Subskrybuj
Maciej Jakubowiak Hanka Maciej Jakubowiak „Hanka" Wydawnictwo Czarne
fot. Wydawnictwo Czarne
Antropolożka kultury, autorka książek Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji (2016) oraz Wyroby. Pomysłowość wokół nas (2018) i Czyje jest nasze życie (2017; wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim).

Drenda: wybieram „Daleko od szosy” zamiast Annie Ernaux

Maciej Jakubowiak chciałby oddać hołd swoim korzeniom, wpisując się w wyznaczone już wcześniej literaturą ramy, a tymczasem mama i babcia wciąż z nich umykają.

W papierowym wydaniu Miesięcznika ZNAK artykuł ukazał się pod tytułem Ktoś


Na pewnym pogrzebie usłyszałam dwie mowy na cześć zmarłej. Z jednego z pożegnań wyłaniała się osoba oddana życiu prywatnemu, serdeczna, gościnna, zapamiętana za to, że zawsze witała swoich gości gorącą herbatą. W drugim natomiast wspominano jej odwagę, obywatelską postawę i piękną kartę zapisaną w czasie wojny. Głosy te odnosiły się do tak różnych aspektów życia, jakby dotyczyły całkowicie osobnych życiorysów, choć przemawiający niewątpliwie znali zmarłą długo i bardzo dobrze. Oczywiście przeciętne życie trwa długo, wiele więc może się w nim wydarzyć, każdy też nieuchronnie się zmienia. Czasem bywa tak, że to jedno życie może pomieścić kilka sporych biograficznych rozdziałów. Jednak gdy czytałam Hankę Macieja Jakubowiaka, miałam z tyłu głowy to, jak łatwo jest stać się mimo woli reżyserem czyjejś biografii. Mimo woli, bo nasze przekonania, punkty widzenia, nasze życie podpowiadają nam, jak chcielibyśmy kogoś widzieć.

Annie Ernaux czy Daleko od szosy

Tytułowa Hanka to mama autora. Tu muszę docenić udaną szarżę Macieja Jakubowiaka: wybór takiej bohaterki narzuca odruchowo albo wspominkowy sentymentalizm, albo budowanie pomnika na piśmie, albo dla odmiany gorzkie rozrachunki. A nic z tych rzeczy w książce nie znajdziemy. Lecz Hanka to w rzeczywistości biografia potrójna, bo równolegle opowiada losy babci Albiny oraz wreszcie samego autora, a dokładniej: mówi przede wszystkim o ich ambicji i drodze do wykształcenia. Rozłożonej na raty, bo tytuł doktorski zdobędzie dopiero Maciej. I Albina, i Hanka powtarzają scenariusz niezrealizowanego marzenia, które później starają się spełnić rękami dziecka. Babcię pasjonuje nauka, nawet za sprawą ambitnego nauczyciela poznaje troszkę esperanto, ale decyzją ojca zostaje w gospodarstwie i kończy szkołę na kilku klasach. Misję ma kontynuować córka, która pomyślnie zdaje, choć nie od razu, maturę – jednak i tu coś za coś, bo Albina nie zgadza się na przeprowadzkę do Zabrza, tym samym zamykając Hance, utalentowanej lekkoatletce, drogę do sportowego zawodowstwa. Woli, by córka zajęła się nauką – tak przynajmniej relacjonowała historię swojej, być może, niedoszłej medalowej sławy sama Hanka. Jednocześnie obu bohaterkom czasami się szczęści, na skalę zwyczajnego, względnie udanego życia: Albina po wojnie porzuca chłodny i ubogi dom rodzinny, zamieszkuje wraz z mężem górnikiem w jasnym, wygodnym mieszkaniu na Śląsku. Hanka po maturze zajmuje się pracą administracyjną w kopalni, dalej uprawia sport, jej dzieci idą na studia. Jak to w zwyczajnych życiach, dzieją się tam rzeczy lepsze i gorsze, utrwalają się pewne nawyki, odkładają się żale.

Jakubowiak, owszem, prowokacyjnie rozpoczyna swoją książkę słowami, że „mama była nikim”, ale w toku opowieści szybko okazuje się, że to oczywiście nieprawda, i nawet próbując wydestylować idealną historię ludową, trzeba potykać się o osobne koleje losu, bo każdy jest na własny sposób kimś.

A jeśli Hanka i Albina same chciałyby napisać swoje biografie, gdyby uznały to za warte zachodu? Potomek częściowo dokonuje rekonstrukcji na podstawie ich własnych wypowiedzi, opowieści, powiedzonek, przy czym jednocześnie próbuje wpisać ich życiorysy w to „się”, którego używa Annie Ernaux, opowiadając o podejściu do nauki i pracy, zwyczajach związanych z jedzeniem, o nadwadze, o telewizji, o zakupach, stara się prześledzić wzory, powtórki, scenariusze typowe, wszak żyjemy w społeczeństwie, a „zwrot klasowy” w literaturze znacznie takiemu spojrzeniu pomaga.

Uważam za smutne, że zamiast przypomnieć sobie serial Daleko od szosy, daliśmy się jako polscy literaci i badacze uwieść opowieściom z importu, przybyłym ze znacznie bardziej usztywnionych społeczeństw, francuskiego i brytyjskiego. Choć z pewnością można w opowieściach Annie Ernaux, Didiera Eribona czy nieco zapomnianego już Richarda Hoggarta odnaleźć sceny, które mogły dotyczyć każdego nosiciela łatki „zdolnego dziecka”, to ich scenariusze niekoniecznie przystają do świata ludzi, by pożyczyć sobie termin z tytułu książki Magdy Szcześniak, „poruszonych” (życiorys Albiny spokojnie mógłby znaleźć się w jej publikacji). Przez to łatwo utracić specyficzny dla społeczeństwa polskiego koloryt, jego nieoczywistości i rozwibrowania, olbrzymią mobilność i możliwość awansu w PRL-u czy gwałtowne sukcesy i upadki w latach 90., ulec złudzeniu, że procesy te wszędzie przebiegają podobnie.

Przechytrzenia i drogi na przekór

Na szczęście Hanka „przechytrzyła teorie socjologiczne”, jak przyznaje jej syn. W wykazaniu tego pomaga chwilami autoironiczny, samoświadomy styl pisania Jakubowiaka, który czasami irytuje pilnością w powoływaniu się na kanon autofikcji, ale na szczęście na ogół mruga okiem, sygnalizuje dystans (nawet przyznaje, że pisząc pośmiertnie w czyimś imieniu, nie zachowuje się do końca w porządku, bo nie wiadomo przecież, ile ktoś chce opowiedzieć o sobie sam). Najciekawsze, choć niełatwe, obserwacje pojawiają się w chwilach największej szczerości. Autor przyznaje, że w latach 90. jego rodzina stała się biedna, ale też nie umyka rzeczywistości, zaznaczając, że w ówczesnych Żorach wszyscy z reguły jechali na jednym wózku, a do tego położenie nie oznaczało spisania na straty. Bieda nie wyznaczała przeznaczenia: może każdy „nikt” do jakiegoś stopnia wymija teoretyczne prawidła? Cenne są też fragmenty pokazujące, że nie da się przyłożyć prostej miary „bytu” do „świadomości”, np. jak to się dzieje, że pracując w kopalni, wcale nie popiera się związków zawodowych. Albo jak to się dzieje, że Hanka wręcza synowi w prezencie książkę Dalajlamy.

Hanka, która przechodzi na wcześniejszą skromną emeryturę, która zajada smutki i czyta romanse, która pracuje w administracji typowej kopalni w typowym miasteczku, i Hanka, która poznaje olimpijczyków, która świetnie skacze wzwyż, która prowadzi intensywne życie romantyczne i chce przepłynąć morze do Szwecji, to ta sama osoba – podobnie jak bohaterka mów pogrzebowych, o której wspominałam wyżej. Takich „przechytrzeń” jest bardzo wiele, tak wiele, że czynią teorie bardzo umownymi. To częściej pisarze, jak na ironię, chcą trzymać się teoretycznych wskazówek wiernie, jakby wierzyli w przeznaczenie. Może to dlatego w rodzinnych opowieściach Annie Ernaux to jej rodzicom zostaje przypisana rola ludzi typowych dla swojego czasu i otoczenia, trochę statystów, choć chciałoby się podsłuchać rozmowy stałych bywalców w ich małomiasteczkowym barze, poznać ich przygody, historie i powiedzonka.

A z wykształceniem przychodzi paradoks: gdy bowiem autorka pisze o sobie, chwilami wydaje się, jakby korzystała z bryka i sprawdzała, czy wystarczająco podkreśla świadomość swojego awansu społecznego, mówi o sobie samej mimowolnie poprzez klisze.

Jakubowiak to wszystko wie i też zdarza mu się je stosować, lecz na szczęście nie do końca jest mu z tym komfortowo. Wygłasza „pochwałę ignorancji”, jaką wykazała się Hanka: nie przyjmowała do wiadomości, że wedle prawideł socjologii i statystyk studiowanie nie było jej dzieciom pisane, i pomagała im przejść przez egzaminy, jakby była to najzwyklejsza w świecie rzecz.

Odrobina takiej rozsądnie pojmowanej ignorancji być może przydałaby się każdemu. Być może przywiązanie do analizowania dróg awansu bywa hamulcowym awansu realnego, a na pewno dostrzegania złożoności życia. To też niespodziewanie zaleta książki, może trochę wbrew intencji autora, który jednak jakoś się z Eribonem czy Ernaux wydaje utożsamiać: pokazuje ograniczenia optyki „historii ludowych”, które pomijają przechytrzenia, warianty, drogi na przekór albo zbywają je jako nieważne. Jakubowiak, odkrywając kolejne tropy z przeszłości, chciałby oddać hołd korzeniom, wpisując się w wyznaczone już wcześniej literaturą ramy, a tymczasem mama i babcia wciąż z nich umykają. Ostatecznie mamy do czynienia z gorącym zapisem tych międzypokoleniowych negocjacji. Bo w konsekwentnie pisanej historii ludowej pozostałaby tylko połowa Hanki.

Opowieść nie tylko o awansie

Książka Jakubowiaka miewa i minusy. Autofikcja rządzi się swoimi prawami – musimy uwierzyć w subiektywny ogląd świata, w to, jak autor narrator go odczuwa, a jednak wydaje mi się, że tu daje się on ponieść nadmiernej skromności, np. chwilami odmalowując już współczesny Górny Śląsk (nieźle wypadający pod względem odsetka absolwentów, a przede wszystkim najlepiej wyedukowany per saldo – w województwie śląskim mieszka najniższy odsetek osób o wykształceniu niższym niż średnie!) jako prowincjonalny i zakompleksiony względem „wielkiego świata”, czyli… Krakowa. Albo sama domniemana niewiarygodność drogi do doktoratu: czy czwórkowy uczeń ze średniego miasta w wielkiej aglomeracji, syn urzędniczki, owszem, niezamożny, ale wspierany przez najbliższych, to taka znowu „Jenny from the Block”? A może jednak to historia wcale nierzadka, tylko rolę narratora przejął lęk autora? Trochę brakuje mi też spojrzenia na Polskę po roku 2000, bo przecież mobilność społeczna nie przestaje się zmieniać już w czasach dorosłości Jakubowiaka. Piszę o tym bardzo świadomie, bo mieszkałam pod miastem bardzo podobnym do Żor i oddalonym od niego jakieś 20 min jazdy samochodem, a życiorysy moich rodziców mają nieco punktów stycznych z biografią Hanki – z tą różnicą, że urodziłam się wcześniej o kilka lat. I poznałam w szkole i na studiach liczne „dzieci Hanek”. A edukacja, również wyższa, bywa przecież polem eksperymentów, bardziej czy mniej udanych. Czy gdyby Maciej zdawał „starą maturę”, gdyby – jak starsi o kilka lat koledzy – studiował w czasach względnej dostępności stypendiów i akademików, myślałby o sobie inaczej? Maciej pisze ze środka rzeczywistości, w której mobilność społeczna bardzo się zawęziła, ale niewiele o tym wspomina, a przecież historia trwa.

Jakubowiak na upragnionej akademii, koniec końców, się zawiódł, o czym pisał osobno w szeroko docenionym tekście dla „Dwutygodnika” . Dlatego być może warto czytać tę książkę jako próbę ostrożnego zadania pytania Hance i Albinie: czy było warto tak się starać, żałować tego, co się nie spełniło, czy na końcu marzeń i tak nie czekało rozczarowanie? Jeśli myślimy o awansie, zakładamy, że to droga z sytuacji gorszej do lepszej, a przede wszystkim że istnieje jakieś lepsze położenie. Ale też podtytuł „opowieść o awansie” uważam za dość mylący, bo to jedynie część opowieści. Same życia, nie tylko Hanki i Albiny, ale też drugoplanowej postaci dziadka, wykraczają poza nią i zjadają ją ze smakiem. Może książka Jakubowiaka to dobra zachęta, by od „historii ludowej” przejść do „historii obywatelskiej”, w której każdy jest kimś?


Maciej Jakubowiak Hanka Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2024, s. 328

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji