Subskrybuj
fot. Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl
Dziennikarz, reporter. Za książkę Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku (2020) otrzymał Nagrodę Nike.

Ballada bresławska

Thum kreśli biografię powojennego Wrocławia jako jednego z największych eksperymentów demograficznych w dziejach – nie było bowiem nigdy tak dużego miasta, gdzie niemal 100% ludności zostałoby w tak krótkim czasie „wymienione”.

O polskiej historii najmniej lubię rozmawiać z Polakami, a najbardziej z ludźmi spoza Polski. Uczyłem się tego, jeżdżąc po Wschodzie, gdzie wiele dyskusji o Stalinie, UPA i Wielkim Księstwie Litewskim było wyzwaniem większym niż te same rozmowy odbywane w cieplarnianych, przytakujących warunkach polskich. Uczyłem się tam też, jak całe kosmosy wspólnych dla regionu wydarzeń i zjawisk poszczególne narody próbują zmieścić w przyciasnym gorsecie pozornej wynikowości i zamknąć w tomach o nazwach „Historia Litwy” czy „Historia Polski”. A gdy już to zrobiły, zastanawiam się: czy to właśnie dany naród zawsze najlepiej rozumie swoją historię? Podejrzewam, że mnóstwo elementów z przeszłości Rosji lepiej od Rosjan pojmują dziś Polacy i Ukraińcy, stąd może odpowiedzi na nasze dylematy powinniśmy szukać również u Białorusinów czy Litwinów; albo, zupełnie odwracając perspektywę, u grup mniejszościowych, jak Tatarzy czy Łemkowie. A w literaturze nie rozglądam się w pierwszej kolejności za faktami, lecz za nieoczywistymi perspektywami, bo dopiero one wybijają mnie z ujeżdżonych kolein.

Pewnego razu przesunąłem jednak wzrok ze Wschodu na Zachód i poznajdywałem tam jeszcze ciekawsze rzeczy. Historię Poniemiecczyzny opowiedzianą przez Niemców, jednak nie w duchu pogrobowców rewizjonistycznych ziomkostw ani kresymentalistycznej Heimatliteratur, ale opowieści, które mnie odmieniły. Raz, chyba jedyny w życiu, przeczytałem książkę dwukrotnie, raz za razem. Było to wydane oryginalnie blisko 20 lat temu Obce miasto. Wrocław 1945 i potem. Autor: niemiecko-amerykański historyk z Monachium.

Książka Thuma opowiada o znanych motywach, jak przesiedlenia, wypędzenia i odniemczanie, ale autor nie wikła się w żmudne kronikarstwo. Nie jest to też kolejna zbieranina zachwytów nad „rozbitą niemiecką filiżanką” i znalezionym w stropie zdjęciem poprzednich lokatorów w barwach sepii. Zamiast tego Thum odpalimpsestyzowuje miasto, odgruzowuje mit po micie, pokazując, jak je konstruowano (a robili to tak politycy, jak i pisarze – choćby Günter Grass). Z jednej strony zrywa z gawędami o „lwowskim Wrocławiu” czy „piastowskim Dolnym Śląsku”, a z drugiej – pokazuje, jak potrzebne były to mity i jak ważną rolę odegrały, będąc firmowanymi przez władze komunistyczne. Bo nie jest rzeczą oczywistą wygnać setki tysięcy jednych, osiedlić setki tysięcy innych i sprawić, aby uwierzyli, że cudze jest własne.

Autor kreśli biografię powojennego Wrocławia jako jednego z największych eksperymentów demograficznych w dziejach – nie było bowiem nigdy tak dużego miasta, gdzie tak wielka część ludności (niemal 100%) zostałaby w tak krótkim czasie „wymieniona”.

Thum uruchomił we mnie empatię do osób, które trafiły do stolicy Ziem Odzyskanych, pokazał mi w nowym świetle wszechświaty lęków, radości i nienawiści (które wcześniej w innej poetyce odsłaniały przede mną książki historyczne: od Wielkiej trwogi Marcina Zaremby po Rok ostatni – rok pierwszy. Gliwice 1945 Bogusława Tracza). Opisał dylematy według nie wyłącznie kryteriów narodowościowych, ale też wielu innych. Dylematy komunistów, Sowietów, kobiet, robotników. Jako historyk zrobił to, co winien robić reporter, czyli wczuł się w  położenie aktorów i aktorek spektaklu, który we Wrocławiu rozgrywa się już ósmą dekadę. Wyjaśnił mi, co być może miał w latach 90. na myśli Andrzej Zawada, gdy ukuwał termin „Bresław” jako połączenie Breslau i Wrocławia, zrywając z opowieścią o wielkim wybuchu, jakim było rzekome wyłonienie się „z nicości” Ziem Odzyskanych.

Historyk mit po micie pastwi się nad Wrocławiem, wyjaśniając, jak miasto kreowało tradycję wynalezioną. Książka składa się z dwóch części  – w  pierwszej jest więcej faktów, w drugiej interpretacji. Cnotą autora jest to, że jego opowieść nie kończy się – jak u innych badaczy – na Wystawie Ziem Odzyskanych 1948 r., rozwiązaniu Ministerstwa Ziem Odzyskanych 1949 r. i zmianach roku 1956. Nie przeoczył on faktu, że Ziemie Odzyskane – czy jak je zechcemy nazwać – widać w tej czy innej formie do dzisiaj. Nawet jeśli są już tylko gwiazdą, którą widzimy, ale która kiedyś tam zgasła.

Tak, Thum mną wstrząsnął, gdy go czytałem – zaraz po Idei Galicji Larry’ego Wolffa i Wspólnotach wyobrażonych Benedicta Andersona. Traf chciał, że te lektury zrymowały się ze sobą i przez to być może Bresław miał mi do powiedzenia jeszcze więcej lub ja potrafiłem więcej z tego zrozumieć.

Jednak to był dopiero początek mojego osobistego pauksztowskiego „wrastania”. Okazało się, że trzy największe poniemieckie polskie miasta mają swoich wybitnych niemieckich demitologizatorów. W ostatnich miesiącach trafiłem na dwie kolejne wstrząsające lektury. Najpierw na Między Stettinem a Szczecinem. Metamorfozy miasta od 1945 do 2005 Jana Musekampa, a później na dwie książki Petera Olivera Loewa: Gdańsk. Biografia miasta oraz monumentalną Gdańsk i jego przeszłość.

Zatopiłem się w nich i dzięki nim lepiej zacząłem rozumieć krainę, z której sam pochodzę – Górny Śląsk. Od zawsze noszę w sobie bowiem dwie historie boksujące się ze sobą: płynącą z dużej ojczyzny opowieść o Ziemiach Odzyskanych i  osadnikach oraz płynącą z ojczyzny małej opowieść o miejscu, w którym jesteśmy od dawna, i o autochtonach. Książki Thuma, Musekampa i Loewa ciut rozbroiły mi tę sprzeczność, galwanizowały mi mnie samego, zlewały poniemieckość miejsca i poniemieckość ludzi jak moją. Zadały też kłam samemu uwikłanemu w narodowe binarności pojęciu poniemieckości, które więcej zamazuje, niż tłumaczy.

Thum, Loew i Musekamp zrobili jeszcze coś – dali ofertę ciągłości ludziom, którzy zjawili się na Odzyskanych parę pokoleń temu. Pokazały im, jak wiele pozornych zerwań jest w rzeczywistości kontynuacjami, i zadały pytanie o to, kim są przybyli: zdobywcami, kontynuatorami, twórcami. Ci trzej niemieccy badacze niuansują tę najdziwniejszą część Polski, a efekt ich zabiegu stanowi rozłożenie Bresławia, Gdańziga i Szczettina na czynniki pierwsze. Ich książki przekładają doświadczenie lokalne na język uniwersalny, a to sztuka zawsze trudna, bo co kogo w sumie interesuje pomnik Colleoniego czy to, którą rocznicę założenia ma obchodzić Uniwersytet Wrocławski. A jednak w swojej istocie dla Europy są to rozważania o znaczeniu cywilizacyjnym.


Gregor Thum Obce miasto. Wrocław 1945 i potem tłum. Małgorzata Słabicka-Turpeinen, Wydawnictwo Via Nova, Wrocław 2008, s. 51

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości