasów. Czerwone cyfry stojącego na nocnej szafce budzika rażą w oczy. Pierwsza trzydzieści siedem. Kurwa, co jest? Budzę się o tej samej godzinie trzecią noc z rzędu. Żeby to była trzecia trzydzieści trzy czy tam jedenasta jedenaście, to jeszcze rozumiem, widziałem takie rzeczy w filmach o duchach. Ale pierwsza trzydzieści siedem? Nie będę się nad tym zastanawiał ani dobierał do głowy. Patrzę w sufit i myślę o śnie, o koszmarze, z którego właśnie się wybudziłem.

W tym śnie byłem w jakimś domu, u ludzi, których znam i jednocześnie nie znam, nie wiem, czy to była Polska czy Stany, chyba trochę mix, jak to w snach bywa. No i oni, ci ludzie, znaczy się facet, taki w moim wieku gdzieś, tylko szczawik, jego żona i dzieci, podrośnięty chłopak i mały chłopczyk, oni klęczeli przede mną i robili posłusznie, co im kazałem. Po kolei wyciągali do mnie ręce, a ja czerwonym grubym sharpie gryzmoliłem coś na wewnętrznych stronach ich dłoni. Nie pamiętam, co to było, ale czułem, że jest potrzebne. Niezbędne do czegoś. Był pogodny dzień, światło wpadało do wnętrza przez duże okno i miękko osiadało na ciemnozielonych liściach doniczkowych kwiatów. Oni, ta rodzina, patrzyli na mnie z uwielbieniem, szeptali dziwne słowa w języku, którego nie znam, choć to na pewno byli Polacy. Nagle, jak na komendę, wyciągnęli przed siebie ręce, skierowali wnętrza dłoni w górę, jakby czekali na błogosławieństwo albo wznosili modły. A ja wtedy sięgnąłem pod pachę, wyjąłem glocka z kabury, odbezpieczyłem, przymierzyłem i strzeliłem temu klęczącemu facecikowi w twarz. Tył jego głowy rozbryzgnął się niczym spadająca na asfalt gruszka klapsa, a szczawik osunął się na lśniący świeżym lakierem parkiet. Jego żona i dzieci nawet nie drgnęły pogrążone w jakimś zjebanym nabożnym transie, a kobieta złapała mój wzrok i w jej oczach błysnęło zaproszenie. Szatański pomiot, jak nic robota kosmatego. Koniuszkiem języka zwilżyła usta i rozchyliła je, a ja doskoczyłem i z rozpędu wbiłem czarną lufę glocka w jej gardło. Kiedy nacisnąłem na spust, moim ciałem targnął skurcz. Obudził mnie huk wystrzału.

Leżę i jeszcze trochę się trzęsę. Od kiedy zacząłem brać melatoninę, sny mam wyraźniejsze niż jawa. Ze spania nic już raczej nie będzie. Obok mnie leży Elka i coś jej się śni, bo mamrocze i co rusz podśmiechuje się przez sen. Elka to wesoła dziewczyna i często się śmieje, zresztą za to ją lubię. Ma, jak to sama określa, odblaskową osobowość i tylko czasami osuwa się w bezdenną rozpacz. Śpi na plecach. Jest duża i ciepła, emituje z kilowat energii. Biorę z szafki telefon. Sprawdzam maile, samo dziadostwo, subskrypcje, reklamy i newslettery, bo w tych sparszywiałych czasach nawet sklep z butami wydaje newsletter. Swoją drogą ciekawe, czy ktokolwiek to czyta. I jak musi czuć się wydawca takiego bezużytecznego gówna, choć pewnie w ogóle się nie czuje, bo jest pieprzonym botem. Sprawdzam prognozę pogody na nadchodzący dzień. Ciepło i słonecznie, możliwe przelotne opady, lecz dopiero wieczorem. Wilgotność powietrza w normie. Odpalam Newsmaxa, bo jebanie lewactwa jednak zawsze przynosi ulgę. Potem Fejsbuczek, ale jest noc, więc tylko jakieś czerstwe wiadomości z Polski, filmiki z typami spadającymi z dachów i rusztowań, trochę cycatych lasek generowanych przez sztuczną inteligencję, szkoda życia na ten szajs. Cyfrowe krągłości inspirują mnie, więc odpalam porniaki. W kategorie wpisuję cycki, mamuśki, anal, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Ale też nie, za bardzo mnie to nakręca, a nie będę się brandzlował przy śpiącej obok Elce, bo nie jestem jakimś zboczuchem. A poza tym pornografia to jednak grzech i robi sałatkę majonezową z mózgu. Odkładam telefon i sięgam na szafkę po różaniec. Mam go od wuja, który był w Polsce proboszczem. Różaniec poświęcił papież. Nasz polski, jedyny, nie ten przebieraniec na usługach rogatego. Całuję krzyżyk i obracam w palcach chłodny koralik. Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum. Od kiedy się nawróciłem, modlę się po łacinie. Inaczej nie wypada. Nie wolno obrażać Pana Boga modlitwą po polsku, to tak jakby iść do opery w gumofilcach. Kiedy kończę czwartą dziesiątkę, Elka odwraca się na bok. Jej ciepły tyłek dotyka mojego uda. Kończę odmawiać ostatnią tajemnicę. Sen nie nadchodzi, po koszmarze pozostał tylko niesmak i marne powidoki. Odwracam się do Elki. Oblizuję palce, choć nie trzeba, bo Elka jest zawsze mokra i za to lubię ją bardzo. Wchodzę w nią, a ona lekko się wypręża i mruczy. Nie protestuje, bo Elka nigdy nie protestuje, to zresztą lubię w niej najbardziej. Nie spieszę się. Chłonę jej ciało, jakbym chciał je połknąć. Jakbym chciał się w niej schować, przykryć na zawsze ciepłą pierzyną, zanurkować w ciemnym oceanie, którego ja, Radek Kowalski, jestem jedynym mieszkańcem.

*

Parkuję mojego jeepa gladiatora przed pokrytym białym sidingiem budynkiem klubu Alano w podmiejskim Des Plaines. Miting zaczyna się o ósmej trzydzieści rano, ale od kiedy go prowadzę, przyjeżdżam pół godziny wcześniej. Znaczy się przyjeżdżamy, bo Elka przyjeżdża ze mną, od kiedy nocuje u mnie z soboty na niedzielę. Tutaj się poznaliśmy, ale umówiłem się z nią dopiero, kiedy pyknął jej rok trzeźwości, żeby nie było, że posuwam nowicjuszki, bo to nie halo. Wysiadamy z samochodu, Elka zapala papierosa i macha wesoło w kierunku dwóch stojących przed wejściem mężczyzn. To moje ziomy z AA, Robercik Ziemianka i Kazik Patyczak. Każdy z nas ma tutaj swoją ksywkę, bo anonimowość wyklucza stosowanie nazwisk. Roberta nazywają Ziemianką, bo kiedy był bezdomny, przez siedem lat mieszkał w parku w wykopanej przez siebie dziurze w ziemi. Kazek jest po prostu przeraźliwie chudy, same żyły i ścięgna obciągnięte skórą, brązową od roboty na dachu. Elka jest z Rabki i mówią na nią Elka Góralka, choć w Zakopanem była raz w życiu, na zimowisku w piątej klasie podstawówki. Od gór woli morze. We wrześniu wybieramy się na Florydę, oczywiście jak nie przywali znowu jakiś huragan.

Na mnie mówią Gruby, bo kiedy przyszedłem do programu, ponad siedemnaście lat temu, ważyłem coś circa trzysta funtów. Teraz ważę dwieście piętnaście, pięknie wyrzeźbiony v-shape z trybalami na łapach. Polish power, strach się bać. Podkręciłem ostatnio akcent na bardziej ruski i typy podczas zatrzymań srają po butach, jak tylko się odezwę, bo z ryja wyglądam jak ze specnazu albo z mafii. Gdzie jak gdzie, ale w Chicago robi to wrażenie. Elka zostaje na zewnątrz z chłopakami, a ja wchodzę do kantorka. Wkładam filtry do dwóch ekspresów, wsypuję kawę, dużo, bo kawa na mitingu ma kopać jak spirytus, odpalam i po chwili przyjemnie bulgoczą. Wyciągam z szafki pudełko z czytankami, książeczką 24 godziny i szkatułkę z medalami, gdyby zdarzyły się jakieś rocznice. Idę na salę i sprawdzam, czy wystarczy styropianowych kubków, czy jest cukier i śmietanka w proszku. Służba to filar, podstawa trzeźwienia, bez służby ani rusz.

Miting zaczynam punktualnie, co do minuty, bo miting to rzecz święta. Za każdym razem, zanim się odezwę, przedstawiam się: „Radek, alkoholik”. Kiedyś myślałem, że to głupie, a dziś wiem, że muszę sobie o tym smutnym fakcie przypominać i nigdy nie zapomnieć. Ziomy czytają na głos Jak to działa, Dwanaście kroków i Dwanaście tradycji. Wszyscy słuchają w skupieniu, jakby mieli nadzieję, że za tysięcznym razem usłyszą w tych czytankach coś nowego. Podczas czytania medytacji drzwi do sali otwierają się i wchodzi przez nie jakiś młody łebek, trochę speszony faktem, że się spóźnił. Gestem daję mu znać, żeby siadał, gdzie wolne. Nigdy wcześniej go nie widziałem, więc kiedy Anka Barmanka kończy czytać 24 godziny, pytam, czy jest na sali ktoś, kto po raz pierwszy w życiu jest na mitingu AA. Młody wstaje i wygląda jak uczeń wywołany do tablicy.

– Ja jestem.

– Czy możesz się przedstawić?

– Jestem Hermes, mówią na mnie Herm. Cisze…

– Nazwiska nie trzeba. – Przerywam mu w pół słowa. – Masz problem z alkoholem, Herm?

– Tak, chyba, znaczy się miałem…

– Chcesz się dzisiaj nie napić?

– Chcę.

– To siadaj, dobrze, że jesteś. Brawa dla Hermesa.

Wszyscy klaszczą, ktoś klepie go przyjacielsko po ramieniu. Jako prowadzący mam prawo zaproponować temat, więc mówię, że skoro jest z nami nowy kolega, to może pogadajmy o pierwszym kroku i co nam daje wspólnota. Wszyscy po kolei mówią właściwie to samo. Że wódka prawie ich zabiła, przeciągnęła przez piekło i dopiero program uratował im życie, a w pierwszym kroku zrozumieli, że jedynym wyjściem jest przestać walczyć i wywiesić białą flagę. Zejść z ringu, zanim padnie ostateczny śmiertelny cios. Mówimy po kolei i w końcu przychodzi pora na młodego.

– Jestem Hermes, alkoholik i narkoman. – Chłopak szybko się uczy, jak gadać po naszemu. – Przyszedłem tutaj, bo boję się, że zwariowałem, a wy się chyba znacie na takich rzeczach. To opowiem może. Mam dwadzieścia osiem lat i od kiedy skończyłem gimnazjum, a może i wcześniej, piję i ćpam. Wszystko, dope, koks, GHB, ketaminę, zioło to wiadomo, bo wszyscy palą, w sumie to cokolwiek, byle ryło łeb. Miesiąc temu odstawiłem heroinę, bo miałem już dość. Dwa tygodnie temu pojechałem z kolegą na ryby. Do Wisconsin, nad jezioro. I na kempingu wrzuciliśmy grzyby, no wiecie, magiczne, shrooms. Całe białe, takich jeszcze nie widziałem. Zjedliśmy, ale coś nie kopały, to dorzuciliśmy jeszcze i wtedy się zaczęło. Wywaliło mnie z butów. Latające talerze, jacyś celtyccy bogowie, rozpadłem się na kawałki i wróciłem jako kropla wody. Na drugi dzień chciałem napić się piwa i spalić blanta, ale nic nie smakowało, odrzucało mnie, jakbym już tego nie potrzebował. Coś się we mnie zmieniło. Dwa dni temu poszedłem do znajomego i próbowałem pić wódkę, ale porzygałem się po trzecim szocie. A wczoraj wieczorem to się stało.

Hermes robi pauzę i się rozgląda. Kilkanaście par oczu wpatruje się w niego, jakby był inkarnacją samego założyciela AA, Billa Dablju. Na mitingach w kółko klepiemy to samo, więc takie historie to cymes. Młody kontynuuje.

– Wczoraj nic nie brałem ani nie piłem. Byłem w pracy, a potem pograłem na konsoli i poszedłem spać. I obudziłem się w środku nocy, aha, bo zapomniałem wam powiedzieć, że od tego tripu na grzybach co noc budzę się o tej samej porze. O pierwszej trzydzieści siedem. Serio, zawsze o tej samej godzinie, jakbym miał budzik w głowie. Dziwne, nie?

Włosy na rękach stają mi dęba, jakbym właśnie wszedł do warzywnej lodówki w Costco. W ustach nagle pustynia, więc podnoszę kubek z kawą, ale ręka trzęsie mi się tak, jak na megakacu. Elka patrzy na mnie pytająco, czy wszystko w porządku. Młody mówi dalej.

– Coś przyszło do mnie, nie potrafię tego opisać słowami. Chyba nie ma na to słów. Taki zachwyt mnie chwycił od środka, że aż się przestraszyłem. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że naprawdę istnieję, tak jakbym do tej pory żył w grobie, zasypany ziemią. Nie wiedziałem, że tak się da na trzeźwo, bez żadnych substancji. Wstałem z łóżka, zapaliłem światło i podszedłem do okna. Na parapecie mam kaktusa, takiego pękatego z kolcami, i on mi się wydał taki piękny, że się popłakałem, a potem poczułem, że ja i ten kaktus to jedno, że się od siebie nie różnimy, bo nic się od siebie nie różni. Potem mi przeszło i najpierw siedziałem jak głupi i wpatrywałem się w ścianę, a potem zacząłem guglować, o co kaman. I znalazłem to spotkanie, i przyszedłem, bo może ktoś z was też tak miał.

Mówi coś jeszcze, ale przestaję go słuchać. Ze stuporu wyrywa mnie Elka, pstryka mi palcami przed twarzą, śmieje się i szepce, że trzeba kończyć, bo godzina już minęła. Wstajemy, bierzemy się za ręce i odmawiamy Ojcze nasz. Potem stoimy na chodniku przed wejściem, śmiejemy się ze starych dowcipów i gadamy o dupie Maryni, bo tak każe tradycja. Podchodzi ten młody i wyciąga do mnie rękę. Mówi, że ma sprawę, i chodź na chwilę, chcę pogadać. Odchodzimy na bok. Hermes częstuje mnie newportem, ale ja nie palę, dziękuję, bo to paskudny nałóg, gorszy niż wóda.

– Potrzebuję sponsora. – Herm wali bez ogródek. – Wyczytałem, że tak trzeba. Jakieś kroki trzeba robić. To chcę robić, ale nie mam pojęcia, o co tu się rozchodzi.

Wskazuję palcem na tłumek przed budynkiem.

– Widzisz tego gostka z wąsami, w siatkowej bejsbolówce? To Szymek, mówią na niego Ojciec Dyrektor. Trzydzieści trzy lata trzeźwości, chodząca aowska encyklopedia. I już na emeryturze. Idź do niego, ucieszy się, sponsorowanie to jego pasja. Ja nie bardzo mam czas, sorry. A tak w ogóle to naprawdę masz na imię Hermes?

– Pojebane, nie? Naprawdę. Mój stary był w Polandzie wykładowcą na uniwerku. Zrobił doktorat z mistyki w mitologii greckiej, więc to pewnie stamtąd. Tutaj jeździ truckiem.

Hermes zaciąga się dymem, ale po trzech pociągnięciach rzuca peta i przydeptuje. Patrzy na mnie dużymi bladoniebieskimi oczami. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle rozlega się ostry dźwięk policyjnych kogutów i mijają nas dwa radiowozy. Grzeją chyba z osiemdziesiąt mil na godzinę, a ograniczenie na Oakton to trzydzieści pięć, więc musiało się stać coś grubego. Kiedy syreny cichną w oddali, Herm mówi:

– Wolę ciebie. Zostaniesz moim sponsorem?

Kiwam głową i sięgam do kieszeni po telefon, żebyśmy wymienili się numerami. Zapisuję go jako Hermes Nowy AA, ale kasuję końcówkę, bo mało prawdopodobne, żebym spotkał kogoś innego o tym imieniu.

– Jak chcesz, młody, ale ze mną nie ma srania po krzakach. Jestem aowskim szowinistą, ajsisem trzeźwości.

– Pasuje mi.

– Jak chcesz. Dzwoń do mnie codziennie, a jakbyś miał jakieś chcice, to o każdej porze. Tylko trzeźwy, pijany i porobiony już nie dzwoń, rozumiesz? Zanim się napijesz i naćpasz, dzwoń, jasne?

Kiwa głową, że jasne, i wtedy mój telefon wibruje. Patrzę na ekran. Wiadomość od starej. Wiem, że jest weekend, ale mamy tu niezły rozpierdol.

*

Kiedy dojeżdżam na miejsce, wszyscy już tu są. Straż, pogotowie, pięć radiowozów, żółte taśmy rozciągnięte pomiędzy drzewami. Technicy pstrykają foty i opierdalają wszystkich, żeby nie zadeptywać śladów. Mam déjà vu. Czuję, że już tu byłem, że przeżywam coś po raz wtóry. Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo Louis macha do mnie. Jego łysa głowa lśni od potu. Louis to mój partner, spoko ziom, jak na Meksyka. Przechodzę pod taśmą.

– Co tu się odpierdala, papi? – pytam.

– Straszny syf. Rozszerzone samobójstwo, a przynajmniej tak wygląda.

– Ile ofiar?

– Dwie. Nastoletni syn i matka. Zaatakowała go w łóżku, kiedy jeszcze spał. Nożem do sushi. Po wszystkim podcięła sobie gardło.

Czyli jest grubo. Od rozszerzonych samobójstw rzadziej zdarzają się tylko seryjni.

– Poważnie? – Robię zdziwioną minę. – Z reguły to tatusiowie nie wytrzymują ciśnienia. Albo nastoletni synciowie. Ktoś przeżył?

– Pięcioletni chłopiec. Ponoć matka zawiozła go godzinę przed jatką do dziadków. Mówię ci, Rudy, masakra, jakiej jeszcze nie widziałeś.

– Wszystko już widziałem, papi.

W robocie mówią na mnie Rudy. Taka naciągnięta amerykańska wersja Radka. Po prawdzie wolę Rudy, bo Radek to paździerzowe imię. Wyjmuję blachę i wchodzę do środka. I już wiem, skąd to dziwne uczucie. Byłem w tym domu. W moim śnie to tutaj strzelałem do ludzi. Wnętrze parterowego domu jest świeżo po generalnym remoncie. Ściany w różnych odcieniach szarości, parkiet z brazylijskiej wiśni, przysufitówki i listwy podłogowe nowe i białe, jak zęby Trumpa. Na ścianie wielki telewizor, chyba z osiemdziesiąt pięć cali, za duży do tego pomieszczenia. Ciemnobrązowe kanapy i włochaty beżowy dywan, wciąż pachnące nowością. Czarne worki leżą przy wyjściu do ogródka, obok stołu z Ikei z krzesłami na osiem osób.

Technicy pracują bez pośpiechu, bo i po co się śpieszyć. Pytam jednego, czy mogę zobaczyć ciała. Nie patrząc na mnie, odpowiada, żebym się nie krępował. Otwieram worek. To kobieta z mojego snu, rozpoznaję ją pomimo twarzy pochlapanej krzepnącą krwią. Ma na ustach ten sam lubieżny uśmieszek, który sprawia, że przechodzą mnie ciarki. W takich chwilach dziękuję za zdolność do dysocjacji. Potrafię znikać, oddzielać się od samego siebie, ilekroć potrzebuję. Suwak wydaje cichy terkot i z worka wypada ręka. Dotykam jej, ciało jest wciąż sprężyste. Odwracam jej dłoń. Czerwona litera A jest narysowana niezmywalnym pisakiem. Gdyby wziąć ją w okrąg, wyglądałaby jak symbol anarchistów. Platfusy z Antify mają takie symbole na flagach. Rozpinam drugi worek. Chryste, ale siekanina. Zaczynam liczyć rany, ale przestaję, gdy dochodzę do dwudziestu. Chłopak wygląda jak ofiara głodnego grizzly albo sprawca zamachu bombowego. Na dłoni ma literę A. Kiwam na technika, który zdejmuje odciski palców z futryny.

– Rozumiesz coś z tych malunków na dłoniach?

– To proste. – Szczerzy się uśmiechem właściwym technikom kryminalnym, patologom i zboczeńcom. – Dzisiejsze rozszerzone samobójstwo sponsoruje literka A.

Głupi kutas. Ale ma rację, to mi płacą za odpowiadanie na takie pytania. To ja jestem detektywem. W takich momentach jak ten żałuję wyboru kariery. Mogłem pozostać przy kładzeniu płytek albo zrobić CDL i wozić paliwo cysternami, jak moje ziomki z programu, ale za młodu naoglądałem się Policjantów z Miami i jest, co jest.

Sypialnia młodego to typowy pokój amerykańskiego nastolatka. Ubrania porozrzucane po podłodze, zaschnięte talerze z całego tygodnia i bateria szklanek nie doczekały się na wyniesienie do kuchni. Na ścianach jakieś japońskie cudaki, chyba anime to się nazywa. Konsola do gier, na oparciu krzesła wisi strój do lacrosse’u. W rogu pojedyncze łóżko. Materac i pościel wyglądają, jakby ktoś wylał na nie wiadro bordowej farby. Krwawe rozpryski na ścianach i suficie. Kolejna plama na podłodze, na kremowej wykładzinie wygląda niczym kontury zatopionego kontynentu.

Drzwi otwierają się i wchodzą przez nie stara, znaczy się kapitan Angela Rodriguez, i powiatowy koroner, ryży facet o energii gościa z reklamy mrożonych steków. Ryży w kąciku ust ma drewnianą wykałaczkę i pewnie wydaje mu się, że jest twardy jak Cobra, co podkreślają dodatkowo lustrzane pilotki. Witają się ze mną, po czym koroner kiwa na paramedyków, a ci ładują ciała na nosze i pakują do karetek.

– Co myślisz, Rudy? – Szefowa trzyma fason, jak zawsze.

To najtwardsza sucz na Środkowym Zachodzie. Od sterydów ma mocne, prawie męskie rysy, usta napompowane kwasem hialuronowym. Czarne loki spięła w kok, zostawiając opadający na twarz kosmyk. Muskularne przedramiona pokrywają florystyczne kolorowe tatuaże. Kapitan Rodriguez wygląda jak postać z komiksu porno, ale nie daj boże, żeby ktoś się na to nabrał.

– Komuś puściły nerwy – odpowiadam. – Zdarza się. Żyjemy w nerwowych czasach, ludzie nie wytrzymują gonitwy, niektórzy się odpalają. Po co mnie tutaj wezwałaś w wolny dzień? Będziesz płacić nadgodziny. – Na co dzień jesteśmy na ty, oprócz sytuacji wysoce służbowych.

– Chciałam, żebyś zobaczył ten pierdolnik na własne oczy. To polski dom, ofiary to Polacy. Nazwisko Karas.

Chyba Karaś, poprawiam ją w myślach. Dopiero teraz dostrzegam szczegóły wystroju, te oczywiste domowe świadectwa etnicznej i narodowej przynależności. Kilka polskich książek na półce, jakieś albumy z malarstwem i fotografią, trochę kryminałów, jednego nawet słuchałem. Na komodzie stoją zdjęcia w ramkach. Karasiowie uśmiechnięci przed kościołem Mariackim i na Krupówkach. Karasiowie nad morzem, ona z małym na rękach, starszy syn skacze przez fale, ojciec z lodem na patyku. Na ścianach kilka obrazów. Akwarela z jakimś ratuszem, chyba tarnowskim, druga przedstawia ulicę pełną nocnych świateł, kolejna to widok z okna zalanego deszczem. Do lodówki z podwójnymi drzwiami magnesem przypięty jest kalendarz z polskiej szkoły oraz laurka z nabazgranym kwiatkiem i koślawym napisem: „Kuba kocha mamusię”. Kurwa, no przecież. Kropki łączą mi się w wyraźny obraz. Przecież ja ich znam, mieszkali u mnie na osiedlu, dwa bloki dalej. Wyprowadzili się ze trzy lata temu. Ten młody chodził z Gabi do gimnazjum, oboje grali w szkolnej orkiestrze. Gabi na klarnecie, a chłopak na puzonie. Gabi to moja córka.

– Mów do mnie, Rudy. Widzę po twojej minie, że coś kminisz. – Angela sonduje mnie znad permanentnych brwi, jakbym to ja był tutaj głównym podejrzanym.

– Nie, nic, po prostu słabo spałem, jestem jeszcze bez śniadania. W sumie to może dobrze, nie wiem, czy coś dzisiaj przełknę. Wielkie, kurwa, dzięki, Angela. Nikt nie potrafi mi tak zrobić dnia jak ty.

Nie powiem jej przecież, że co noc budzę się o pierwszej trzydzieści siedem, a dzisiaj w nocy śniło mi się, że zabijam Karasiów ze służbowej broni.

Nie potrzebuję łatki wariata. Wystarczy, że jestem Polakiem, katolikiem, republikaninem i niepijącym alkoholikiem, więcej grzechów nie pamiętam.

– Zajmij się, czym trzeba, nie muszę ci mówić, co masz robić. Pogadaj z sąsiadami, poszukaj rodziny, będziemy potrzebowali wyników obdukcji, balistyki i wyciągu medycznego. Stawiam steka, jeśli pani Karas nie miała rekordu psychiatrycznego. Masz tu wstępny raport. – Angela podaje mi papierową teczkę.

– W sensie że dajesz mi tę sprawę? – pytam.

– A komu mam dać? Do roboty.

– Yes, ma’am. A wiadomo, gdzie jest mąż?

– Podobno w trasie, jeździ ciężarówką.

Kapitan Rodriguez wychodzi, kręcąc kształtną dupą, twardą jak skała od siłowni i lat ćwiczenia kickboxingu. Zaglądam w raport. Marzena Karaś, lat trzydzieści pięć, Daniel Karaś – siedemnaście.

Odmawiam dwa razy Wieczne odpoczywanie, po jednym za duszę każdego z nich. A potem moją własną modlitwę do świętego Jana z Dukli, patrona uzależnionych, chorych psychicznie i rycerstwa polskiego. Mam jego wizerunek wytatuowany na klacie. Proszę go, żeby uchronił mnie od obłędu.

Artykuł pojawił się w numerze: Kiedy w Polsce będą Chiny