Subskrybuj
Ilustracja: Ewelina Karpowiak fot. Marzena Bugała-Azarko/Dziennik Zachodni/Polska Press/East News
Ilustracja: Ewelina Karpowiak fot. Marzena Bugała-Azarko/Dziennik Zachodni/Polska Press/East News
filozof, tłumacz, poeta, prof. Uniwersytetu Śląskiego, ostatnio wydał m.in. NICowanie świata. Zdania z Szekspira (Wydawnictwo UŚ, 2012)

Dionizyjskie lekcje

Książki Normana O. Browna otworzyły przede mną ścieżki i pytania, którymi podążam i z którymi mierzę się do dzisiaj. To drogi nie zawsze popularne, czasem okrężne, ale ich stawką jest niezależność myślenia.

Tytuł książki Browna mówi wiele: Love’s Body zaczyna się tam, gdzie bije źródło nowoczesności – w XVII w. Sam powie: „To problem, który trapił XVII wiek: jak darzyć miłością duszę, nie wyrzekając się ciała”. Stąd wielkie znaczenie poezji metafizycznej w tym czasie. Pisze Fryderyk Hebbel, że „człowiek wypływa raczej z właściwości ciała jak ducha” (tłum. K. Irzykowski). Norman O. Brown z pewnością podpisałby się pod tym sądem. Stąd dylemat: jak uzgodnić rozum z wyobraźnią, rozsądek z emocjami? Co z kolei prowadzi do pytania zadanego uniwersytetom i strażnikom ich procedur: czy dyskurs naukowy musi wymazywać osobowy charakter autora? W jednej z późnych książek Brown dotykał problemu, z którym uniwersytety borykają się dzisiaj uwięzione w gorsecie mierzonej punktami rzekomej „doskonałości”: „(…) w demokratycznie urządzonej akademii prawda stała się przedmiotem publicznej weryfikacji; prawdą jest to, co każdy głupiec może zobaczyć na własne oczy. Oto co dzisiaj uchodzi za metodę naukową: tak zwana wiedza (science) ma za zadanie zastąpić inspirację metodą, przeciętność wstawić w miejsce geniuszu, a wszystko to drogą ustandaryzowanych procedur biurokratycznych. (…) Tajemnica geniuszu została zastąpiona powszechnie obowiązującym mechanizmem”.

Czy można „żyć Blakiem” w świecie profesjonalizmu, innowacyjności, mobilności, elastyczności? A może trzeba zacząć od zbadania, co oznaczają owe pojęcia. Dylemat Browna: „Całe moje Blake’owskie życie pozostawałem pod przemożnym wrażeniem heterodoksji głównych myśli teologicznych poety”, a po tym wyznaniu usłyszymy już samego Williama Blake’a: „Modlitwa jest studiowaniem Sztuki. Wysławianie Boga jest praktyką Sztuki. Post odnosi się do Sztuki. Zewnętrzna Ceremonia to Antychryst. Wieczne Ciało Człowieka jest Wyobraźnią, takowy jest sam Bóg. Chrześcijaństwo to Sztuka, a nie Pieniądze” (tłum. M. Fostowicz). Dionizyjska lekcja Browna: sztuka pojmowana nie jako „profesja”, lecz jako wrażliwe otwarcie na świat to forma poznania świata i praktykowania życia.

Chrześcijaństwo Browna jest apokaliptyczne. Nie chodzi jednak o wizję unicestwionej cywilizacji; to nie mury miasta mają się rozpaść. Miastem, które musi ulec przemianie, jest ludzkie myślenie.

„Istnieje chrześcijaństwo dionizyjskie, chrześcijaństwo apokaliptyczne, chrześcijaństwo cudów i objawień”. Brown zapewne podzieliłby zdanie Leszka Kołakowskiego z eseju o Jezusie ośmieszonym, iż dla większości problemów ludzkości nie ma rozwiązań prawnych czy ekonomicznych, choć podjęcie takich prób jest niezbędne. Przedziwne powinowactwo myśli: oto co pisze Brown o Chrystusie – „Pierwszy krok na drodze do naśladowania Chrystusa to bycie wyszydzonym (mocked). Bóg zostaje wyszydzony”. Potrzebna jest bowiem „przemiana” ducha, czyli to, co Biblia nazywa metanoią. Brown interpretował wydarzenia, które wstrząsnęły naszą częścią Europy w 1989 i 1990 r., jako wybłysk chrześcijaństwa dającego nadzieję na przemianę: „Byłoby (…) swoistą apokaliptyczną nowiną, gdyby nasze społeczne i ekonomiczne spory stały się wreszcie odbiciem powszechnej zgody na to, że jesteśmy wszyscy członkami tego samego ciała i trapi nas wszystkich bez wyjątku problem nadmiarowej produkcji i nadmiarowej konsumpcji. Nie ma innego rozwiązania problemu jaskrawych nierówności, nie ma innego sposobu ustanowienia sprawiedliwości”. Przemianę nazywał metamorfozą. Z wykształcenia filolog klasyczny dobrze wiedział, iloma przykładami przemian rozświetlała się antyczna kultura: Dafne i Akteon, Arachne, Prokne i Filomela, wiele innych znajdziemy u Owidiusza. „Zaczynam od imienia Dionizosa; pozwólcie, że skończę na imieniu Chrystusa: bowiem moc, której poszukuję, jest również chrześcijańska”.

Był Brown wnikliwym czytelnikiem, a lektura była dla niego czynnością polityczną. Rozczarowany polityką po wyborczej porażce Henry’ego Wallace’a, lewicowego kandydata na prezydenta USA w 1948 r., w którego sztabie pracował, filozof pozornie wyrzekł się polityki. W duchu Blake’a i Joyce’a gdzie indziej umieścił arenę polityczności: w sztuce myślenia krytycznego, a szerzej – w dziedzinie edukacji. Był wybitnym wykładowcą o karierze uniwersyteckiej zwieńczonej profesurą na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie pracowało wielu luminarzy lewicowo-liberalnej tradycji uniwersyteckiej. Wierzył w wyzwalającą moc czytania, które z jednej strony jest wyrazem szacunku dla minionych pokoleń, a z drugiej – ustanawia znakomite tło dla odnalezienia własnego spojrzenia na świat.

Czytając, przyzywamy duchy i obcujemy z nimi, jednocześnie je egzorcyzmując.

Człowiek, który czyta, tu Brown powołuje się na Ezrę Pounda, żyje intensywniej niż inni. Książka w jego ręce oświetla mu drogę. Przestaje być podatny na pułapki retoryki. Czytanie może nie uchronić przed satrapami, ale z pewnością może utrudnić im życie.

Zawdzięczam Brownowi także Spinozę odczytanego jako myśliciela ludzkiej wspólnoty zmagającej się z napięciem między rozumem a emocją. Stąd wezwanie z początku Traktatu politycznego, by ludzkich spraw nie wyszydzać. Brown czytał filozofa wraz z napisaną w więzieniu książką Antonia Negriego poświęconą Spinozie, którą Brown uważał za znakomitą próbę „odebrania Spinozy akademikom i tradycji hermetycznej akademickiej lektury i umieszczenia go w rewolucyjnym panteonie jako ostatniego renesansowego panteisty i pierwszego, który zapowiadał bunt mas”. Połączenie refleksji religijnej i teologicznej było u Spinozy frapujące, lecz – zdaniem Browna – wymagało „uruchomienia wyobraźni, wykraczało bowiem daleko poza możliwości racjonalistycznej teologii i filozofii i wymagało empirycznych metod hermeneutyki historycznej”. Od tak pojmowanego Spinozy był już tylko krok do głęboko pojmowanej ekologii.

„Patrząc wstecz na lata trzydzieste, kiedy to być młodym równało się byciu marksistą, zadaję sobie pytanie – Co zaszło od tamtego czasu? Czego się nauczyłem z tych dziwacznych podróży psychodelicznych, to znaczy moich lektur? Czy wynika z tego wszystkiego coś, co byłoby przydatne obywatelom, młodym obywatelom, zaczynającym teraz swoje życie?

Macie prawo pytać, jak wiele lub jak mało”.

To pytanie stojące przed nauczycielem traktującym swe zadanie poważnie – chcącym kształcić niezależne i wolne jednostki, a nie bezwolnych funkcjonariuszy obowiązującego stanu rzeczy.

Zadaję je sobie do dzisiaj.


Norman O. Brown Love’s Body Nowy Jork 1966, s. 276

 

Artykuł pojawił się w numerze: Daj chłopaka, takiego chłopaka