Subskrybuj
Catherine Lacey fot. Basso Cannarsa/opale.photo/East News
Krytyczka i pisarka. Autorka dwóch książek: historii zimnej wojny Biedni, ale sexy. Zderzenia kulturowe na wschodzie i zachodzie Europy (2018) i autofikcji Dziewczyna i pistolet (2020).

Czy artystom wolno więcej?

Bohaterka powieści Catherine Lacey zakwestionowała to, co uznajemy za „normalne” ścieżki rozwoju, podział na przyszłość i przeszłość, na „ja” i „ty”, na „tak” i na „nie”. Lecz czy sam fakt jej genialności – potwierdzony w licznych rewolucyjnych dziełach – usprawiedliwia jej postępowanie wobec innych?

W filmie Tar z 2022 r. słynna dyrygentka Lydia – uwielbiana przez publiczność, podziwiana przez kolegów po fachu, kochana przez niezwykle oddaną żonę i trzymająca wokół siebie dwór zapatrzonych w nią asystentek – ujawnia swoje drugie oblicze, które wpisuje się we wzorzec przedstawiania wielkich artystów. Bohaterka okazuje się kimś potwornym, bezwzględnie niszczącym przeszkody na swojej drodze. Traktuje resztę ludzkości z ledwo skrywanym poczuciem wyższości, a posiadanym talentem usprawiedliwia swoje egoistyczne zachowania. Wywodzi się ze skromnej rodziny, ale całe życie się tego wstydziła i ukrywała swoje pochodzenie. Wymyśliła więc siebie na nowo, zostawiając za sobą przeszłość. Użyła w tym celu sztuki. Przekonana o własnej świetności, ukrywała przed wszystkimi (w tym przed samą sobą) swoje kompleksy i niezdolność do pokochania kogokolwiek. Z tego tytułu dawała sobie prawo do krzywdzenia i wykorzystywania niewinnych osób.

Kiedy analizuje się biografie wielu artystek, pisarek czy myślicielek, od Patti Smith, przez Kathy Acker, Susan Sontag, Marinę Abramović czy Patricię Highsmith, często można odnaleźć intensywność ambicji i silną osobowość, by nie powiedzieć: wybujałe ego, a czasem nieco potworny rys. Klasyczne elementy ich biografii to wzorowanie się na mężczyznach oraz wykorzystywanie innych ludzi i porzucanie ich bez skrupułów, kiedy już tylko odegrali swoją rolę. Lecz w historiach kobiet artystek można dostrzec jeszcze dodatkowy rys. Aby odnieść sukces, musiały często świadomie zrezygnować z cech przypisywanych zwykle swojej płci. Za realizację pragnień, np. tego o swobodnej ekspresji własnej seksualności, eksplorowania jej albo angażowania się politycznie czy wcielania w rozmaite „niekobiece” role, przyszło im zapłacić większą cenę niż mężczyznom. Tym natomiast, które chciały mieć dzieci i rodzinę, też nie pozwalano tego pragnienia realizować. Musiały wybierać: sztuka albo życie.

Spacer po metarzeczywistości

Do tej samej tematyki – konieczności wyboru między twórczością a życiem – nawiązuje powieść Biografia X Catherine Lacey. Dawno nie spotkałam się z autorką tak młodą (urodziła się w 1985 r.), która stworzyłaby dzieło tak złożone i skomplikowane. Powieściopisarka ma na koncie pięć książek, z których każda eksploruje inny gatunek literacki – autobiografię, science fiction, powieść gotycką, pamiętnik. Wszystkie je łączy namysł nad tożsamością i napięciem, jakie powstaje między tożsamością a fikcją. W Nobody Is Ever Missing inspirowana autorką młoda kobieta wyrusza w samotną podróż do Nowej Zelandii, a powieść to jej monolog wewnętrzny, nieustannie podważający realność zarówno świata zewnętrznego, jak i wewnętrznego. The Answers to dystopia, w której młoda kobieta, żeby opłacić eksperymentalną terapię trudnej do zdiagnozowania choroby psychosomatycznej, wynajmuje się jako „Emocjonalna Partnerka” aktora do każdej ze swoich odmiennych potrzeb zatrudniającego inną kobietę. W tych dwóch powieściach odnajdziemy ogromną dawkę dziwności i absurdu. Kolejno Lacey opublikowała Pew rozpoczynające się od odnalezienia w kościele osoby, która nie pamięta, kim jest ani jak się nazywa. Przyjmuje ją do siebie pewna bardzo religijna rodzina. W toku narracji nie zostaje ujawniona ani zdeterminowana jej płeć ani tożsamość, a ona sama otrzymuje imię „Ławka”, ze względu na to, że to właśnie tam została odnaleziona. Z kolei najnowsza Möbius Book to książka podzielona na dwie części: autofikcję opowiadająca o brutalnym zerwaniu z nią przez wieloletniego partnera, który wyrzucił ją ze wspólnego domu, i fikcyjną opowieść z przemocą w tle o dwóch kobietach, które niedawno zakończyły związki. Na tle tych książek Lacey Biografia X – mimo niezwykle zagmatwanej narracji – jest powieścią nieomalże najbardziej „mainstreamową” i przyjazną czytelnikowi. Może kwestionowanie historii XX w. oraz historii sztuki awangardowej to nie są najłatwiejsze, ale przynajmniej znane nam tematy.

Biografia X jest też bardzo ciekawym komentarzem do niektórych eksperymentów literackich XX w. Elementy fikcyjnego non-fiction, udającego czyjąś kompletną biografię napisaną przez kogoś innego, można znaleźć chociażby w dziełach Jorgego Luisa Borgesa i Fernanda Pessoi. Książka Lacey jest ich feministycznym, współczesnym rozwinięciem.

Nie chodzi w niej już tylko o samą literaturę czy nawet jej filozofię. W Biografii X metafikcja jest narzędziem, aby z rozchybotanej w wielu kierunkach, mylącej wciąż tropy narracji uczynić jednocześnie komentarz na temat roli i odpowiedzialności artysty, a zwłaszcza artystki kobiety. Powieść ta jest krytyką kultury współczesnej, w której głód „wielkich osobowości” i pogoń za nowością usprawiedliwiają często bardzo moralnie wątpliwe działania. Lacey pyta, czy artysta, zwłaszcza jeśli jest kobietą, musi posuwać się do czynów skrajnych, by stać się tym, kim jest.

U Lacey portretowaną artystką jest tytułowa X, osoba o tysiącu twarzy i tożsamości, która była wszędzie i robiła wszystko, a której fikcyjna biografia służy autorce do przepisania na nowo historii XX w. Bohaterka zajmuje stanowisko niemal wobec każdego z prądów artystycznych i estetycznych zwłaszcza II poł. XX w. Lacey wykorzystuje licencję, jaką daje pisanie fikcji, autofikcji i metafikcji, aby wpleść w narrację autentyczne dzieła sztuki. Treścią powieści staje się nie tylko historia awangardy: body art, sztuki i teorii feministycznej i postmodernistycznej czy sztuki zawłaszczenia (praktyki używania istniejących obiektów lub obrazów, które przez zmianę kontekstu zyskują nowe znaczenie), lecz też teoretyczne założenia tej ostatniej. Przywłaszczanie rzeczywistości i manipulowanie nią, przybieranie bezustannie nowych tożsamości i swoista wszystkożerność kształtują charakter książki. Lacey zawdzięcza najwięcej Thomasowi Pynchonowi, dla którego historia i wartości kontrkultury lat 60. i 70. były tłem opowieści o alternatywnej, spiskowej historii Ameryki, oraz Margaret Atwood i faszystowskiej wizji państwa z Opowieści podręcznej jako pewnemu wzorcowi budowania prawicowej dystopii. Jednak swoboda mieszania wątków to przede wszystkim wpływ internetu. Poruszanie się po książce przypomina spacerowanie po metarzeczywistości – nie tylko tej wirtualnej, ale również tej społecznej, w której granice między autentycznym doświadczeniem a performansem stają się coraz bardziej płynne.

Między prawdą a fikcją

O czym właściwie jest Biografia X? Kiedy otwieramy książkę, rzeczywiście natrafiamy na stronę tytułową biografii, podpisaną nazwiskiem C.M. Lucca, książkę w książce, jednak natychmiast okazuje się, że taka pozycja nie istnieje. Biografia została napisana w reakcji na śmierć żony Lucci X, słynnej artystki, a raczej w odpowiedzi na jej paskudnie plotkarską biografię, którą pogrążona w żałobie C.M. stara się rozpaczliwie zdementować. Biografia X to epicka spowiedź C.M. o tym, jak znalazła się w orbicie X, której życie, jak się okazuje, znała zaledwie w niewielkich, skrupulatnie kontrolowanych przez małżonkę wycinkach. W toku śledztwa Lucca zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie miała pojęcia, kim tak naprawdę jest jej żona, ale to pokornie zaakceptowała. Jej archiwalna odyseja jest zatem coraz mniej poszukiwaniem prawdy, a coraz bardziej staje się procesem, w którym Lucca odkrywa, że X do tego stopnia zmanipulowała swoją historię, iż jej pełne odtworzenie nie będzie możliwe, jak również że sama X przestała odróżniać prawdę od fikcji i się w niej zagubiła.

Książka Lacey naprzemiennie mnie zachwycała i frustrowała. Ciągle stawia bowiem pytanie, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź: czy największą sztukę zawsze tworzą osobniki o najbardziej wybujałym ego? Wydaje się, że tak i nie – ta teza jest prawdziwa i zarazem nie wyczerpuje całej prawdy. Największym „dziełem” X jest jej biografia właśnie: to, jak udawało jej się zatrzeć ślady po swoich kolejnych dokonaniach i zmylić interpretatorów. Jednak, choć wybitnie wywrotowy, nie jest to przecież w żadnym wypadku jedyny sposób, na jaki można uprawiać sztukę w naszej epoce.

Autorka tworzy alternatywną wizję zimnowojennego świata, w której Stany Zjednoczone uległyby atakowi faszystów na Nowy Ład Franklina Delano Roosevelta z lat 30. XX w., chyba najbardziej prospołeczny i równościowy projekt, jaki kiedykolwiek zaistniał w Ameryce.

Opowieść ma miejsce w świecie, gdzie w 1945 r. konserwatywne Południe dokonało secesji i stało się faszystowską teokracją, wzorowaną na tym, co Donald Trump i bardzo aktywni fundamentaliści, którzy pomogli mu wygrać wybory, chcieliby, choć na razie bezskutecznie, wdrożyć w życie. Jednak im dłużej poznajemy niuanse rozpadu powieściowego USA, tym bardziej staje się jasne, że chodzi nie tylko o prostą krytykę trumpizmu. Tak, jego zwolennicy najchętniej zawróciliby historię i zepchnęli kobiety z powrotem do roli posługaczek pozbawionych praw obywatelskich, a pewnej części z nich marzy się fundamentalizm skrojony pod dosłowne czytanie Biblii. Jednak inne elementy Terytorium Południowego przypominają znane nam państwa totalitarne: Koreę Północną (próby opuszczenia karane śmiercią, niewolnicza praca) czy NRD lub Rumunię (inwigilacja obywateli, konserwatyzm obyczajowy), podczas gdy komunistyczny Wschód nadal w powieściowym świecie istnieje. Wizja Lacey jest więc bardziej krytyką Stanów, które podczas zimnej wojny stawiały siebie w roli arbitra liberalnych wartości, uzurpując sobie prawo do moralnej wyższości. Pomijając już dyskusyjność rzekomego liberalizmu powojennej Ameryki, według Lacey łatwość, z jaką obecne Stany osunęły się w kierunku prawicowego populizmu, ksenofobii i ohydnych antyrównościowych haseł, potwierdza tylko, że już wcześniej kryły się tam ziarna autorytaryzmu.

Ja to ktoś inny

Nawet Lucca nie wie początkowo, jak nazywa się jej zmarła żona. Dorothy Eagle, córka farmerów z Kentucky, która pracowała w fabryce w Montanie, zanim znalazła swoją drogę do nowojorskiej bohemy. Striptizerka Deena Stray, beatniczka i kelnerka Clydelle, biedna dziewczyna z prowincji Bee Converse, pisarka eksperymentalnych powieści Clyde Hill, włoska feministka Martina Riggio, eksperymentalna filmowczyni Yarrow Hall, jej rywalka Věra, performerka Cindy O, artystka współczesna Cassandra Edwards – to tylko niektóre z pseudonimów i postaci, które wymyśliła. Tak naprawdę nazywała się Carrie Lu Vine i była córką prostych ludzi z Terytorium Południowego, którzy żyli według surowych, fundamentalistycznych zasad: chodzili codziennie do kościoła, ciągle się modlili i stosowali wobec swoich dzieci kary fizyczne za najdrobniejsze odstępstwo od normy. Lucca rozpoczyna poszukiwania i jest gotowa przyjąć każdą historię – jej oddanie i miłość do X są bezgraniczne. Jednak każda napotkana osoba, która znała późniejsze wcielenia Carrie Lu, uświadamia jej, że nawet w przypadku wielkiej artystki liczba kłamstw i manipulacji ma swoje granice. Lucca, dowiadując się coraz straszniejszych, trudniejszych do zaakceptowania rzeczy o swojej żonie, miewa wątpliwości, czy chce w poszukiwaniach dalej uczestniczyć.

X jawi się początkowo jako bohaterka: młoda dziewczyna buntująca się przeciwko nieludzkiemu sposobowi, w jaki Terytorium Południowe traktuje swoich obywateli.

Staje się częścią grupki buntowników-wywrotowców zawiązującą pakt. Ich pierwszym celem jest fabryka broni – symbol opresji – którą chcą wysadzić. Ta akcja będzie miała opłakane skutki – większość z nich zginie, ale Carrie Lu nie dość, że uda się ocaleć, to jeszcze z pomocą strażnika wraz z dwójką towarzyszy zbiegnie z Terytorium po wcześniejszej zmianie tożsamości. Mimo że dwójka jej kompanów szybko pogrąża się w nałogach i paranoi, nie potrafi dostosować do życia w nowej, liberalnej rzeczywistości Północy, X od początku radzi sobie świetnie. Czy to dzięki swojemu witalizmowi, woli życia czy bezwzględności, pozwalającej jej traktować ludzi jak pionki w grze, X cynicznie wykorzystuje zafascynowane nią osoby, by na ich plecach piąć się coraz wyżej. I choć jej strategia wiecznego oszustwa jest doskonale zrozumiała – Terytorium Południowe ma na Północy swoich szpiegów i wyłuskuje uciekinierów, a ona po prostu musi się bronić – z czasem wchodzi jej w krew i staje się częścią jej osobowości.

„X uważała, że tworzenie fikcji jest święte – powtarzała to wielokrotnie, wspominała o tym w listach, dziennikach i esejach – i chciała w tej świętości żyć, nie dać się zwieść lichocie postrzeganej rzeczywistości, opowieści, na którą większość świata dała się nabrać. Zamiast niej wybrała życie, w którym nic nie było ustalone, dane z góry – jej imię mogło się zmieniać z dnia na dzień, z chwili na chwilę, tak samo jak przekonania, wspomnienia, styl, sposób, w jaki mówiła, rzeczy, które wiedziała i których chciała”. Lacey w toku narracji zadaje interesujące pytania: czy jesteśmy sumą napotkanych okoliczności? Czy osobowość jest czymś przygodnym? X zakwestionowała to, co uznajemy za „normalne” ścieżki rozwoju, podział na przyszłość i przeszłość, na „ja” i „ty”, na „tak” i na „nie”. Lecz czy sam fakt jej genialności – potwierdzony w licznych rewolucyjnych dziełach – usprawiedliwia jej postępowanie wobec innych?

Ta nietzcheańska egzystencja X „poza dobrem i złem” naznaczona jest przemocą, najpierw tą, której doświadczyła X, a potem tą, której ofiarą stała się żona X. W toku żałoby Lucca przepisuje tę przemoc jako oddanie, usprawiedliwia zdrady X i projektuje swoje bezgraniczne poświęcenie na egotyczną artystkę.

Recykling tożsamości

Tworząc powieściowe persony i dzieła sztuki, Lacey wzorowała się na wielu istniejących artystach, grających publicznie inne role. Rose Selavy była kobiecym przebraniem Marcela Duchampa, który kilka lat naprawdę żył jako kobieta i tak pokazywał się publicznie; Vern Blosum był artystą nowojorskim z lat 60., który wyśmiewał nadęcie sztuki zaangażowanej; Claude Cahun była dragiem Lucy Schwob, lesbijki, która jako mężczyzna ukrywała się przed homofobią przedwojennej Francji; Cindy Sherman natomiast była amerykańską artystką, która od lat 70. i 80. doprowadziła sztukę dragu i eksperymentowania ze zmianami swojej fizyczności do perfekcji. Francuska artystka Sophie Calle natomiast uczyniła ze śledzenia i zmieniania tożsamości sztukę konceptualną, odkrywającą nasze skomplikowane relacje uczuciowe i społeczne. Wiele z tych twórczyń musiało wymyślić siebie na nowo, aby uniknąć dyskryminacji w świecie, który trywializuje kobiety i sprowadza je tylko do ich seksualności.

Lacey stosuje szeroko zakrojony recykling tożsamości – rozciąga się on zarówno na przeszłość, jak i współczesnych pisarzy oraz krytyków, których wymyślone komentarze, artykuły i książki są swobodnie wplatane do Biografii X, jak Rachel Cusk, Max Porter czy Hito Steyerl. Powieść jest kolażem, igrającym z ideą plagiatu i zapożyczeń. Czytając ją, zastanawiamy się nieustannie: czy to wszystko jest do końca legalne? Rzeczywistość jest jak patchwork, z widocznymi ściegami, a język staje się często pastiszem innych dyskursów, zwłaszcza powieści historycznej i krytyki sztuki. Rozmaite tematy XX w. zostają wrzucone randomowo do blendera i, o dziwo, okazuje się, że nadal działają. Skoro niezależnie od tego, jak potoczył się wiek XX, faszyzm nadal wraca, prowadzi to do przemyśleń, że bez względu na to, jak zamieszamy pewnymi elementami naszej wspólnej historii, sprawy najczęściej toczą się tym samym torem, a wszystko jest takie, jakie miało być. Na przykład jeśli w wyniku masakry giną Jackson Pollock, Pablo Picasso i Marcel Duchamp, to sztukę podobną do ich tworzą tutaj kobiety. Jeśli lewicowy przeciwnik Trumpa, Bernie Sanders, ma w końcu szansę zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, dzieje się to dopiero po tym, gdy zostaje nią kobieta – dla większego efektu prawicowa despotka. Prawa Afroamerykanów – w rzeczywistości wywalczone na rasistowskim Południu przez marsze czarnoskórych mieszkańców Ameryki – tutaj, po secesji Południa, przywłaszczone zostają przez Północ i dane obywatelom odgórnie.

W książce alternatywna Ameryka pozbawiona jest wielu politycznych cech współczesnego świata, a jednak dzieła, które się w niej tworzy – muzyka taneczna, eksperymentowanie z ciałem, performans, kino found footage – są zaskakująco podobne do tych powstałych naprawdę.

A przecież to świat bez amerykańskich klasowych nierówności, bez biedy, bez opresyjnego, rasistowskiego systemu więziennego, bez brutalności policji, bez horrendalnych czynszów – a te ukształtowały ogromną część amerykańskiej kultury. Czy oznacza to, że każda fikcyjna wizja ma swoje granice? Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, bezgraniczna, wydawałoby się, zdolność Lacey do tworzenia alternatywnych dzieł sztuki nabiera innego wydźwięku. Może Biografia X nie chce po prostu oszołomić nas wynalezionymi dziełami sztuki, ale raczej jest opowieścią o tym, że artysta, uwiedziony swoją zręcznością i inteligencją, może się w sobie zakochać do tego stopnia, że traci jakiekolwiek poczucie konsekwencji swoich czynów. Na pierwszy rzut oka sztuka, którą tworzy X, jest niesamowicie progresywna, świeża, oryginalna. Tylko co z tego, skoro pozostawia po sobie rosnący stos trupów w szafie, zarówno tych prawdziwych, jak i wyimaginowanych?

Persona może uwieść własnego twórcę i kazać mu się zatracić, jak stało się w przypadku Davida Bowiego. Bowie, biorąc w latach 70. przez kilka lat intensywnie kokainę, uwierzył w to, że jest kimś innym, nabrał manii wielkości, co w końcu, w jego okresie Thin White Duke (kiedy nosił białą koszulę i czarny garnitur w stylu lat 30.), doprowadziło do niesławnej sytuacji publicznego hajlowania. Pochwała faszyzmu przydarza się także artystce X. Jeśli moralność można nakładać i zdejmować jak sukienkę, nie ma żadnej odpowiedzialności. Ale czy sława, która miesza w głowie, jest usprawiedliwieniem? Zmiennokształtność X przestaje być w pewnym momencie fascynująca. Zaczyna po prostu być złem.

„Rodzisz się naga, a reszta to drag” – X uwielbia cytować tę myśl, przypisywaną performerowi dragu RuPaulowi, która brzmi jak odświeżająca droga ucieczki od tożsamości, ale zarazem jest złowroga. To uproszczenie filozofii postmodernistycznej i doprowadzenie jej do absurdu. Jeśli „nawet ciało jest drag, wszystkie nasze imiona są drag, a najbardziej drag jest pamięć”, to nic nie ma sensu ani nie istnieją żadne konsekwencje naszego postępowania.

To jasne, że artyści bezustannie udają kogoś innego, bardziej interesującego, utalentowanego czy inteligentniejszego. X – bardziej nawet niż Bowiemu – bywa momentami bliższa Annie Sorokin, rosyjskiej oszustce, tak naprawdę biednej dziewczynie, która kilka lat temu zawładnęła światem nowojorskiego art worldu i finansjery jako Anna Delvey.

Delvey udawała niemiecką dziedziczkę z olbrzymią fortuną, w ten sposób wyłudzając miliony na rzekomą fundację, fantastyczny klub artystyczny, który miał się mieścić w sercu Manhattanu. Sorokin wiedziała, że sztuka, często oparta na subiektywnym uznaniu, że coś jest wartościowe, a zarazem osiągająca naprawdę ogromne ceny na rozbuchanym od lat rynku, jest idealnym terenem dla szybkiej kariery, bazującej na oszustwie. Nie myliła się. Nawet już po aresztowaniu w 2017 r. Sorokin-Delvey w sądzie paradowała w ubraniach od znanych projektantów, powstał o niej serial dla Netfliksa Kim jest Anna?, a dziś, już po wyjściu z więzienia, pozuje do sesji modowych największych magazynów. Wstyd w branży rozrywkowej nie istnieje, zawsze zakryją go pieniądze.

Biografia X, podobnie jak Tar, to złożona historia o konsekwencjach stawiania utalentowanych osób na piedestale, o podtrzymywaniu toksycznych nierówności, które prowadzą do zamazywania popełnionego zła, na końcu i tak powracającego do bohaterki. Można powiedzieć, że w proces stawania się artystą zawsze wpisana jest pewna potworność, która stanowi efekt gwałtu, jaki artysta musi wykonać na samym sobie, aby stać się kimś znanym i docenianym. Jednak oglądając perypetie Lydii Tar, nie sposób nie zauważyć, że jej droga być może nie byłaby tak wyboista i nie poprowadziłaby do wykreowania tak potwornej osobowości, gdyby Tar nie była kobietą. Zauważmy, że bohaterkę otaczają sami mężczyźni – świat dyrygentury, może bardziej niż jakakolwiek inna dziedzina sztuki, jest zdominowany przez mężczyzn. Lydia musiała ciężej pracować, walczyć bardziej zacięcie i bezwzględnie, aby dostać się tam, gdzie ostatecznie się dostała.

Lacey nie chciała wyraźnie wplatać opowiadanej historii w patriarchalną, heteroseksualną zależność, dlatego uczyniła swoje bohaterki parą lesbijską. Co to jednak zmienia? Czy mimo wielu odsłon tożsamości X nie stała się po prostu karykaturą patriarchalnego mężczyzny? Pod koniec powieści Lucca, tak samo jak my już pewnie dużo wcześniej, przeżywa szok, który sprawia, że nie może patrzeć na nią tak jak do tej pory. Nienawiść to w tej sytuacji za mało, bo bohaterka wciąż X nie rozumie, poszczególne elementy nie składają jej się w całość. Lucca sama jest pisarką, dziennikarką, laureatką Pulitzera, której talent nigdy nie został przez żonę doceniony, zawsze pozostawała w jej cieniu. Ostatecznie zaczynamy rozumieć, że X potrzebowała Lucci, żeby mieć jednego idealnego widza swoich poczynań, świadka życia. Potrzebowała jej, by po jej śmierci ta poskładała niesamowicie pogmatwane losy w jedną całość. Lucca orientuje się, że taka właśnie podrzędna rola została jej przyznana przez X już dawno temu, i zaczyna się przeciwko temu buntować. Jest już jednak za późno. Bohaterka poświęciła poszukiwaniom zbyt wiele lat, a duch żony będzie ją nawiedzać aż do śmierci. Ale czy nie taka właśnie jest rola literatury i pisarza? W końcu sama Lacey oddała autorski głos komuś innemu. Pozwoliła X, która następnie zawłaszczyła Luccę, zagarnąć swoją pisarską tożsamość. Duchy mówią przez nas, a my możemy tylko dawać świadectwo. —

Artykuł pojawił się w numerze: Granice naszej prywatności