Subskrybuj
Ilustracja: Mary Zaleska
Ilustracja: Mary Zaleska
Skończyła prawo i polonistykę na UJ. Debiutowała zbiorem opowiadań Mapa (Nisza, 2019). Mieszka w Krakowie.

Czas życia, czas śmierci

Fragment nowej książki Barbary Sadurskiej, która ukaże się jesienią.

Teraz, kiedy umarł, możesz robić wszystko, możesz jechać wszędzie, teraz możesz być kim chcesz.

Pamiętasz, jak ci mówiłam, że możesz? A ty śmiałaś się tak, że było ci widać podniebienie, rozśmieszałam cię, żeby zajrzeć ci do gardła, żeby zajrzeć ci do duszy, żeby zajrzeć w twoje serce, rozśmieszałam cię do łez. Pamiętasz?

To ja.

Mam na imię Helena. Twoja Hela.

Nie skończę tych studiów nigdy, mówiłam, a wtedy ty kazałaś mi powtarzać osiem warstw kory mózgowej na histologię. Nie skończę tych studiów nigdy, mówiłam, nie mogę już, nie mogę.

A ty? A ty możesz wszystko, kochana.

Po raz pierwszy jesteś naprawdę wolna. Nie musisz się martwić ani o męża, ani o dzieci. Bo nie masz już męża ani nie masz już dzieci, bo oni odeszli, a ty żyjesz.

Więc wołam cię, wołam cię, wołam. To ja. Pamiętasz mnie?

Prędzej umrę, niż to zdam, mówiłam, a ty całowałaś mnie w czoło.

Zdasz, mówiłaś. Pamiętasz?

To ja.

Nie umarłam.

Krew zdałam śpiewająco, mózg zdałam dzięki tobie.

Ale ty?

Ty byłaś ze wszystkiego najlepsza.

Weź białą kartkę z drukarki i czarnym flamastrem napisz, że gabinet zamknięty do odwołania. Wrzuć do torby szczoteczkę do zębów, krem, bieliznę, koszulę nocną i czarny sweter. Leki na serce, które bierzesz od wtedy, gdy granat ci wybuchł pod nogami i matka zostawiła cię w skibie, bo myślała, że cię zabił. Ale ciebie nie zabił. Od tamtej pory masz tylko zaburzenia rytmu serca. Pamiętasz? Żyjesz. Weź, najlepiej włóż do podręcznej torebki, leki i plik recept na wszelki wypadek, pieczątkę, stetoskop, scyzoryk z ostrzem do otwierania ampułek, dostałaś go ode mnie. Kupiłam go w żelaznym w Białymstoku, przez miesiąc jadłam pół zupy i resztki drugiego, ale ci go kupiłam za własne. Kupiłam ci go, gdy rozorałaś sobie kciuk ampułką, a ten skurwiel asystent rzucił w twoją stronę: z pani to będzie taki lekarz jak z koziej dupy trąbka. A ty mu nic nie powiedziałaś, bo wysysałaś krew z palca, żeby nie zabrudzić preparatów. Widziałam cię wtedy kątem oka, czułam zapach twojej krwi. Więc kupiłam ci scyzoryk z ostrzem do otwierania ampułek. Teraz robią fiolki łatwootwieralne. Niepotrzebne ci to ostrze, a jednak scyzoryk lekarski ode mnie masz zawsze pod ręką. I strzykawkę z adrenaliną. Nie zapomnij. Jest w lodówce. Nosiłyśmy adrenalinę w kieszonce na pióro.

Rozejrzyj się: co jeszcze zabrać? Laptop, ładowarka, ładowarka do telefonu. Nie zapomnij ładowarki! Portfel. Gotówka. Dowód rejestracyjny. Pamiętasz? Popatrz na datę wydania prawa jazdy. Ja zrobiłam prawko rok wcześniej i zmusiłam cię, żebyś zdawała. Pół nocy ci musiałam tłumaczyć, że jak już będziesz tą lekarką, to musisz mieć prawko, bo nie będziesz królową angielską, żeby cię wszędzie wozili. Śmiałaś się, śmiałaś, a potem płakałaś, że boisz się jeździć, że na pewno spadniesz ze skarpy na zakręcie, widziałaś kiedyś takie zdjęcie. A może to był film? Patrz na datę, wydane sześćdziesiąt lat temu. Trener, twój ojciec, zapytał cię potem, czy wyobrażasz sobie, ile kosztuje auto. Aha, aha. Nie wyobrażaj sobie za wiele, mówił.

Prawo jazdy włożyłaś do portfela, portfel do bocznej kieszeni. Zapamiętaj. Nikt cię nie będzie woził, nikogo nie będziesz prosiła.

Co jeszcze?

Nic, żeby torba nie była za ciężka.

Im mniej, tym lżej. Masz osiemdziesiąt lat, przypominam. Skończone.

Czy da się nic?

Czy da się nic nie zabrać?

Pytałaś mnie, kiedy odchodziłam z akademika, czy da się nic ze sobą nie zabrać. A ja nic nie miałam, to nic nie zabrałam. Powiedziałam ci… pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam?

Gdybyś wtedy ze mną poszła, może jego śmierć byłaby jedną z miliona śmierci nieznanych ci mężczyzn. Może inaczej by wyglądało twoje życie.

Ale teraz jesteś naprawdę wolna. Możesz wszystko.

Wiem, dlaczego zamykasz oczy, wstrzymujesz oddech, maleńka. Włosy masz siwe, zmalałaś, skurczyłaś się, zwiędłaś, lecz masz siłę, kochana, dasz radę. Musisz tam wejść jeszcze raz. Zamykając drzwi do pokoju Zbyszka, staraj się nie odetchnąć, wstrzymaj oddech, bo w powietrzu jeszcze unosi się jego zapach, ciężki, szary, słodko-gorzki, mieszanka męskiego mydła, tytoniu, leków na cukrzycę i rozpuszczalnej kawy. Zapach martwego ciała.

Wiem.

Inaczej pachnie obcy.

Więc nie patrz, nie oddychaj, żeby potem nie mieć go pod powiekami, żebyś nie miała go w płucach. Żebyś nie miała go w duszy więcej, niż musisz.

Kluczyki do toyoty leżą na parapecie. Weź je i zamknij drzwi.

Umarł w środę. Zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałaś, a przecież naprawdę wiedziałaś, jak wygląda śmierć. Obieśmy wiedziały. Prosektorium to nie przelewki. Kto jak kto, ale ty naprawdę wiesz, jak wygląda trup.

Na czwartym roku na zaliczenie miałyśmy zrobić pięć sekcji. Ja wtedy o mało co nie zrezygnowałam,  chociaż mnie Koński Ząb dał święty spokój, mnie nie tykał, ja byłam dla niego trędowata, o mnie już wtedy chodziły plotki. Brzydził się mną. Ale wszystkie wiedziałyśmy, że jak zagnie na którąś parol, to dotąd będzie męczył, aż dziewczyna się z nim umówi albo wyleci ze studiów. Pójdziemy na plażę, to się nazywało na plażę. Na jaką plażę w listopadzie w Białymstoku?

Był wysoki, chudy, w kitlu zapiętym na ostatni guzik, tylko grdyka mu chodziła, gdy przełykał ślinę. Wielki łeb, czarna grzywka i mokry uśmiech. Gdy się uśmiechał, odsłaniał żółte zęby. Nie mogłam tego znieść, wolałam patrzeć na to, co kroję. Z piątego ciała kazał mi wyabstrahować żyłę jelitową. A tobie powiedział, że pójdziecie na plażę.

Trzymałam ci włosy, gdy rzygałaś w kiblu dla pielęgniarek. Nigdzie nie pójdę, prędzej umrę, zaciskałaś powieki i pięści, a Kazia wtedy myła ręce, słyszała, jak rzygasz, i powiedziała, że w razie czego rezerwuje sobie twoje ciało na sekcję. Kiedy już umrzesz. Nowa jednostka chorobowa: śmiertelne obrzydzenie Końskim Zębem. Jak ty się pięknie śmiałaś! Wtedy w tej obrzyganej ubikacji.

W następnym tygodniu dał ci pięć karnych. Pamiętasz? Wstawałaś przed świtem, cichutko, żeby nas nie obudzić, mieszkałyśmy w pięć w pokoju w akademiku. Zasypiałyśmy śmiertelnie zmęczone, a nad ranem przez półprzymknięte powieki obserwowałam, jak się ubierasz, zapinasz stanik, wiążesz włosy, zdejmujesz torebkę z półki. Wychodziłaś w szarówkę i biegłaś do kliniki sześć kilometrów w lekkim jesiennym płaszczyku i tenisówkach. Trzeszczał szron pod stopami. Koniec listopada to już były mrozy, ale nie zdążyłyśmy pojechać do domu i miałyśmy w akademiku tylko te ciuchy, w których przyjechałyśmy miesiąc wcześniej. Był niebieskomleczny przedświt, ostre strzępy ciemnego powietrza wdzierały się do płuc, kiedy wbiegałaś po szerokich betonowych schodach do szpitala, a potem w dół, do prosektorium. Czy jest dzisiaj ciało? Niech pani dla mnie zarezerwuje, jakby było. Ty już przecież odrobiłaś swoje. Koński Ząb dał mi pięć karnych. Trzeba było iść z nim na plażę. Prędzej umrę, tylko sza, niech pani nikomu nie mówi, bo Kazia już mnie sobie zarezerwowała. Od tego się nie umiera, dziecko, ale gdy jakieś będzie, to przytrzymam dla ciebie, przyjdź po obiedzie.

Przecięła pani nasieniowód. Kolejnych pięć karnych.

Bzdura, nie przecięła, widziałem. Tadek był lojalnym kolegą. Gdy dziekan nas wziął na egzamin, a ciebie tam nie było, bo ciebie Koński Ząb nie dopuścił, to Tadek powiedział, że czekasz na piętnastą sekcję, że chodzisz po ścianach, że wyjesz nocami, że Koński Ząb dopuszcza za plażę. Za jaką plażę w zimie w Białymstoku, co pan opowiada, kolego, dziekan nie spojrzał mu w oczy, gdy to mówił. Proszę ją sprowadzić na egzamin, choćby z prosektorium.

Czy pani naprawdę zrobiła piętnaście sekcji? Czternaście. Wymieniłaś wszystkie. Dziękuję, nie mam pytań.

Wiedziałaś, jak wygląda martwe ciało, nie ma co mówić. I kiedy już się to wie, trudno uwierzyć, że ktoś przeżyje.

Nie przeżyje nikt.

A ty? A ja?

Tamtej wiosny, na czwartym roku, szłyśmy alejką z pałacu Branickich, szłyśmy roześmiane. Kochałam, jak się śmiałaś, aż nagle zamarłaś, złapałaś mnie za rękę, twoja dłoń była ciepła i mocna, przeszył mnie dreszcz, twoje palce na skórze mojego nadgarstka. Od bramy szedł Koński Ząb, i co, zapytał, czekam na panią w prosektorium, powiedział. Ale ja już nie przyjdę do prosektorium, doktorze, odpowiedziałaś. Uśmiechnął się szerokimi ustami, odwróciłam wzrok, bo nie mogłam na to patrzeć. Doprawdy? A czemuż to pani do mnie nie przyjdzie? Bo mam zaliczenie od dziekana. Twoje palce zmiażdżyły mi rękę.

Przynajmniej dzięki mnie dokładnie pani wie, jak wygląda męskie ciało, wycedził przez zęby. Martwe, rzuciłaś mu słowo jak kamień. Wyminęłyśmy go i poszłyśmy dalej.

Pamiętasz swojego pierwszego trupa?, zapytałam wtedy. Byłam dzieckiem, wyjaśniłaś.

A potem śniły ci się wszystkie rodzaje śmierci, jakie można sobie wyobrazić. Ile razy umierały twoje córki? Za każdym razem, gdy je traciłaś z oczu, na każdej wycieczce autobusy spadały w przepaść, na każdym skrzyżowaniu, pod rozpędzonymi pociągami, na rowerkach bez hamulców, bez opamiętania, bez trzymanki, aż budziłaś się zlana potem i sprawdzałaś, czy ich ciałka leżą pod ciepłymi kołdrami, czy ich czarne włosy rozsypują się na poduszkach w świetle księżyca.

Były.

Wtedy wracałaś do niego.

Powiedz mi, czy po kolejnej awanturze, kiedy Zbyszek wykręcał ci ręce w łokciach albo tłukł kantem dłoni, tak żeby bolało, ale tak, żeby nie było śladów, czy wtedy, gdy już spał jako twój mąż w swoim pokoju na podwójnym tapczanie, a ty skulona w kuchni, wpatrzona w pułapkę okna, czy wyobrażałaś sobie, jak będzie zdychał, długo i z pełną świadomością końca, na raka krtani, pozbawiony słów, którymi ciął jak skalpelem, albo na raka kości, żeby bolało? Myślałaś, że będzie umierał skazany na ciebie, od ciebie uzależniony jak od morfiny, którą mogłaś mu dawać z premedytacją. Albo że skończy nagle i wtedy ty na klęczkach przy nim, sztuczne oddychanie, masaż serca, defibrylator, karetka, resuscytacja, wszystkie te zabiegi, które… Albo kiedy nie wracał na noc, kiedy spędzał noce z babami, widziałaś go zakrwawionego w rozbitym wartburgu, pod kołami autobusu, na motorze w czołówce z ciężarówką. Widziałaś jego martwe ciało. Widziałaś wystarczająco dużo śmierci, żeby wiedzieć, co sobie wyobrażać. A on, gnojek, postawił na swoim, umarł po swojemu, przeciwko tobie, inaczej. O siedemnastej miał jeszcze pretensje, że zginęła mu ulubiona szklanka. Nie pilnuję twoich szklanek, warknęłaś i zeszłaś do pacjenta, który już siedział w poczekalni. Potem zajrzałaś do kuchni, szklanka upaćkana jego paluchami stała na blacie. Nalałaś wody. Zbyszek w swoim pokoju oglądał telewizję. Zawsze oglądał telewizję, mistrz kamery, trzecie oko, człowiek filmu, geniusz grozy. Kto, jak nie on? Złamany życiorys, niewykorzystany talent, stracona nadzieja nowej fali. Przez zamknięte drzwi słychać było, że właśnie kończy się Kronika krakowska. Może i byś do niego zajrzała, aleś sobie przypomniała, że jesteś obrażona o tę szklankę, a zresztą o siódmej miała przyjść Klimina z chorym wnukiem. Tjuti, tjuti, jaki słodki bobasek, mówiła do białego jak ciasto chłopca. Jak taki słodki, niech go córka zabiera do Austrii, ciekawe, ile tam bierze lekarka za wizytę po dobranocce. Czego on tak płacze, co go na ręce wezmę, to wrzeszczy, pytała Klimina. Ale płuca miał czyste, gardło blade, brzuch niebolesny. Niech pani rozbierze dzieciaka, kazałaś. Wrzód ma na dupie, czyrak mu się zrobił na pośladku. Wycisnąć? Klimina miała grube palce, czarne paznokcie od pielenia w ogrodzie. Nie wyciskać. Rivanol i maść ichtiolowa. W dzień niech lata bez pampersa. Bez pampersa? Jak? Normalnie. Uzupełniałaś kartotekę, a mały wrzeszczał. Rozbolała cię głowa.

A Klimina narzekała na córkę.

Na córkę narzekała.

Podniosłaś wzrok znad biurka, spojrzałaś na nią przeciągle i stara się zamknęła. Ty to potrafisz spojrzeć.

No, lepiej, żeby była zła córka, wyjąkała, nie taka zresztą zła, poprawiła się pod twoim spojrzeniem, niż żeby jej wcale nie było.  Chrząknęła. Wzięła receptę i poszła.

Było przed dziennikiem. O wpół do ósmej weszłaś do jego pokoju, a on siedział, w zasadzie półleżał rozwalony w fotelu. Jeszcze przed chwilą szukał tej swojej szklanki, a ona stała na blacie. Napił się czy nie napił? Siedział, jakby zaraz miał się odezwać, burknąć, posłać cię do diabła, ale się nie odezwał, nie mrugnął okiem, nie warknął. Siedział, półleżał z otwartymi oczami i ustami. Żuchwa mu lekko opadła. Musiał tak leżeć już chwilę, bo miał plamy opadowe na lewym przedramieniu.

Zadzwoniłaś do szpitala, przedstawiłaś się, spytałaś, kto jest na dyżurze, był młodszy lekarz, teraz wszyscy są od nas młodsi, poprosiłaś, żeby przyjechał do zgonu. Zjawił się przed 21.

ICD-10:I70.9 – podsunęłaś mu przyczynę. Miażdżyca uogólniona. Przyjął jak zawsze, jak wszystkie twoje epikryzy, z pokornym szacunkiem. Nie chciał kawy. Rozglądał się po pokoju. Chciał kupić ten dom. I choć dzisiaj w obliczu śmierci Zbyszka nie ponowił propozycji, widziałaś to w jego wzroku. Od dwudziestu lat chciał kupić ten dom, ale niedoczekanie. Doceń jednak, że zapytał nie o dom, tylko o to, co zrobisz z ciałem. Zbyszek już leżał na tapczanie na plecach. Sanitariusze go ułożyli.

Czy ma pani kto pomóc? Ma pani jakichś bliskich, rodzinę, dzieci?

Zadzwonię do zakładu pogrzebowego, zaproponował. Wzruszyłaś ramionami.

Akt zgonu położyłaś na stole. Przyłożył pieczątkę. Podpisał.

Niedoczekanie.

Pogrzeb odbył się trzy dni później.

Było duszno, z zachodu nadciągała czarna chmura, ale nad wieżą kościoła niebo było wysokie.  Zbierało się na burzę. Czterech strażaków w białych rękawiczkach wyniosło trumnę z karawanu. Piąty niósł wieniec. Pszczoły mdlały w azaliach. Jaskółki krążyły nisko. Odezwał się pojedynczy dzwon. Ci w rękawiczkach ustawili trumnę na katafalku. W kościele aż czarno od ludzi. Nie było czym oddychać. Ksiądz miał przejmujące kazanie. Kobiety łkały. Jedna zasłabła. Ktoś zapytał, czy jest tu doktórka. Usłyszałaś to i nawet podniosłaś głowę, ale ludzie go uciszyli, bo bez przesady. W takim dniu. Raz mogliby ci dać spokój. Wyprowadzili tamtą na zewnątrz. Światło wpadło na moment przez otwarte drzwi. Potem trzask i ciemność. Wynieśli trumnę. Ludzie formowali się w szpaler. W oddali rozległ się terkot dzięcioła. Ktoś złapał cię za łokieć i chciał prowadzić, odtrąciłaś obce ramię ze złością i dalej szłaś sama, jak zawsze. Zerwał się górny wiatr, pochylił czubki tuj. Kondukt żałobny ciągnął się aż za bramę cmentarza. Wieczne odpoczywanie odbite echem od ściany lasu szło pod niebiosa. Potężniało niskimi głosami w chmurach. Nad horyzontem przetoczył się grzmot. Organista nagle urwał pieśń. Zapadła cisza. Trumna stuknęła o dno. Niżej była trumna Lili. I puste miejsce po Sarze. Cisza. W tej ciszy słychać było oddechy żywych. Ktoś pierwszy rzucił grudę gliniastej ziemi na wieko.

Ale to nie byłaś ty?

Resztę dokończyli grabarze.

Pochłodniało i ciemność przykryła słońce, gdy ostatni odchodzili od grobu. Kilka osób liczyło na stypę. Czekały do końca, rozglądały się rozczarowane, przystawały potem po drodze, komentowały głośno, ale i one w końcu się poddały.

Wreszcie zostałaś sama.

Tej nocy spadł rzęsisty deszcz. Do rana siekł wieńce i stosy kwiatów na jego grobie, złote, srebrne i czarne wstęgi z napisami, aż stały się ciężkie i nieczytelne.

Całe życie czekałam, aż wreszcie umarł.

To ja. Wołam cię. Po imieniu cię wołam.

Słyszysz?

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem