O Kościołach w Ameryce Łacińskiej i sytuacji społeczno-politycznej, z którą poszczególne episkopaty mierzyły się w Salwadorze, Kolumbii, Meksyku i Chile. I o tym, jak zalecenia Kurii Rzymskiej kierowanej przez JP2 sprzyjały tamtejszym dyktatorom i bogaczom. Wreszcie o czarnych charakterach, jak ks. Marcial Maciel Degollado czy kard. Alfonso López Trujillo. Rzut oka na indeksy opublikowanych u nas wcześniej biografii Wojtyły wystarczy, by przekonać się, że te dwa nazwiska nie pojawiają się w nich w ogóle lub sporadycznie. Z jednej strony rodzi to pytanie: czy tylko z tej przyczyny, że kiedy pisano je pod koniec pontyfikatu, nikt o tym jeszcze nie wiedział? Z drugiej strony prowadzi to do wniosku, że czytając Nie naszego papieża, warto złapać proporcje – książka ta nie stanowi ani wyczerpującego, ani reprezentatywnego obrazu papiestwa JP2. Choć jednocześnie jest prawdziwa. Jak to możliwe? Wlekły, który z całą pewnością nie jest napastliwy wobec Wojtyły i ludzi wierzących, pisze we wstępie: „Zdaję sobie sprawę z dobrych stron tego pontyfikatu, opowiadam jednak o jego wielkich błędach”. A te wielkie błędy ujawniały się na kontynentach amerykańskich – w krajach, które w roku 2000 „były domem dla połowy wszystkich katolików”.
I rzeczywiście, opisane zostały sprawy, z których nie można JP2 i jego administracji wytłumaczyć. Choćby te dwie. Dlaczego utrzymywano przywileje dla uzależnionego od morfiny Degollado, który wykorzystał ponad 100 małoletnich (w tym własne dzieci), mimo że o pierwszym przypadku dokonanego przez niego molestowania przełożeni wiedzieli już w latach 50.? Jak to możliwe, że mimo ostrzeżeń na przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Rodziny (Trujillo piastował ten urząd przez 18 lat) mianowano manipulatora i wroga biednych, a także osobę oskarżaną o wykorzystywanie seminarzystów i przemoc wobec męskich prostytutek?
Dziedzictwo
Próby odpowiedzi prowadzą w ślepą uliczkę – zgadywanie, co lub ile Wojtyła wiedział. Spór obrońców i krytyków papieża może się toczyć na tym polu bez końca. Dlatego konstruktywna i trzeźwa wydaje mi się zmiana perspektywy, którą w rozmowie z Mirosławem Wlekłym na temat jego książki zaproponował Paweł Mościcki: nie koncentrować się na stanie wiedzy papieża, ale na skutkach, do jakich doprowadził jego pontyfikat. Swoim następcom JP2 zostawił Kościół, w którym doszło do wyhamowania zmian i dyskusji zainicjowanych przez Vaticanum II, obsesyjnie skupiony na seksualności, uwikłany w skandale obyczajowe i finansowe, a także ich tuszowanie, współpracujący z niedemokratycznymi reżimami, Kościół z kiepską obsadą personalną. Przyglądając się tym zmianom, Mościcki zwrócił w podcaście Inny Świat uwagę na analogię pomiędzy działaniem ruchów społecznych na świecie i w Kościele. Lata 60. to czas rewolucji młodzieży na Zachodzie oraz Soboru i jego kontynuacji np. w postaci konferencji w Medellin, gdzie zrodziła się teologia wyzwolenia. Lata 80. i kolejne stanowiły okres kontrrewolucji z konserwatystami na czele mocarstw jak Reagan czy Thatcher i współpracujący z nimi Jan Paweł II. Prowadzi to do ciekawego wniosku: o ile często interpretowano JP2 jako niemalże superbohatera, który zmienił bieg historii, o tyle z tej perspektywy widać, jak bardzo okazał się uwarunkowany przez czas, w jakim żył, i że idealnie wpisał się w konserwatywny klimat epoki.
W swojej książce Wlekły obsadził Wojtyłę nie w roli duchowego lidera czy człowieka modlitwy, lecz przede wszystkim w roli polityka. Odnosi się nawet wrażenie, jakby realizacja celów w tym obszarze była dla papieża kluczowa. Walka z komunizmem i wspieranie Solidarności tak zdeterminowały jego myślenie, że gotów był wspomagać dyktatorów, zamiast bronić ubogich i pracujących z nimi mordowanych przez reżimy latynoamerykańskie księży. W 1983 r. na nikaraguańskim lotnisku upomniał klęczącego przed nim ks. Ernesta Cardenala (pełniącego funkcję ministra kultury w lewicowym rządzie sandinistów), a dobę później w Salwadorze uścisnął rękę Roberta D’Aubuissona, oskarżanego dziś o współodpowiedzialność za śmierć 75 tys. osób, w tym abp. Oscara Romero. Najważniejsze było to, by wpływy marksizmu się nie rozrosły. Kierowana przez Polaka kuria nie pytała też o źródła darowizn, nawet gdy pochodziły od narkotykowego bossa Pablo Escobara lub z drenażu lokalnych środków ubogich parafii. Nominował na stanowiska konserwatystów, bo gwarantowali, że rewolucyjne pomysły nie przedostaną się do Kościoła.
Ta narracja jest jednak zbyt jednorodna. Czy to dziwne, że Wojtyła nie rozumiał Ameryki Środkowej i tonował rewolucyjne nastroje? Tamtejsze episkopaty były podzielone. Sam wspomniany już abp Romero potrzebował czasu, by zrozumieć sytuację swego kraju. W Nikaragui, gdzie Front Wyzwolenia Narodowego obalił reżim Anastasia Somozy, istniała realna obawa, że wśród katolików dojdzie do rozłamu – ok. 20% wiernych zaczęło sympatyzować nie z Watykanem, tylko z „hołubionym przez władze »Kościołem ludowym«” (Poniewierski). Pięćdziesiąt lat temu region ten był dużo mniej stabilny i przewidywalny niż dziś. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że przewodzenie globalnej organizacji wymaga doskonałego rozumienia odległych od siebie kontekstów i wyjścia poza własny interes narodowy. Pomóc mogą w tym mądrzy doradcy, których – co książka Wlekłego uzmysławia – papieżowi dotkliwie zabrakło.
Wybiórczo
Ceną koncentracji na Ameryce Łacińskiej jest fakt, że z Nie naszego papieża nie dowiemy się nic o tym, co JP2 i prowadzony przez niego Kościół robił w tym samym okresie w innych miejscach. Choćby na Filipinach, gdzie papież gościł w 1981 r., upominając się o przestrzeganie praw człowieka i potępiając stosowanie przemocy. Pięć lat później Filipińczycy pozbyli się dyktatora Marcosa przy czynnym udziale katolików. O pokojowy opór wobec prezydenta apelował episkopat w Manili, a 2 mln wiernych modliło się na różańcu, blokując przejazd czołgów. Dla pełniejszej oceny „geopolitycznego” wymiaru pontyfikatu brakuje też zdarzeń po 1989 r. Papież potrafił skutecznie opierać się kolejnemu republikaninowi w Białym Domu, George’owi W. Bushowi. Głośno i dobitnie nalegał na odstąpienie od decyzji o inwazji na Irak w 2003 r. Jak widać, lepiej niż wielu polskich i zachodnich polityków przewidywał jej druzgocące konsekwencje dla mieszkańców Iraku i dla całego Bliskiego Wschodu.
Jednak tak bardzo skoncentrowana na wybranym aspekcie papiestwa Wojtyły książka dobitnie uzmysławia, że właściwie wszyscy postrzegali JP2 w jakiejś mierze selektywnie. Podziwiając jego gesty, takie jak ten w Asyżu (1986) czy pod Ścianą Płaczu (2000), intelektualne i literackie wyrafinowanie, rekordową liczbę podróży i wiwatujące na jego cześć tłumy, a także niezłomność w znoszeniu cierpienia po zamachu oraz w ostatnim etapie życia, ignorowano politykę jego administracji. To naturalne. Czytałem tę książkę, oglądając równolegle 6. sezon serialu The Crown, który m.in. pozwala dostrzec tabloidyzację sfery publicznej właśnie w czasie pontyfikatu Polaka. Wojtyła odgrywał dla katolików, zwłaszcza polskich, rolę celebryty jak Diana dla Brytyjczyków. Pełnił też inną funkcję – koił nasze niskie poczucie wartości, oparte na polskich kompleksach i prowincjonalizmie. Fakt, że był głową Kościoła i partnerem dla prezydenta USA, tak cieszył opinię publiczną nad Wisłą, że nieważne było, w jakiej sprawie z nim paktował i jakie dla różnych części świata miało to skutki. Zwłaszcza że pod koniec komunizmu mieliśmy tylko jednego wroga – w Moskwie. Po jego upadku zaś zbyt łatwo uwierzyliśmy w koniec historii.
To może banalne obserwacje, ale wydają mi się ważne – także w kontekście tendencji obecnych dziś w ocenie dorobku polskiego papieża. Po pierwsze, dominuje w nich prezentyzm; tak jakbyśmy w latach 80. i 90. wiedzieli to wszystko, co wiemy teraz o Kościele i świecie, i jakbyśmy zawsze pytali o to, co dzisiaj wydaje się najbardziej palące (nie twierdzę, że nie mieliśmy krytyków papieża, lecz bynajmniej nie były to w Polsce głosy powszechne). Po drugie, generalizacja, czyli rozciąganie negatywnych stron pontyfikatu na jego całość, gubienie proporcji, używanie wielkich kwantyfikatorów. Na przykład z krytyki wobec księży sandinistów i awansów dla Trujillo ktoś wysnuje wniosek, że papież był nieczuły na ucisk i biedę. O tym, że to bzdura, wie każdy, kto zerknie do jego tekstów i przemówień – także tych wygłaszanych w Ameryce Łacińskiej (na marginesie: Wlekły tego rodzaju tekstów źródłowych nie przytacza, nawet w bibliografii, opiera się zaś przede wszystkim na rozmowach ludźmi). Obraz świata, także pontyfikatu papieża Polaka, nie jest czarno-biały.
Chybione
Są w książce fragmenty, w których autor się w krytyce papieża zagalopował. Najbardziej jaskrawy tego przykład to zamieszczenie historii Pawła i Moniki w rozdziale nt. papieskiego nauczania o seksualności, zasadniczo skoncentrowanego na Afryce, epidemii AIDS i kościelnym zakazie stosowania prezerwatyw. To opowieść o parze, która poznała się na pielgrzymce. Obydwoje wierzący, on jednak zdecydowanie bardziej dewocyjnie: zakazuje żonie wkładania szpilek i pracy zarobkowej, a wymaga noszenia medalików i dążenia do świętości. W końcu posuwa się do przemocy: pobicia i gwałtu. Monika ucieka, ale gdy w 2012 r. Paweł ją odnajduje, to morduje żonę na oczach dzieci, zadając jej 15 ran nożem.
Ta tragiczna historia wskazuje przede wszystkim na poważne zaburzenie psychiczne, jakie musiały być udziałem bohatera, a nie na wpływ nauczania JP2 na katolickie rodziny. Paweł najwyraźniej nic z niego nie rozumiał. Zresztą siłę tego wpływu w innych miejscach książki podważa sam Wlekły, co najmniej dwukrotnie przywołując opinię „znawców Kościoła” twierdzących, że Jana Pawła II chętnie i tłumnie oklaskiwano, a rzadziej słuchano. Ta historia jest w Nie naszym papieżu zupełnie zbędna. Szczęśliwie pozostałe przykłady z rozdziału są zdecydowanie lepiej dobrane: o dyskryminacji samotnych matek w Angoli czy o niezrozumieniu przez polskiego papieża funkcjonowania struktur rodzinnych w Afryce i rozprzestrzeniania się AIDS.
***
Dla większości pilnie śledzących sprawy Kościoła czytelników sprawy opisane przez Wlekłego nie będą zaskakujące. O ile jednak wiedzę tę trzeba było zbudować na obszernych i zawiłych raportach, o tyle teraz otrzymujemy ją w formie wciągającego reportażu. Świadomość błędów Wojtyły z pewnością się dzięki temu upowszechni. Zdecydowanie jednak nie jest to książka, która zastąpi poświęcone mu wcześniej publikacje. Raczej celnie je uzupełnia, pozwalając zajrzeć w rejony, gdzie rzadko się zapuszczamy, a niektórym wciąż wobec JP2 bezkrytycznym pomoże przejrzeć na oczy. Szkoda by jednak było, gdyby Nie nasz papież posłużył tylko do strącenia Wojtyły z pomników. Byłby to równie pusty i bezrefleksyjny gest jak ich pochopne masowe wznoszenie.
Korzystałem m.in. z książki Pontyfikat… Janusza Poniewierskiego (Kraków 2005).
Mirosław Wlekły Nie nasz papież. Pontyfikat Jana Pawła II na świecie Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023, s. 400