Kiedy szperam w pamięci, żeby przywołać pierwsze zetknięcie z prozą Schulza, obrazy układają się w nieczytelny palimpsest. Pamiętam jazdę autobusem ze Sklepami cynamonowymi na kolanach. Na to nakłada się wyobrażenie Adeli i mroków strychu. Górną warstwą na pergaminie jest sam tekst, językowa plątanina jak gąszcz gałęzi. Jako młodsza siostra starszych sióstr czytałam to co one, zanim przymusiła mnie do tego szkoła, ale tylko jeśli były to książki z kategorii „tych książek” – noszące piętno niezrozumiałych, dziwnych, mrocznych. Skądś wiedziałam, że Sklepy… są jedną z nich. Albo raczej że ich autor taki jest.
Postać Schulza ma chyba przewagę nad jego literaturą. Mam na myśli to, jak funkcjonuje w zbiorowej świadomości. Trochę jak Kafka – fajny motyw na koszulkę albo nazwa dla rockowego bandu. Z ciekawości szukam, czy istnieje jakiś sklep pod wiadomym szyldem. Albo takież sanatorium. W Krakowie można napić się w knajpach Manekiny czy Ulica Krokodyli. Pracowałam…