Subskrybuj
Ilustracja: Marta Tomiak
Ilustracja: Marta Tomiak
Prozaik, tłumacz. Psycholog. Opublikował zbiory opowiadań: Wist (2014), Drugie spotkanie (2017) i Trzeci dzień świąt (2021) oraz powieść System Sulta (2019). Wiosną 2024 r. nakładem Wydawnictwa Próby ukaże się zbiór jego esejów Anatomia opowiadania. Wykłada...

Dwadzieścia tysięcy

Nie byłam już wtedy znowu taka młoda. To się tak mówi. To ma znaczyć, że człowiek nie powinien się okazać aż tak głupi, jak się okazał. Tyle tylko że w historiach tego typu kołem zamachowym wcale nie jest głupota. To nie o głupotę tutaj chodzi.

Już raczej o słabość. A człowiek niemłody jest oczywiście najsłabszy. Młody jest silniejszy. To znaczy młody jest niby bezwzględnie słabszy, ale względnie jest o wiele silniejszy, bo mu zostało – niczym w jakiejś gierce komputerowej – jeszcze wiele żyć. Stać go po prostu. Stary z kolei jest silny, bo praktycznie jest już nie do ruszenia. Poza zasięgiem po prostu. Człowiek niemłody zaś, człowiek, który już nie jest młody – ktoś taki jak ja wtedy – jest słaby jak ostatnie kocię z miotu. Człowiek niemłody szoruje na oparach tamtej dawnej młodzieńczej siły, nie umiejąc – lub nie chcąc – budować w sobie tej nowej siły starczej. Człowiek niemłody udaje, że ciągle gra w tę grę, w którą już ani trochę nie gra, równocześnie uparcie odmawiając świadomego udziału w grze, w którą, chcąc nie chcąc, od jakiegoś już czasu pogrywać musi. Nic więc dziwnego, że przegrywa. W obu tych grach. Człowiek niemłody jest najsłabszy. Wszystko można z nim zrobić. Wszystko można mu zrobić. Wszystko.

***

– Wiesz, te dwadzieścia tysięcy to ja mam ogólnie w dupie – mówię. – Tu w ogóle nie o to chodzi.

– No tak – mówi. – Rozumiem.

– I ja nie żałuję tych pieniędzy. Jeśli czegoś żałuję, to na pewno nie tych pieniędzy.

– Sam nie wiem, czy ty tu powinnaś czegoś żałować… – zaczyna.

– No, na pewno nie tych dwudziestu tysięcy – powtarzam. – Co to zresztą jest za kwota w sumie…

– No wiesz – mówi. – No jednak…

– No ja wiem – mówię. – No jednak. Dobrze. Ale mnie nie o to tu w tym wszystkim chodzi. Mnie nie o to chodziło wtedy… Możesz oczywiście powiedzieć, że jemu z kolei właśnie o to…

– Tak – mówi. – Właśnie.

– Że jemu tylko o to chodziło, że właśnie o to. I masz rację. Ale dla mnie to też jest jakoś bez znaczenia w sumie. Zresztą ja bym mu przecież… No, bez problemu. Rzecz w tym…

– Tak?

– Że to nie jest jednak element mojej relacji z nim. Rozumiesz?

– Nie całkiem – przyznaje.

– Bo mnie z nim żadne dwadzieścia tysięcy nie łączyło. Czy tam dzieliło… Mnie się to dwadzieścia tysięcy przydarzyło z jakimś innym kimś, kogo ja w ogóle nie znałam. A z tamtym, którego ja znałam, to nic takiego nie miało miejsca. I mnie może nawet tamtego jakoś, powiedzmy, brakować, i zupełnie mi nic to nie zmienia, że ten drugi, ten inny jakiś…

– Tyle tylko, że to ten sam – mówi.

– No tak, wiem. Wiem przecież. Myślisz, że ja nie wiem?

– Ja nie wiem, czego ty nie wiesz – mówi.

– Bo sam zobacz – mówię. – Ja mogę mieć żal też jakiś tylko do tamtego, którego znałam. Do tamtego człowieka sprzed. Do niego mogę mieć żal, chociaż ty mówisz, że nie wiesz, czy ja powinnam czegoś żałować tutaj. Ale gdyby. To tylko do tamtego. Do tego, który mi żadnych dwudziestu tysięcy nie zabrał. Rozumiesz?

– Próbuję – mówi. – Ale to jest trochę…

– Co?

– Trochę taka sofistyka.

– No, może.

– I może ci to jest potrzebne teraz – mówi. – Takie rozgraniczenie, żeby to sobie jakoś uporządkować.

– Właśnie – potwierdzam. – Bo ja nie mam żalu o te dwadzieścia tysięcy. Nie chcę, abyś ty myślał, że mnie o te dwadzieścia tysięcy chodzi.

– Nie podejrzewałem cię o to – mówi.

– Czyli rozumiesz? – upewniam się.

– Tak. Chyba tak – mówi. – Słuchaj…

– No?

– Ja oddzwonię za chwilę, dobra? Bo muszę tu jeszcze coś ogarnąć… Ale zaraz oddzwonię, dobrze?

– Jasne – mówię. – Na spokojnie. Jasne.

***

Jedyną osobą, z którą mogłam wtedy porozmawiać, był Maciek, taka jest prawda. Wydzwaniałam więc do niego bez przerwy i godzinami wisiałam na telefonie. Przed, w trakcie i po. Chociaż po to oczywiście nie od razu. Długo po – to tak. Wiele dni po, kilka tygodni po. Wtedy bez przerwy. Ale zaraz po, przez tych kilka pierwszych dni, niemal wcale się do niego nie odzywałam. Może się wstydziłam po prostu. Że tak się to skończyło. Może nie mogłam w to zwyczajnie uwierzyć. Chociaż przecież wierzyłam – wiedziałam – właściwie od razu, to znaczy już w trakcie tamtej rozmowy. I tylko nie chciałam przed Maćkiem tego przyznać, bobym musiała w ten sposób przyznać to przed samą sobą. Głośno to powiedzieć. Nazwać to tym nieciekawym imieniem. Chyba wolałam to odwlec chociaż trochę. Dlatego też przez kilka dni w ogóle do niego nie dzwoniłam, aż wreszcie to on zaczął do mnie wydzwaniać – chyba pierwszy raz przez te wszystkie tygodnie. Dzwonił i pytał: „Ej, wszystko dobrze? Czego się nie odzywasz?”. A ja przez te kilka dni cały czas: „Tak, tak, wszystko dobrze, tak, ogarniam wszystko powoli, no tak, on nadal w tej Hiszpanii”. Ale w końcu mnie oczywiście przycisnął i wszystko ze mnie wydobył. Nie dał zbyt długo sobie wciskać tej fasoli. Teraz myślę, że to musiało być zupełnie jednak niewiarygodne. Bardzo łatwo się było zorientować, że coś jest nie tak, właśnie po tym moim milczeniu. Bo niby dlaczego przestałam dzwonić po tym, jak przez kilka tygodni wydzwaniałam do niego codziennie? Po tym i przed tym – bo oczywiście jak już to ze mnie wyciągnął, to zaczęłam do niego wydzwaniać jeszcze częściej. Nie wiem, skąd on brał cierpliwość na to wtedy. Bo miał ją w zasadzie w nieskończonych ilościach. Miał, a w każdym razie: okazywał. „Tak, jasne. Pewnie, że mam czas. Możesz, możesz”. I czasem tylko mówił po jakichś moich naprawdę przydługich wynurzeniach: „Słuchaj, oddzwonię za chwilę, dobrze? Mam tu coś do ogarnięcia. Dzieci mi tu płaczą, coś tam. Zaraz oddzwonię”. A wtedy wiedziałam, że musi chwilę odpocząć po prostu. Musi zaczerpnąć tchu, musi na moment wynurzyć się z tego mojego bagna. Ale zaraz oddzwoni. „Jestem, już jestem”. I zawsze oddzwaniał. „Mów, mów. Już jestem”.

***

A może nie chciałam Maćkowi od razu powiedzieć, bo się bałam, że on wtedy powie coś w stylu: „A nie mówiłem?”. Chociaż pewnie nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Zresztą niczego takiego wcześniej nie mówił… Nie krakał. Nie zapeszał. Nie wywoływał z lasu. Nie snuł czarnych scenariuszy. Zawsze mówił, że ludziom można albo zasadniczo ufać, albo nie ufać. I że w tej pierwszej opcji w skali życia człowiek dwa albo trzy razy dostanie po dupie. W tym raz mocno. A w tej drugiej opcji to się człowiek od jednego z tych razów wywinie. Ale nie od tego mocnego. I że się życie wówczas przeżyje w koszmarze. I że się nie opłaca raczej.

Nie straszył więc, nie zniechęcał i nie ostrzegał. Może tylko nie całkiem podzielał entuzjazm. Własnego entuzjazmu nie odczuwał, no ale niby czemu by miał odczuwać? Mojego w każdym razie nie tępił. Czasem tylko mówił to swoje: „O, aha”. Co mi z perspektywy czasu brzmi trochę jak: „Weź, nie pierdol”.

– No i umówiliśmy się na jutro.

– O, aha.

– No i jadę z nim nad morze, jak wróci z Hiszpanii.

– O, aha.

– No i wiesz, może i coś z tego wszystkiego będzie nawet.

– O, aha.

Czasem pozwalał sobie tylko na takie bardzo lekkie wyrażenie wątpliwości. Humorystyczne, powiedzmy. Pieszczotliwe. Zresztą i to bardzo rzadko. Zresztą zaraz się wycofywał. Zresztą wyrażał przy tym moje własne wątpliwości. I nie przerywał mi, gdy zza fasady tych wątpliwości wylewała się kolejna rzeka entuzjazmu.

– Słuchaj… – powiedział przeciągle pewnego razu, przerywając na moment te moje kaskady. – No? – spytałam. – No co?

– A to nie jest jakiś, no nie wiem…

– No co?

– Jakiś wariat to nie jest?

– W jakim sensie? – Zjeżyłam się.

– No w potocznym, kurwa, sensie. W psychiatrycznym sensie.

– A ty myślisz – zagotowałam się – że we mnie to się można zakochać już tylko w ramach psychiatrycznych, tak?

– A nie, nie! – zaprotestował. – We wszelkich możliwych ramach można się w tobie spokojnie jeszcze zakochać. No, chyba że pytasz tak raczej filozoficznie… O samo zjawisko. Bo wtedy owszem… Ale jeśli pytasz osobniczo… Jeśli jednostkowo, w sensie egzemplarza… Czy w tobie konkretnie się można, powiedzmy, zakochać? No to tak, a pewnie, jak najbardziej. Sam bym się w tobie zaraz zakochał, gdybym tylko miał wolną godzinkę. No ale nie mam, dzieci mi płaczą, mam tu jeszcze coś do ogarnięcia, zaraz oddzwonię, dobra?

***

Pierwszym wariactwem było oczywiście to, aby w ogóle kogoś poznać w realu. Tak się już nie robi podobno. Poznać kogoś na ulicy – dosłownie na samym środku ulicy – a nie po raz tysięczny przez jakąś aplikację czy inny serwis. Zagadnąć – dać się zagadnąć – obcego faceta na ulicy zamiast tych kolejnych pseudoflirtów z jakimś dawno zapomnianym znajomym sprzed lat. Ze studiów. Z liceum nawet. „Hej, pamiętasz mnie? Świetnie wyglądasz. Co w ogóle u ciebie?” No więc nie bez powodu pamiętam cię raczej niewyraźnie. I wcale tak nie wyglądam. To zdjęcie w internecie jest. Ile ty masz lat? Ale oczywiście wcale się tak nie odpisuje. Tylko: „O, jasne, pewnie, hej, ty też się super trzymasz, u mnie dużo zmian, a co u ciebie?”. I tak się to ciągnie, i daje tę jakąś nieświadomą nadzieję – i te wszystkie niespełnione nadzieje wybuchają potem nagle w tej jednej gigantycznej, wulkanicznej erupcji nadziei, kiedy ktoś nagle zagaduje cię na środku ulicy. Leżąc wcześniej na masce twojego samochodu.

– Bo to jest tak, że w naszych czasach… – tłumaczy Maciek.

– A teraz nie są nasze czasy, tak?

– Trochę jednak mniej nasze – precyzuje Maciek. – Więc w naszych czasach to się normalni ludzie poznawali w autobusach, knajpach, parkach i na ulicach, tak? W rzeczywistości fizycznej. A jak ktoś pisał do ciebie przez internet, bo już przecież bywał internet, to od razu było wiadomo, że to jest jakiś, jak to się wtedy mówiło, zboczeniec.

– No tak – mówię. – No, wiadomo.

– A teraz to jest dokładnie odwrotnie – wyrokuje Maciek. – Teraz normalni ludzie się poznają przez internet. A jak ktoś do ciebie podchodzi na ulicy, to od razu wiadomo, że trzeba dzwonić na dziewięćset jedenaście.

– Dziewięć, dziewięć, siedem – poprawiam. – W Polsce jesteśmy.

– Tak – mówi. – Ale wiesz, będą musieli uruchomić niedługo jakieś przekierowanie z tego dziewięćset jedenaście w Polsce też. Bo przecież wszyscy już czerpiemy wiedzę o życiu i świecie wyłącznie z amerykańskich seriali. I nikt pewnie nie pamięta tamtego szkolenia w przedszkolu, a każdy ma w głowie to: kol najn łan łan.

 

I wtedy myślę, że on po to rozwijał ten wielopiętrowy żart, aby przywołać jednak i ten temat. Ten jeden jedyny raz. Bo już nigdy potem go nie przywołał, jak się miało okazać.

 

– A ty myślałaś w ogóle, żeby to gdzieś, no nie wiem…

– Nie – mówię. – Raczej nie. No nie… Nie będę.

– Rozumiem – mówi.

– A ty uważasz, że powinnam? – pytam.

– Sam nie wiem – odpowiada. – Jako podatnik i obywatel chciałbym, aby takie rzeczy były zgłaszane. Jak i wiele innych za rzadko zgłaszanych rzeczy, wiadomo. Ale jeśli chodzi konkretnie o ciebie… Jeśli tu w grę wchodzisz akurat ty… To ja nie wiem, czy ja mogę powiedzieć, że to dobry pomysł. No nie wiem. Rozumiesz?

***

A wtedy, na początku, też oczywiście natychmiast zadzwoniłam do Maćka.

– Słuchaj, pamiętasz tego rowerzystę, którego potrąciłam wczoraj?

– Tego przystojnego?

– Tak. No jednego tylko rowerzystę potrąciłam ostatnio… To dzisiaj znowu go widziałam!

– Żartujesz…

– Serio. Prawie pod samym moim domem. Za rogiem kawałek. Jechał na rowerze.

– Przewidywalny facet.

– Poznał mnie od razu. I mówi: „Uciekam, bo mnie pani znowu będzie samochodem rozjeżdżać”. A ja na to, że teraz to chyba on mnie, bo ja pieszo przecież. Ale on dalej, że się mnie boi, bo ja go śledzę chyba. A ja na to, że ja tu mieszkam za rogiem. A on wtedy, że to każda może tak powiedzieć.

– Zabawny facet. W jakim on jest wieku?

– W naszym mniej więcej, ale…

– Ale na rowerze jeszcze jeździ – wtrącił.

– Właśnie! – zaśmiałam się. – I chociaż widać, że nie jest supermłody już… No ja też zresztą już nie! To on jest taki przy tym jakiś chłopięcy nieco. Uśmiecha się tak jakoś…

– O, aha.

– No co „o aha”. No co?

– No nic. Do ciebie się faceci śmieją, nawet jak ich samochodem tratujesz.

– Prawda?

– I co? – spytał Maciek. – Umówiliście się?

– No skąd, co ty! – zaprotestowałam. – Przecież ja go nie znam. To jest obcy facet z ulicy. Chociaż w sumie na koniec…

– Co?

– Na koniec on powiedział, że jak jutro na siebie znowu przypadkowo wpadniemy, to na pojutrze już się jednak umawiamy celowo.

– To teraz będzie krążył całą dobę wokół kwartału na tym swoim rowerze, aby jutro o świcie przypadkowo na ciebie wpaść.

– Jak mu zależy, to niech krąży!

– W nocy ma padać!

– To zobaczymy, czy mu zależy!

– Tak – powiedział Maciek. – Zależy mu na tym, abyś go w końcu porządnie rozjechała.

– Dobra, o czym my mówimy w ogóle…

– No tak.

– Serio ma padać? – spytałam.

– Serio.

Więc może jednak wyjrzyj jakoś potem pod wieczór, czy tam jakiś nieszczęśnik po deszczu na rowerze nie krąży.

– Wpuszczę go wtedy.

– Nigdy nie wpuszczaj nieznajomych!

– Od trzeciego spotkania to już nie jest nieznajomy.

 

No to możesz go zaprosić na górę z tego deszczu dopiero po północy. Bo jak wcześniej, to będzie cały czas drugie spotkanie. A jak jutro, to już jednak trzecie!

***

– Hej – mówi Maciek – daj mi chwilę, dobrze? Bo trochę tu oko zamknąłem… Ale już jestem, jestem…

– Jak nie możesz gadać, to ja zadzwonię jakoś później – mówię.

– Tak, jeszcze później – mówi. – Świetny pomysł! Spokojnie… Już zaczynam czaić. Możesz nadawać.

– Na pewno?

– Na pewno – potwierdza. – No, co tam wymyśliłaś?

– Powiedz mi – mówię. – Powiedz mi, jak ty myślisz. Czy to jest w ogóle możliwe? Czy to mogło tak być? No, jak ty uważasz… Czy to jest możliwe, że on to wszystko od samego początku zaplanował? Że już jak mi wpadał z rowerem na maskę, to miał to wszystko przygotowane? Że może mnie już wcześniej wytypował? Że wiedział, w czyj samochód wjeżdża? Że dzień później krążył wokół mojego domu, bo wiedział już wcześniej, gdzie ja mieszkam? Że dlatego powiedział, że jak się znowu przypadkowo spotkamy, no i tak dalej, bo doskonale wiedział, że kolejnego dnia na mnie wpadnie pod moją pracą, no bo oczywiście wiedział też, gdzie ja pracuję? Czy twoim zdaniem to jest w ogóle możliwe, że on to miał od samego początku w całości zaplanowane? Że celowo wjechał rowerem w mój samochód, że taki on niby bezbronny? Że potem powiedział, że się boi, że ja za nim chodzę, aby odsunąć z moich myśli podejrzenie, że to on chodzi za mną? Że przy tym trzecim niby-przypadkowym spotkaniu on powiedział, że właśnie wraca ze spotkania w firmie tuż obok mojej, żebym ja go jakoś z nimi skojarzyła, jakoś go zakorzeniła, jakoś go sobie oswoiła, uznała za kogoś funkcjonującego gdzieś tam na mojej mapie mentalnej, za kogoś znanego, bezpiecznego, jak sąsiad, jak kolega z klasy? I że wszystko… Od samego początku… No, każde słowo, każda zagrywka. Że nawet on ten rower pewnie komuś tam wcześniej podpierdolił! Myślisz, że to możliwe, że tak naprawdę wszystko, że od samiutkiego początku?

– Tak – wtrąca wreszcie. – Myślę, że tak. No tak.

– A jak mieliśmy pierwszy raz iść do łóżka…

No?

– I jak on powiedział wtedy tamte słowa…

– „Nie wciągamy brzuchów” – cytuje Maciek.

– Właśnie. Jak on to powiedział…

– To też – mówi Maciek. – To wtedy też.

– Żebym ja co? Gardę opuściła, tak?

– Pewnie tak – przyznaje.

– No, a w ogóle… W łóżku… To jak ty myślisz w sumie? To, że on się tam ileś razy ze mną przespał…

– No to co?

– Czy to dla niego była smutna konieczność czy jednak jakiś też wabik? Czy on mi to dawał, czy raczej brał? Czy on to kupował, czy bardziej sprzedawał? Rozumiesz… Czy to dla niego były po prostu nieuchronne koszty czy raczej dodatkowy zysk?

– Wiesz, słuchaj… – zaczyna Maciek.

– Czy on się zmuszał w ramach inwestycji? To byłoby straszne. Czy się jednak nie musiał zmuszać? Ale to też by było straszne, bo to by znaczyło, że on mnie jeszcze dodatkowo, jeszcze do tego wszystkiego, jeszcze i w takim sensie wydymał.

– Tak czy siak… – mówi.

– No ale jak to raczej było? Jak ty myślisz? – pytam i orientuję się, że sama nie wiem, jaka tu jest dobra odpowiedź, jaka tu odpowiedź jest mniej zła: nie wiem i wygląda na to, że Maciek też tego nie wie.

***

– Wiesz, miałem kiedyś podobną historię – mówi Maciek.

On tak zawsze robi. Opowiada jakieś zmyślone historie jako swoje. A może i czasem swoje jako zmyślone. Ludzie mu pewnie często opowiadają różne swoje historie, już przez nich nieraz mocno podkoloryzowane, a on je wchłania, trawi, przekręca i wypluwa już ze swoją pieczęcią firmową. Pewnie tę moją historię też będzie jeszcze kiedyś opowiadać jako swoją. Po odpowiednich zmianach oczywiście. Płeć będzie musiał przestawić. Chociaż nie. Wtedy ta historia się nie utrzyma. Stałaby się niewiarygodna. Nikt by nie uwierzył, że kobieta mogłaby coś takiego zrobić. To musi być facet. To są zawsze faceci.

– Miałem kiedyś podobną historię – mówi Maciek. – Chociaż oczywiście nie taką samą. Banalną dość. Bez porównania. Nie porównuję się tutaj do ciebie ani trochę. Ale sam mechanizm… Sam sposób ludzkiego działania. Jakaś taka wewnętrzna logika sytuacji. Krąg, z którego nie można się wyrwać. Jednokierunkowy łańcuch zdarzeń. I jak sobie tę banalną historyjkę przypomniałem, to jakoś bardziej cię rozumiem. I może jak ci tę moją historię opowiem, to ty sama będziesz mogła siebie lepiej zrozumieć.

– Opowiedz – mówię.

– Miałem kiedyś taki telefon. To znaczy wiele miałem takich telefonów, to jasne, ale ten jeden zapamiętałem najlepiej. Może dlatego, że był taki grubą nicią szyty… Zadzwonił do mnie jakiś facet. Mówił kulejącą polszczyzną. Z ruskim akcentem. Dosłownie. Od początku średnio udane. I on do mnie mówi, że zarejestrowali próbę włamania na moje konto bankowe. Znasz to?

– Tak – mówię. – I że musisz przelać wszystkie pieniądze na jakieś robocze konto teraz…

– Nie – mówi Maciek. – Że mam zainstalować jakąś tam aplikację zabezpieczającą. Coś tam… Znał moje nazwisko, znał mój adres. – Łatwe do zdobycia – przyznaję. – Właśnie. W sumie nic trudnego. No i wiesz, ruski akcent, numer zarejestrowany w Szczecinie. – Średnio wiarygodne.

– Właśnie. Bo widzisz… Ja w sumie od samego początku, no w każdym razie bardzo szybko… Ja wiedziałem, że to jest jakieś oszustwo. Ale, rozumiesz, nie byłem w stanie przerwać tej rozmowy. Słuchałem go. Odpowiadałem na pytania. Wiedziałem, dokąd to idzie. Wiedziałem. Ale jakby poza ciałem. A zahipnotyzowane ciało prowadziło grzecznie rozmowę. Grzecznie. Tego nas uczą. Posłusznie. Biernie. Wszystko się z człowiekiem da zrobić. I w ogóle nie chodzi tu o twoją nieświadomość, o to, że cię zwiedli, o to, że się oszustwo udało. To jest jakiś wewnętrzny mechanizm samej tej sytuacji.

– No i co dalej? – pytam. – No nic. Jakimś najwyższym wysiłkiem woli zdołałem nacisnąć ten czerwony przycisk. Odrzuciłem telefon. Nie odbierałem potem, jak do mnie znowu dzwonił. Aż wreszcie zablokowałem ten numer. Jednym kliknięciem się to robi. Jakby trzeba było coś więcej, tobym pewnie nie dał rady. I nie byłem w stanie mu powiedzieć: „Ty chuju. Ty oszuście. Tu chujku zbożowy z ruskim akcentem”. Nie byłem w stanie się z nim skonfrontować. Powiedzieć wprost, że mu nie wierzę. Musiałem uciekać. Nie potrafiłem tego inaczej przerwać. Nie potrafiłem zaprotestować. Chociaż przecież od samego początku wiedziałem. I okazało się, że to moje wiedzenie nie ma tutaj nic do rzeczy. Nic. Rozumiesz? Nic.

***

To jest o tyle trafne, że ja pewnie też wiedziałam. I że też przez telefon. Ale u mnie to chyba nie była kwestia żadnej tam hipnozy. Może i wewnętrznego mechanizmu samej sytuacji, tak. Ale bardziej jednak była to jakaś próba obrony tego, ile to tam, miesiąca? Bo przecież gdybym odpowiedziała nieufnością, tobym wszystko zrujnowała, zakładając – a nie było to przecież całkiem wtedy niemożliwe – że w ogóle było tam coś do rujnowania. I może tego nie chciałam ryzykować. Może wolałam jednak zaryzykować te dwadzieścia tysięcy. Bo gdyby to jednak była prawda, a ja bym odmówiła… No to wtedy też… A w sumie co to jest za suma te całe dwadzieścia tysięcy?

Więc może ja postanowiłam bronić tamtego miesiąca. Nie żeby on był jakiś fantastyczny. On – ten miesiąc. On – ten facet. Ale jednak… Ta swoboda może. To niewciąganie brzucha. (Ciekawe: czy on to sprzedawał, czy raczej kupował? Ciekawe: czy to był jego koszt, czy to był jego zysk?) I sam ten fakt, że ktoś może jeździć wokół kwartału na rowerze, żeby udawać, że na mnie przypadkowo wpadł. No bo przecież wiedziałam, że to nie jest przypadkowo.

I jak wtedy zadzwonił, to też chyba wiedziałam. Jak zadzwonił niby z tego lotniska w drodze do Hiszpanii. Że taka idiotyczna sytuacja. Że on już ma boarding zaraz. Że to jest nie do uwierzenia w sumie. Że go strasznie wkurzył tamten facet. Ale że inaczej tamto mieszkanie przepadnie. I że strasznie mu głupio o to teraz prosić. Ale że ta zaliczka to jest symboliczna w sumie. Bez sensu, aby mieszkanie za półtora miliona przepadło z powodu marnych dwudziestu tysięcy. I że on nie ma teraz dostępu do konta. I pytał już, okazuje się, że w euro nie można. Cholera wie dlaczego w sumie. Wkurzył go ten facet. Ale zanim on wróci, to tamto mieszkanie przepadnie. No i może trudno, jak ja myślę? Może trzeba poczekać… Ale szkoda też trochę. Bo ten balkon tam jednak taki wielki… Przysyłał mi zdjęcia. I że to okazja ciągle w sumie. I może warto… Zaraz boarding ma. Telefon będzie musiał wyłączyć. No i on nie wie. Głupio strasznie. Ale może ja bym mogła?

– Wyślę ci numer konta zaraz – powiedział.

– W tytule przelewu koniecznie daj numer oferty – powiedział.

– Kończę, bo jeszcze te wiadomości ci wysłać muszę, a już mam tutaj last call – powiedział.

– A na tym balkonie sobie takie dwie ławeczki ustawimy – powiedział.

Widziałem gdzieś takie niebieskie ławeczki – powiedział.

– Dasz radę? – spytał. – Naprawdę dasz radę?

– Dam radę – powiedziałam. „Last call” – pomyślałam. Wciągnęłam brzuch.

Artykuł pojawił się w numerze: Daj chłopaka, takiego chłopaka