Przed egzaminem wstępnym do liceum wojskowego chroniło Nazıma i jego drużynę kilkanaście jasnych, wczesnowiosennych dni. Początek kwietnia świętowali więc dbałością o tężyznę fizyczną. Katowali ciała forsownymi – w ich wciąż chłopięcym mniemaniu – ćwiczeniami, które nazywali „treningiem komandosów”. Wyciskali z siebie siódme poty, jakby na egzaminie mieli przystąpić tylko do części sprawnościowej, zupełnie zapominając, że czeka ich jeszcze test z wiedzy ogólnej.
W piątek rano wszyscy zdjęli krawaty, upchali je gdzieś na dnie plecaków i uciekli ze szkoły. Parę godzin później chłodzili spocone plecy o zacieniony murek tuż obok placu zabaw, na którym jeszcze chwilę temu odbywał się – opracowany przez drużynę – trening. Trening bestialski i wściekły, ale nie do tego stopnia, by na jego zakończenie nie zdołali rozegrać meczu na jedną bramkę.
Leżeli oparci o mur, z podwiniętymi do kolan nogawkami spodni, rozpiętymi koszulami, bez butów i ze spodami skarpet czarnymi od brudu. „Mój Allahu, jak w czerwcu – pomyślał Nazım, mrużąc oczy do białego olśniewającego nieba. – Było jednak zostać w klasie!”
Hüseyin, najchudszy z całej…