Nasz pies był już na tyle duży, że mógł chodzić na spacery po okolicy. A przygarnęliśmy go w lipcu, jeszcze zupełnego oseska. Coś przydarzyło się jego matce, nie wiedzieliśmy co. Zostawiła cały miot. A wtedy już chodził na obchody, czarny diabeł, nerwowy i zły. Po prawdzie to wszyscy mieliśmy go już dość, ale wiedzieliśmy, że zostaniemy już razem, i wyglądaliśmy przyjścia lepszych dni. Jedni bardziej, inni mniej cierpliwie. Z większą lub mniejszą nadzieją. Rezygnacją tak naprawdę.
Okolica była nowa dla każdego. Dopiero co zamieszkaliśmy całą rodziną w niebieskim domu stojącym na wysokiej skarpie, tuż nad starą austriacką stacją kolejową. Data budowy: 1881 rok. W czasie wojny bomby spadły tu na uchodźców, zabijając 150 osób. A gestapo rozstrzelało sześciu kolejarzy z obsługi stacji za sekretne wyciąganie ludzi z zaplombowanych wagonów. W tamtym czasie ten tor biegł prosto z Krakowa Głównego do Auschwitz. A teraz? Zajęty był przez pociągi podmiejskie wożące ludzi do pracy, a czasem dudnił pod ciężarem niewiarygodnie długich składów towarowych. Węglarek, cystern, eszelonów wypełnionych drewnem i odkrytych platform zastawionych nowymi ciężarówkami czy rulonami stali. Zwłaszcza nocami ciągnęły te rdzawe karawany, wprowadzając okolicę w drżenie, marszcząc wodę w rowku melioracyjnym, strącając ostatnie liście z dębów, akacji, klonów i brzóz, jeszcze wierzb, gęsto rosnących na skarpie. Trzęsło też wtedy domem od fundamentów aż po kalenicę. Lubiliśmy te chwile. Leżąc w ciemnościach, słuchaliśmy stukotu kół i jęków przygniecionego ładunkiem żelaza przesuwającego się w dole, nieopodal nas. Kołyszącego do snu naszą trójkę dzieci, naszego kota i śpiącego zwykle o tej godzinie jak głaz dzikiego psiego podrostka.
Po drugiej stronie torów w dolinie niewielkiej rzeki, na jej podmokłym starorzeczu, wybudowano parking przesiadkowy, na którym wiecznie driftowali kierowcy – chuligani. A dalej za parkingiem szumiała już autostrada ponad ekranami dźwiękochłonnymi. W jesienne poranki i wieczory dolinę zasnuwała mgła, dodając okolicy tajemniczości.
A więc był to rozmyty listopadowy poranek, a my – ja i wiecznie węszący i głodny szczeniak – zostawiliśmy za sobą budynek stacji. Szliśmy wzdłuż torów, górą na skarpie rzędem stały domy. Też nasz dom. Jak to się stało, że zagarniający wszystkie śmieci, i nie tylko śmieci, po prostu zagarniający wszystko jak odkurzacz pies jej nie dostrzegł? Nie poczuł? Tylko minął i pociągnął smycz dalej i dalej, sam nie wiedział gdzie. Przeklęty. Byle dalej. Ja zatrzymałem się w pół kroku. Obok mnie, w płytkim rowku oddzielającym nas od torów, siedziała z podkurczonymi nogami łania. Szara zjawa, tak bisko, że mógłbym jej dotknąć, gdybym tylko chciał. Zdaje się, że zdradził ją ruch powiek, które co chwilę mrużyła. Para szła z ust, a ona siedziała pośrodku stróżki zielonkawej wody cieknącej po dnie rowka. Zimnej na pewno. Może tak zastygła, byśmy ją minęli i poszli sobie, żeby mogła zerwać się i uciec dokądś? Nie wiadomo dokąd. Ale nie uciekała, chociaż odeszliśmy dziesięć kroków ludzkich i ile psich? Dwadzieścia?
Ponad krawędź rowu wystawały tylko jej wielkie uszy. Co mogły usłyszeć? Chrzęst pachnącego smarem kolejowego gresu pod moimi butami? Autostradę? Dachy naczep wolno ciągnęły ponad niekończącą się ścianą. Aż dziw, że to człowiek ją postawił. A nie rasa jakichś mitycznych, wymarłych olbrzymów.
Odeszliśmy te dziesięć kroków i kolejne dziesięć, a ona nadal tkwiła bez ruchu. Dlatego wróciliśmy. Z czarnych gałęzi zwieszających się ze skarpy kapała skroplona mgła. Strażnik miejski, który odebrał telefon, zapytał, czy to sarna.
– To łania.
– Dobrze, przekażę. Leży sarna.
Usiadłem na stercie mokrych głazów, tak starej może jak cała ta stacja obok. Pies położył się przy mnie; leżąc, też sprawiał wrażenie starszego, niż był. Nikt tam nie chodził, było za blisko torów, za dużo ostrych kamyków, potłuczonych butelek i śmieci.
Ktoś miał nadjechać. Już jechał, ale korki. Czekałem, czekaliśmy, ja, pies i łania w rowie. Żadne z nas nie wiedziało na co. Właściwie tak może upłynąć życie. Tak upływa. Zrezygnowałem ze zrobienia dzieciom kanapek do szkoły. Śmignęło ponad nami kolejno kilka szybkich i milczących pociągów podmiejskich zapełnionych ludźmi. Raczej nikt niczego nie zauważył. Jak miał zauważyć? Skoro nawet ja stojący od niej o metr omal nie poszedłem dalej.
– No i gdzie ta bidula?
W końcu, godzinę przed południem, nadszedł człowiek od strony stacji. Szczupły i skupiony. Zsunął się od razu do rowu, ostrożnie dotykając długiej szyi naprawdę dużego zwierzęcia. Badał jej tętno? Wyglądało to tak, jakby ją po prostu głaskał. Jakby zrobił coś, przed czym ja się powstrzymałem, a teraz, patrząc na niego, żałowałem.
Zatrzepotały uszy. Sprawiała wrażenie sennej, ale nie wiedziała, jak wygodnie ułożyć się do snu. Człowiek cofnął rękę i wyprostował się, nagle przekrzywiając głowę.
– Pociąg musiał ją tutaj uderzyć – powiedział, wskazując na zanurzony w wodzie zad. Stwierdził, że na pewno ma złamaną kość udową.
– Da się to wyleczyć?
– Złamanie?
– Tak.
– I co dalej? – zapytał, zamiast odpowiedzieć, wciąż się we mnie wpatrując. – Puścić ją kulejącą do lasu? W prezencie? Dla myśliwego?
Mówiąc to, zdjął niewielki plecak i położył go na krawędzi rowka. Podszedłem, łania siedziała spokojnie z wyprostowaną szyją, a może nie siedziała, tylko przyciskała brzuch do mokrego podłoża?
– Mogę ją wziąć do siebie – powiedziałem, pokazując na skarpę. – Ja tam mieszkam.
Szukał czegoś w plecaku i kręcił głową. Zapytał, czy mam pozwolenie.
– Na co?
– Na hodowlę zwierzyny łownej. Wydaje urząd wojewódzki.
Nie miałem. Nie zapłaciłem, póki co, podatku nawet za tego tu psa. Mruknął, że jeśli nie mam pozwolenia, to nie mogę trzymać na posesji dzikiego zwierzęcia.
– A bez pozwolenia? – zapytałem z nadzieją, bo człowiek wyglądał na osobę wrażliwą. Doświadczoną przez życie, lecz wrażliwą. Na pewno tak było. Ale rzadko która granica jest przełamywana wrażliwością. Pokręcił głową. Będzie musiał zgłosić na policję, bo interwencja jest już w systemie. Odbiorą mi ją i tak, a potem założą sprawę w sądzie.
– Poza tym nie widzisz? – W jego głosie pojawiła się nuta zniecierpliwienia. Nie chciało mu się „panować”. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu odechciało się tego już jakiś czas temu.
– Czego nie widzę? – zapytałem.
– Ona umiera.
Widziałem.
Wyjął z plecaka przybornik przypominający piórnik pierwszoklasisty, ze strzykawką, igłami i fiolkami w środku zamiast flamastrów.
– Hipotermia głęboka… – powiedział, nie wiadomo, czy do siebie, czy do mnie, jednocześnie naciągając zawartość jednej ze szklanych fiolek do wąziutkiej strzykawki – …i prawdopodobnie urazy wewnętrzne.
To brzmiało jak wyrok, jednak to nie on go wydał. On tylko ogłosił go światu. Trudno powiedzieć, czy świat usłyszał. Ja ledwo go słyszałem. Kiedy zrobił swoje i łania wreszcie położyła się, raczej przewróciła na bok, odsłoniła się też opuchnięta już rana w tylnej części tułowia w okolicy narządów płciowych. To ją przyciskała do dna. Nastawienie złamanej kości udowej nic by nie dało. Dopiero wtedy zaczęła sączyć się, a po chwili płynąć krew, barwiąc strużkę wody. Zwykła czerwona krew, jak u każdego. Jak u Jezusa, Barabasza i jeszcze tamtych dwóch, złego i dobrego. Jak ta w krwawej kiszce.
Człowiek wygramolił się z rowu i przystanął naprzeciwko mnie. Staliśmy tak na zarośniętej wierzbiną, nieużywanej bocznicy kolejowej skąpanej w późnojesiennej szarości. W jej blasku i w jej mroku – to z Boba Dylana. Nie wiadomo było, co powiedzieć. Pies też nie do końca był sobą. Nie wyrywał się i nie próbował ugryźć nieznajomego. Spoglądał tylko niepewnie i wciągał ostrożnie porcję nieznanego mu zapachu. Barbituranu? Czy czegoś jeszcze innego?
Mężczyzna rozejrzał się dokoła, jakby czegoś szukał albo dopiero teraz uświadomił sobie w pełni, gdzie się znajduje.
– Przeszła przez tory, żeby się dostać do tego… – powiedział w końcu. Ręką pokazał miejsce za moimi plecami, na skarpie.
Właściciel jednego z domów postawił tam atrapę paśnika. Rodzaj pomniejszonej wersji tego, co czasem można jeszcze spotkać po lasach. Ogólny wygląd, dwuspadowy daszek, skrzyżowane stojaki. Zdaje się, że miało to skarpę ozdabiać. Nadać jej bardziej rustykalny charakter.
– To nie jest prawdziwy paśnik – powiedziałem.
Przyjrzał się uważniej.
– A co? – zapytał.
– Zwykła ozdoba.
– Trzeba to było jej powiedzieć – mruknął i splunął na drobno potłuczone rude kamienie. Powiedział coś jeszcze, ale słowa zagłuszył sygnał przelatującego właśnie pociągu osobowego. Maszynista odganiał nas od torów.
Jak to było? Powiedział, że ktoś się po nią zjawi? Później ją zabiorą? W każdym razie, nie żegnając się, odszedł wzdłuż torów w stronę widocznej niedaleko, niedawno odremontowanej, zabytkowej stacji. Z jej wysokiego komina pięła się ku niebu biała stróżka pary z włączonej już na pełną moc gazowej instalacji grzewczej.
Tamtą wiosnę zapamiętałem nie tylko dlatego, że była pierwsza w nowym miejscu. Może już ostatnim? Bo ile można przewozić wszystko, przenosić? Dorośli, dzieci, skromne umeblowanie, książki, garnki i zwierzęta. Wszyscy niekompletni, niespokojni, odarci z poprzednich czterech ścian jak z ubrania. Ostatni jechał kot. Uciekł, kiedy na starym miejscu sprzętów było już tak mało, że każdy krok powodował pogłos. Trzeba było wrócić po niego specjalnie. Czatować pośrodku pustego pokoju, w którym wydarzyło się tak wiele. W ciszy smakować czas miniony, niemal obserwować jego topnienie wokoło, jak topniał śnieg na gałązkach bzu, które przez te wszystkie lata niemal wchodziły nam do pokoju. Kiedy wreszcie kot wskoczył na parapet, trzeba było go tylko złapać. A potem wsadzić do wiklinowej klatki, na rower i zawieźć do nowego domu w zapadającym szybko zmierzchu. Auta nie było, dopiero co spaliło się podczas przeprowadzki i stało gdzieś na zapleczu warsztatu samochodowego zasypane proszkiem gaśniczym. Czego to znak? Zachodziliśmy w głowy, udając przed sobą, że nie było stare i klepane.
Wiklinowa klatka podskakiwała zawieszona na kierownicy roweru, na szczęście to nie było daleko i mało uczęszczaną drogą. Bezlistne wierzby nie zasłaniały ogromnego księżyca koloru miodu, wstającego właśnie gdzieś spomiędzy ich lekkich koron. Każdą ozdabiając królewsko, uhonorowując każdą. Kołyszący się w klatce kot miał na co patrzeć, ja musiałem pilnować drogi. Nie wiedział tego, co wiedziałem ja. Że tam, gdzie jedziemy, to będzie koci raj, a nie piekło, jak się pewnie spodziewał.
Moje okno znajdowało się na poddaszu i wychodziło prosto na północ. Tamtej wiosny można było obserwować, jak z każdym tygodniem Wielki Wóz wtacza się coraz wyżej i wyżej po niebie. Tamtej wiosny? Każdej. To była maleńka uliczka, nad którą to wszystko się działo. Nasza uliczka. Około trzeciej w nocy budził się pierwszy ptak. Budził się śpiewem, chociaż może dla niego to było coś mniej artystycznego. Może zwykłe wołanie, mówienie do kogoś. Do gwiazd. Do świecących latarni. Do innych ptaków jeszcze śpiących i pewnie przeklinających akurat tego najwcześniejszego z nich. Mnie się podobało.
Chcąc ptaka wypatrzeć, lustrowałem ciemną okolicę, ale jedyne, co widziałem, to czarny kwadrat domu naprzeciwko i uschnięty modrzew na posesji obok. Potężne drzewo, a poznaczone dziurkami wydziobanymi przez dzięcioły, łuszczące się opadającą płatami korą. Posadziła je matka sąsiada. Uschło, kiedy umarła. I tak stało.
Po nocach przychodzą dni, czy nam się to podoba czy nie. Są tacy, którzy wolą noce. W każdym razie to któregoś słonecznego popołudnia nastąpiło wreszcie międzygatunkowe spotkanie. Po jednej stronie zielonego krzaka jaśminu kucałem ja, a z jego drugiej strony na ziemi siedział on. Wpatrywał się we mnie nieruchomy, otwierał szeroki dziób, jakby spragniony czy jakby było mu gorąco. Może też bał się i może też cierpiał? Może pytał w duchu, dlaczego to jego musiało akurat spotkać, taki pech. Bezwładne, ciągnące się skrzydło. Nieprzydatne do niczego. Tego się nie da zaśpiewać. Takiego zdziwienia. Pewnie dlatego milczał. Zaśpiewać da się dopiero pieśń zrozumienia. Albo pogodzenia. Ewentualnie ocalenia. Ale to wszystko było jeszcze w tamtej chwili przed nim i przede mną.
Kiedy udało się go w końcu schwytać, mieścił się w złożonych dłoniach, wystawiając tylko niebieską głowę i uważne, nieruchome oczy. Był ziębą. Powszechnie występującym ptaszkiem, jeśli wierzyć encyklopediom online, chociaż nigdy takiego z bliska nie widziałem. Nie mówiąc już o trzymaniu w zamkniętych dłoniach. A jego głos, no tak, też odtworzony z komputera, pasował do głosu mojego nocnego towarzysza, jak zacząłem sobie go już tamtej wiosny w duchu nazywać. Równie dobrze mogliśmy się w ogóle nie spotkać. A tak stało się. Poza pokiereszowanym skrzydłem nie było widać żadnych uszkodzeń. Żadnej krwi. Chociaż ile ma jej w sobie taki mały ptaszek? Na pewno dużo mniej niż puchu na sobie. Chyba wszystkiego miał dużo mniej niż puchu.
– Co mu się stało? – zapytała młodsza córka, stając za moimi plecami. Za miesiąc egzaminy, czas leci jak szalony. Kiedy zdążyła zrównać się ze mną wzrostem?
– Kot. Chcesz zobaczyć? To zięba.
Nie chciała.
Jedyną dostępną klatką w naszym domu była wiklinowa klatka do wożenia kota. Ciągle ta sama, ilekolwiek by tych kotów było. Można z czystym sercem polecić, zakup na lata. Tym razem w klatce wylądowała zięba. Dostała wody. Dostała odrobinę ziaren owsa i siemienia lnianego. Stan jej skrzydła mógł niepokoić, lecz reszta była aż nazbyt witalna. Jej czarne oczy, czarne okruchy opalu, mieniły się tajemniczym blaskiem. Właściwie dokładnie tak jak wszystkie inne oczy, wszystkich nas, żyjących. Dwa razy w ciągu dnia schodziłem do garażu tylko po to, żeby nie znaleźć jej w klatce. Za każdym razem umiała przecisnąć się przez kratkę wiklinowych drzwiczek. Znajdowałem ją nieopodal, napuszoną, odważną, ale niezmiennie ciągnącą za sobą to nieszczęsne skrzydło. Ostatecznie zacieśniłem prześwit kratek drutem i tak już zostało. Nie wiem, skąd ten pomysł, z filmów z papugami w klatce chyba, ale na noc nakryłem klatkę ręcznikiem, zaciemniając ją zupełnie. Otwór na powietrze zostawiłem. Kiedy zszedłem niedługo po tym, jak zapadł zmrok, ptaszek zasypiał. Jak to ptak, kura czy zięba – widać bez różnicy. W przytłumionym świetle latarki uchylił na moment przymknięte powieki i jasne było, że zasypia. Widok śpiących jest i wzruszający, i w jakiś sposób kojący. Przywraca wiarę w ład naszego świata. Niestety, okazało się, że w tym przypadku to nie był sen, tylko śmierć. Czy jedno z drugim naprawdę jest takie podobne? Z zewnątrz, na pierwszy rzut oka, chyba tak.
Rano ptaszek leżał już zimny i sztywny. Pozbawiony miękkości i ciepła. Wokół rozsypane były ziarna, rozlana woda z miseczki, jakieś mikroskopijne odchody kalały róg kociej klatki.
– I co z nim? – zapytała przy śniadaniu córka. Miała koszulkę „The Clash”. Sama je produkowała w swoim pokoju na górze.
Powiedziałem, że odleciał.
– Naprawdę?
Przytaknąłem. Ucieszyła się. Uśmiechnęła. Szybko poprawiła okulary.
Kiedy wszyscy wyszli i dom zacichł, miałem dość czasu na pozbycie się – i to czego? Czegoś nie większego niż szmatka do mycia naczyń. Wiosenny dzień płynął dalej po nieruchomych wodach czasu, takiego jaki był u początku, takiego jaki jest teraz i takiego jaki będzie do końca. A nocą, kiedy znowu otworzyłem okno popatrzeć na północne gwiazdozbiory i na żałobny modrzew u sąsiada, to znowu usłyszałem ten sam co zwykle śpiew. Nie dało się nie słyszeć. Jakim cudem wszystkich nie budził? Nikt nie dzwonił gdzieś, na policję, na straż, żeby go uciszyć. Przeciwnie. Ptak śpiewał, jakby nigdy nic się nie wydarzyło, przynajmniej nie jemu. Gwiazdy i sztuczne satelity mrugały, a ludzie spali. Chwilę później, może dzień, a może dwa, a może tydzień, jaśmin, pod którym został znaleziony ptaszek, okrył się cały białymi kwiatami. Ani myślał usychać.
Z prawie wszystkich stron otaczały nas drzewa. Kiedy nadchodziło lato, rozpościerały się nad nami zielonym parasolem. Gdzie indziej wszyscy się smażyli w słońcu, kiedy u nas zawsze panował chłodny cień. W wietrzne dni szumiały ogłuszająco.
Tylko z jednej, bezdrzewnej, strony stał inny dom. Zwykły, kwadratowy, z czasów któregoś z sekretarzy. Po śmierci dziadków, po rozwodzie rodziców, po wyjeździe siostry na drugą półkulę mieszkał w nim już tylko Karuna. Sympatyczny, młody chłopak. Lubiliśmy ucinać sobie pogawędki, kiedy wracał z pracy. Opieraliśmy się wtedy o pień jednego z naszych dębów, jakbyśmy chcieli rozpocząć jakąś starodawną opowieść. A to były najczęściej zwykłe small talks. Pożyczaliśmy też sobie kosiarkę i ławkę ogrodową w zależności, do kogo akurat przychodzili goście, przez wspólną bramę, do której nikt nie miał klucza. Dlatego zawsze była tylko przymknięta. Zresztą zawsze ktoś miał na bramę oko, a nikt dość energii na dzwonienie po ślusarzach. Może drogich? Rozpoczynało się lato i ciągle jeszcze w powietrzu unosił się zapach przekwitłych już jaśminów, których pełno było po ogródkach sąsiadów. Nastawał czas mięsistych liści, wręcz żagli wypełnionych wiatrem i czas traw. Lato.
To musiała być pierwsza w nocy, kiedy odnalazłem na telefonie nieodebrane połączenie. Dwie godziny wcześniej dzwonił Karuna. Właściwie nie miałem ochoty oddzwaniać, było już późno, ale telefon zrobił to i tak, sam. Sąsiad miał niewyraźny głos, to znaczy słyszalny dobrze, zwłaszcza że dobiegał zza ściany, lecz był matowy i smutny.
– Co się stało? – zapytałem.
– Potrzebowałem pomocy.
– Potrzebujesz pomocy? – Wstawałem już od stołu, od pracy.
– Już nie – odpowiedział.
Usiadłem znowu i zgasiłem lampkę. Odsunąłem czerwoną indyjską zasłonę na oknie. Ponad dachem i kominami innego sąsiada – gwiazdy. Poza miejskim poblaskiem były jedynymi źródłami światła tej nocy. Siedziałem w ciemności.
– Pamiętasz, opowiadałem ci o szczurze. – Głos w słuchawce płynął prosto do mojego ucha, a stamtąd: do głowy? W moim przypadku, nieraz, nie do głowy, ale od razu niżej. Do klatki piersiowej, w okolicę brzucha, do rąk.
Pamiętałem o szczurze. Tydzień wcześniej kot schwytał szczura i zamiast go zjeść, zaniósł do kuchni Karuny i tam wypuścił. A szczur uciekł, poświęcając kolejne dni na próby zagospodarowania się w nowym miejscu. Przetrząsał śmieci, dziurawił opakowania z makaronem, myszkował po szafkach, wszędzie zostawiając bobki. Zamieszkał gdzieś pod zlewem, ale był tak dobrze ukryty, że w ciągu dnia nie zwracał na siebie uwagi, lecz jedynie w nocy szurał po cichym mieszkaniu. Na pytanie, czy popiskiwał, sąsiad zamyślił się, zacichł na chwilę.
– Może trochę – powiedział – tak. Właściwie to popiskiwał.
Zapytał, dlaczego mnie to ciekawi. Bez powodu. Zwierzęta zwykle popiskują, kiedy są głodne, spragnione albo się boją. Trudno powiedzieć, jak by się ta historia skończyła. Może zamieszkaliby razem i z czasem nauczyliby się jakoś nie wchodzić sobie w drogę? Ale to nie tutaj. Nie w tym świecie. Może w innym. Wiedział o tym ojciec Karuny, w dodatku podnajmował w siedzibie swojej firmy pokoik „eksterminatorowi”, właściwie to „eksterminatorce”. Wystarczyło zwrócić się do fachowca, by załatwić sprawę w sposób właściwy. Profesjonalny. Zdaje się, że ojciec Karuny żył w przekonaniu, iż młodsze pokolenie miewa z tym problemy.
– Była dzisiaj, widziałeś ją. – Głos w słuchawce sprawiał wrażenie zmęczonego.
Rzeczywiście widziałem. Ale nie powiedziałbym, że jest „eksterminatorką”. Młoda i ładna. W obcisłym żakiecie. Podjechała nowym elektrykiem. Do jego mieszkania weszła z walizeczką. A miała w niej nie laptopa, tylko rodzaj pułapki nasączonej specjalnym klejem i okruch przynęty. Ustawiła to pod zlewem i odjechała.
– Złapał się? – zapytałem.
W domu już wszyscy spali. Tylko ja nie. Wszystkie światła były zgaszone. Pewnie dlatego mówiłem szeptem. Chociaż z mojego pokoiku na górze i tak nikt by niczego nie usłyszał.
– Tak. Właśnie dlatego do ciebie dzwoniłem – powiedział Karuna i w słuchawce zaległa cisza.
– Dlaczego?
– Żebyś przyszedł i go zabił.
Na początku chodziło o krzyk. Szczur zjadł przynętę pod zlewem i całym ciałem przykleił się do pułapki. Krzyczał, krzyczał i jeszcze raz krzyczał. Tak można by streścić to, co stało się później. Każdy to powie. Najgorszy jest ich krzyk. „Eksterminatorka” zwierzyła się potem, że też nie może go znieść, zawsze zamyka drzwi i wychodzi. Ale Karuna nie miał dokąd pójść. Ja nie odbierałem telefonu, w ogóle nic nie słyszałem, a szczur nie chciał zdechnąć. A raczej zdychał w głośnych męczarniach. Co było robić? Bez zastanowienia sięgnął po telefon i wpisał w wyszukiwarkę: „Jak uratować szczura przyklejonego do pułapki?”. Odpowiedź pojawiła się natychmiast. „Najczęściej w takich przypadkach trzeba zwierzę polewać olejem i masować”. Rzucił się do wykonania porady. Otworzył drzwi i na schodach wejściowych gorączkowo polewał uwięzionego szczura olejem i masował po grzbiecie i brzuszku, bo nie był to wielki szczur, stopniowo odklejając każdy centymetr. Szczęście w nieszczęściu, miał zapasową butelkę oleju rzepakowego. Nie minęło piętnaście minut, a zwierzę było wolne. Uciekło w wysoką trawę podchodzącą do schodów.
Zasłona w oknie poruszyła się. To wiatr. Chłodny nocny wiatr nadciągał nie wiadomo skąd, gdzieś zza domu. Musiał pędzić przed sobą chmury, bo kiedy wstałem, żeby zamknąć okno, ostatnie światełka gwiazd gasły, jedna po drugiej.
– Jestem pod wrażeniem – powiedziałem do słuchawki, dotykając czołem nagle zimnej szyby.
Rzeczywiście na niebie można było wyczuć bardziej, niż dostrzec kłębiące się tam chmury. Może czarne. Ale nocami wszystkie chmury są czarne.
– Pod wrażeniem czego? – dobiegł mnie cichy głos Karuny. Też szeptał?
– Tego, że zwyciężyło w tobie współczucie – już nie wiem, czy powiedziałem, czy tylko pomyślałem.
– Myślisz, że dobrze zrobiłem? – zapytał.
– Tak.
Było późno, rozłączyliśmy się. O parapet zaczęły bębnić pierwsze krople deszczu. Kiedy kładłem się obok śpiących głębokim snem żony i małego jeszcze syna, postukiwanie zamieniło się w jednostajny szum. Na próżno byłoby usiłować usłyszeć osobne krople. Z nieba płynęła rzeka wody. Leżąc, sięgnąłem po telefon, wybrałem numer Karuny i wysłałem kciuk w górę. A potem jeszcze serce. Po czym, nie przestając się uśmiechać, zasnąłem, trzymając w dłoni duży palec dziecięcej stopy.
W owym czasie porankami sprzątałem codziennie w sklepie odzieżowym w dużej galerii handlowej. Wyposażony w miotły i mopy, przemierzałem połacie białych płytek, zamiatając kurz sypiący się z instalacji rozwieszonych wysoko ponad polem widzenia kupujących. Tamtego poranka staranniej niż zwykle omijałem uciekające, zwinne rybiki. Mieszkały pochowane, na płytkach, pod wieszakami i stojakami z modą. Starałem się nie zagarnąć żadnego. I żadnego nie skrzywdzić. Zatrzymałem się też na odrobinę dłużej przy półkach z wystrojem wnętrz, gdzie ustawiono kilka ogrodowych posągów medytującego Buddy Śakjamuniego. Do domu wracałem z lekkim sercem, a kiedy zobaczyłem jego bramę, jego drzewa, jego ściany i okna, wydały mi się pełne światła. Po deszczu nie było ani śladu. Ten sam chłodny wiatr popchnął chmury gdzieś dalej, odsłaniając błękitne niebo, pod które wzbijał się szum tańczących ponad moją głową liści. Stojąc na schodach przed drzwiami, obejrzałem się jeszcze raz, może żeby nasycić się tym wszystkim. Ale w falującej trawie tuż obok coś leżało. Podszedłem, kucnąłem, żeby przyjrzeć się dokładnie, chociaż wiedziałem. To było ciało nieżywego, utytłanego w oleju szczura. Szczura! Raczej kilkutygodniowego smarkacza, tak małego, przykurczonego i umorusanego, że sprawiał wrażenie, jakby w ogóle jeszcze się nie urodził. A już był sztywny. I już miał to za sobą. Kot musiał wyciągnąć go z gniazda. Nie szukałem wzrokiem, gdzie zaczynają się łapki, a gdzie kończą się pazury, palce, nos i zaciśnięte, nie, jednak otwarte szeroko oczy. Nie szukałem detali posklejanej klejem sierści i kawałków skóry przepalonych chemią i pozrywanych szaleństwem ucieczki, i akcji ratunkowej.
Wziąłem to na papierowy ręcznik. Trzymałem chwilę na złożonych dłoniach, stojąc na brzegu wysokiej skarpy, z którą graniczył nasz ogród. Nad moją głową gwałtowne podmuchy wiatru huśtały konarami drzew. Suche i gnijące liście pokrywały obsypującą się po stromym zboczu, dyskretnie i nieubłaganie, ziemię.