Subskrybuj
Ilustracja: Natalia Nosova
Ilustracja: Natalia Nosova

Tsunami

Jestem tykającą bombą. Moja głowa to tykająca bomba. Mam w głowie tykającą bombę.

Jednak pierwszym dźwiękiem, który usłyszałam, nie było tykanie, tylko cichy chlupot, odgłos gotującej się wody w drugim pokoju, na tyle daleko, by go zignorować.

Z czasem chlupot zmienił się w ciurkanie z niezakręconego kranu, a z kolei ciurkanie w wyraźny odgłos wody uderzającej o krawędzie naczynia albo brzeg. Jak w potrząsanej butelce z napojem gazowanym. Kiedy nieruchomiałam i nie myślałam zbyt wiele, odgłos cichł, woda się uspokajała, a ja wyobrażałam sobie, że mam w głowie jezioro o szklanej spokojnej tafli. Żeby jej nie wzburzyć, starałam się myśleć możliwie jak najmniej i nie poruszać głową. Chodziłam miękko, na przygiętych nogach. Jak kobiety w Afryce z dzbanami na głowie, tyle że zamiast dzbana mam po prostu głowę i w niej noszę wodę.

– Pani głowa jest jak balon – powiedziała mi lekarka.

To była stara kobieta, bardzo zmęczona. Miała suchą skórę układającą się w sęki.

Słowo „balon” jest pełne wody. „Balia” i „baniak” też. Słowo „chlupot” oddaje dokładnie to, co słyszę, gdy poruszam głową. Słowo „tsunami” przypomina to, co się stanie, gdy nadejdzie.

W głowie można mieć różne rzeczy. Można mieć pstro, czyli nic, najlepiej jednak mieć coś – i może być to nawet ciecz, ale innego rodzaju, aksamitna w dotyku, taka, jaka zawsze wypływa na wierzch. Najlepiej mieć olej w głowie, bo olej to energia, a nie ma właściwie nic lepszego niż energia. Na pewno nie należy mieć w głowie wody. Wody nie da się przetworzyć na energię, chyba że w głowie ma się jeszcze młyn, lecz to się podobno nie zdarza. Zazwyczaj pacjentki mają pospolite wodogłowie, bez cech młyna, zazwyczaj woda zaczyna się wylewać przez otwory oczne, nieraz także uszne, w najgorszym razie przez otwór jamowo-gębowy, ale to i tak jest lepsze niż tsunami w głowie, skutkujące całkowitym zalaniem tkanek, które zdarza się wtedy, gdy woda nie ma ujścia i powstaje fala uderzeniowa, rozsadzająca głowę od środka.

– Kurek – powiedziała zmęczona pani doktor. – Wszczepimy pani kurek i będzie po sprawie. Będzie sobie pani upuszczała wodę co i raz, żeby ciśnienie nie narastało. Przyzwyczai się pani.

To mnie uspokoiło. Jeśli do czegoś można się przyzwyczaić, to znaczy, że nie jest tak źle. Pokiwałam głową. Wtedy dodała:

– Ale z tej operacji może się pani nie obudzić, trzeba mieć tego świadomość.

W szpitalu codziennie sprawdzają, czy mam świadomość, bo od tego zależy kwalifikacja do zabiegu.

– Mam – zapewniam gorliwie pielęgniarkę. – Mam pełną świadomość – mówię, bo tak mnie nauczono, a nie dlatego, że to prawda. – Tyle że ja mam synka… – dodaję niepewnie, jednak ona nie reaguje. Jest zajęta. Ściąga z łóżka prześcieradło. Jednym ruchem. – Synek jest malutki, ma oczy… i bródkę…

– Nic nie poradzę – odpowiada zniecierpliwiona. Podchodzi do kolejnego łóżka. – Trzeba mieć świadomość – przestrzega.

– Ale synek! Synek! – powtarzam i robię krok w jej stronę, bo wydaje mi się, że coś w jej ruchach drgnęło i być może jest dla mnie jeszcze nadzieja.

Musiało mi się jednak tylko zdawać, bo ona odwraca się do mnie oburzona.

– Nie pani jedna ma synka. W sali po prawej wszystkie mają synków.

Niektórzy mi mówią:

– To tylko kurek. Wszczepią i po tygodniu będziesz jak nowa.

Ale inni wciąż przypominają:

– Różnie może być, musisz mieć świadomość.

Z kolei ci, którzy osiągnęli w życiu sukces, przychodzą dobrze przygotowani. Wiedzą, że ludzie na czarnym rynku sprzedają wodę odciągniętą z głowy, bo doskonale działa na system korzeniowy roślin i ponoć ma też inne cudowne właściwości.

– W internecie aż huczy od ofert. Zobaczysz, to odmieni twoje życie! – mówią.

– Tyle że ja mogę umrzeć… – przebąkuję, ale i na to mają odpowiedź:

– Każdy może umrzeć, lecz nie każdy może na tym zarobić. Spróbuj myśleć o tym w ten sposób.

Chlupot nie pomaga mi myśleć w ten sposób ani w żaden inny, bo kiedy myślę, przybiera na sile, zaczynam więc spacerować. Idę na przygiętych nogach do sali po prawej. Głowa, ciężka od wody, przechyla mi się raz na jedną, raz na drugą stronę, co pewien czas muszę prostować ją ręką. W sali po prawej jest osiem łóżek ustawionych w równych odstępach, ale kobiet jest więcej, siedzą w grupkach na łóżkach i rozmawiają, żywo gestykulując i chichocząc. Zakrywają przy tym usta dłońmi i uciszają się nawzajem. Nie robią wrażenia chorych, raczej wyglądają, jakby były na koloniach. Na wszystkich szafkach nocnych stoją zdjęcia w ramkach. Kiedy wchodzę, z łóżka najbliżej drzwi wstaje pacjentka i podchodzi do mnie.

– Co masz? – pyta szeptem. Uśmiecha się. Ma długie kasztanowe, lśniące włosy, co wydaje mi się nie na miejscu.

– Synka.

– To lepiej niż córeczkę – odpowiada. – Ale ja pytam nie o to. – Chichocze.

– Wodogłowie – pospiesznie odpowiadam.

Moja diagnoza cieszy pacjentkę, uśmiecha się jeszcze szerzej i teatralnie klaszcze w dłonie, nie wydając dźwięku. Nachyla się i szepcze:

– Musisz zawalczyć o słoik. Lekarze nie będą chcieli dać, ale nie pozwól go sobie odebrać. – Bierze mnie pod rękę i prowadzi na korytarz.

Nie ma tu krzeseł ani ławek, stajemy więc przy zasłoniętym roletami oknie. Parapet jest za wąski, żeby na nim przysiąść, ale jeśli już musimy stać, to lepiej to robić w kącie. – Oni liczą na to, że ty nic nie wiesz – szepcze. Nie rozumiem, co ma na myśli, zatem pacjentka wszystko mi tłumaczy. Wody płodowe stoją ponoć najniżej na rynku. Woda z kolana czy łokcia ma już całkiem przyzwoitą cenę, ale najcenniejsza jest oczywiście woda z głowy i tylko ta potrafi każdy uschnięty badyl przemienić w prawdziwą dżunglę.

– Są też oczywiście tacy – mówi z przejęciem konspiracyjnym szeptem pacjentka – którzy tę wodę dolewają nie tylko do doniczek. Wiesz, co mam na myśli. – Szuka w moich oczach porozumienia, więc kiwam głową, choć nie mam pojęcia, o czym mówi, ale tego mnie nauczono. Grzecznie się godzić, gorliwie potakiwać.

Kiedy mija nas pielęgniarka, pacjentka prostuje się i głośno oznajmia:

– To prawda, pogoda dziś dopisała! – A potem mruga do mnie i odchodzi, gładząc się po ledwie zaokrąglonym brzuchu.

Przychodzi mi do głowy, że pacjentka jest dziwna, być może zupełnie szalona. Stoję jeszcze chwilę przy parapecie i czekam, aż chlupot ucichnie, zanim ruszę na przygiętych nogach do mojej sali.

Z całej rodziny najczęściej odwiedza mnie wuj Alojzy, bo jako jedyny nie ma nic innego do roboty i mieszka blisko szpitala. Synka nie przyprowadzają do mnie nigdy, w końcu to nie miejsce dla dzieci, co do tego wszyscy są zgodni. Na wuja Alojzego mówi się Alek, choć zupełnie to do niego nie pasuje, dlatego ja myślę o nim zawsze „wuj Alojzy”, a do niego zwracam się po prostu „wuju”. Ale zwracam się rzadko. Zanim trafiłam do szpitala, widywaliśmy się tylko przy okazji świąt, nigdy nie rozmawialiśmy w cztery oczy, więc w czasie naszych spotkań na żeńskim oddziale chorób hydrologicznych panuje zazwyczaj krępująca cisza. Wujowi to nie przeszkadza. Gdy siedzi obok mojego łóżka na metalowym stołku, brodę i dłonie podpierając na drewnianej lasce, wydaje się bardzo zadowolony.

Jest jeszcze inny wuj – Alfred – którego widziałam tylko raz, kiedy miałam cztery lata, ale tego nie pamiętam. Wuj Alfred mieszka za granicą i dlatego nie może mnie odwiedzać. Jednak wuj Alojzy dzwoni do niego po każdej wizycie i zdaje mu relacje z naszych rozmów i mojego stanu zdrowia. Wymiany zdań między nami są jednak drętwe, a mój stan zdrowia niezmienny, zatem podejrzewam, że wuj Alojzy chce po prostu wykorzystać jedyną w swoim życiu sytuację, w której wie o czymś więcej niż wuj Alfred. Podobno gdy byli dziećmi, wuj Alfred wiecznie Alojzemu coś zabierał, a raz nawet utopił teczkę z jego pracami plastycznymi i tylko dlatego wuj Alojzy nie został wielkim artystą, i teraz mieszka blisko wielkiego szarego szpitala i nie ma nic do roboty.

– Są rzeczy, których nie da się odzyskać, gdy zostaną zabrane – mówi i dyskretnie ociera mokre oczy, co wydaje mi się niestosowne na bardzo wielu poziomach.

– Uprzejmie proszę o słoik wypełniony wodą z mojej głowy uzyskaną podczas operacji – mówię na jednym wdechu i słyszę, jak ciche ciurkanie się wzmaga.

– Nie jest to możliwe z przyczyn sanitarnych – oznajmia lekarka. Wypełnia papiery, nie zwraca na mnie uwagi. – Może pani wybrać kolor kurka.

– Kurek jest mi obojętny, ale żądam słoika. Dezynsekcja pojemnika będzie po mojej stronie i złożę w tej sprawie odpowiednie formularze. – Mówię tak, jak kazała mi pacjentka.

Lekarka podnosi wzrok, coś w jej spojrzeniu się budzi. Patrzy na mnie uważnie, a ja patrzę na nią i nie pochylam głowy, choć nauczono mnie, by zawsze pochylać.

Ciurkanie w uszach zagłusza odpowiedź lekarki, nie wiem więc, co odpowiedziała, ale w jej oczach widzę rezygnację. Jest zbyt zmęczona, by walczyć ze słowem „formularze”. Podaje mi plik kartek.

– Wiedziałam, że tobie się uda zdobyć pozwolenie! Właśnie tobie! – cieszy się pacjentka. Spotykamy się znów przy oknie.

– Tak. Tylko że ja wciąż nie wiem, czy ta operacja jest konieczna… Jest bardzo ryzykowna – mówię, a z jej twarzy na chwilę znika uśmiech.

– Przecież nie możesz żyć z tą wodą w głowie – odpowiada. – Lekarze są co do tego zgodni, prawda?

– Niby tak, ale sama mówiłaś, że nie można im ufać, bo im chodzi tylko o wodę…

Pacjentka wzdycha. Namyśla się, po czym chwyta mnie za rękę.

– Chodź.

Prowadzi mnie do sali po prawej, a na mój widok kobiety wstają z łóżek. Zbiegają się ku mnie z rozpuszczonymi włosami, jak rusałki, jedna po drugiej, ściskają mnie za ręce i gratulują słoika. Stoimy w kręgu, ja pośrodku, i widzę, że wszystkie się uśmiechają, więc też nieśmiało zaczynam się uśmiechać. W ich ustach pulsuje słowo „słoik” wypowiadane bardzo wiele razy, szeptem, jakby powtarzało je pełne nadziei echo.

Gdy wuj Alojzy zbliża się do mojego pokoju, na korytarzu słychać stukanie laski. Słowem, które najlepiej go określa, jest „pantofel”, ewentualnie „portmonetka”. Po korytarzu idzie bardzo powoli, zagląda do każdych uchylonych drzwi, choć doskonale wie, za którymi mnie znajdzie. Nie wiem, dlaczego tak robi, w ogóle wiem o nim bardzo niewiele. Nie wiem na przykład, co właściwie robił w życiu, zanim został staruszkiem, wiem tylko, co chciał robić, a co zostało mu odebrane – wielkie płótna wypełnione abstrakcyjnymi wzorami przypominającymi coś w rodzaju ogromnych przecinków. Używał intensywnych kolorów, z przewagą kobaltu i fioletu. Trudno w to uwierzyć dziś, gdy patrzy się na jego zgniłozieloną wełnianą kamizelkę pod szarą za dużą marynarką, lecz płótna z pewnością były kolorowe. O tym mówili wszyscy, którzy je widzieli.

– Alfred kazał cię pozdrowić – mówi wuj Alojzy i uśmiecha się na samo wspomnienie swojej przewagi nad bratem.

– Dziękuję – odpowiadam, a on w tym czasie rozgląda się badawczo po sali. Tego dnia spędza w szpitalu prawie dwie godziny.

– Nie musi mnie wuj codziennie odwiedzać, mam się dobrze – mówię, gdy odchodzi, chociaż mam się fatalnie, ale on odpowiada niemalże z oburzeniem:

– Przecież mam blisko! – I macha na pożegnanie laską jeszcze bardziej zadowolony niż zwykle.

Drzwi oddziału, za którymi znikają on i pielęgniarki, gdy idą do domu, są miedziano-złote i bardzo ciężkie. Otwierają się powoli, z trudem, zamykają równie wolno i ciężko. Nieubłaganie. Osoby o kulach nie mają szans, by samodzielnie je otworzyć, osłabieni pacjenci po operacjach również. Z końca korytarza, czyli kąta, w którym zdarza mi się rozmawiać z pacjentką, obserwuję czasem te drzwi i słucham leniwego zgrzytu, jaki wydają. W połowie wysokości są przeszklone, można więc dojrzeć fragmenty wybujałych liści draceny, którą postawiono w dalszej części korytarza, za drzwiami. Widziałam ją tylko raz, wchodząc na oddział. Stoi na środku korytarza, jednak jest tak wielka, że trzeba się nieomal obok niej przeciskać. Niektóre gałęzie sięgają sufitu, inne tak potężne, że złamałyby się pod własnym ciężarem, podwieszono sznurkiem.

– Kto podlewa rośliny w szpitalu? – pytam pacjentkę przy kolejnym spotkaniu, ale jej to nie interesuje.

– Pewnie jedna z pielęgniarek – mówi i robi niedbały ruch ręką w powietrzu, po czym znów gratuluje mi słoika, chce rozmawiać tylko o nim.

Innym razem, gdy już udaje mi się zdobyć słoik i stawiam go niczym trofeum na metalowej szafce przy łóżku, wuj Alojzy nie kryje rozczarowania.

– Pozwól, że dam ci radę – mówi, a potem dłuższą chwilę tylko kręci głową, rozglądając się po sali. Wzdycha, jakby męczyła go sama myśl, że czeka go tak długa wypowiedź. – Z personelem musisz być w dobrych stosunkach. Nie denerwować lekarza prowadzącego. Od niego tu wszystko zależy. – Nachyla się ku mnie. – To kwestia hierarchii. W twoim interesie jest nie robić kłopotów. W końcu różnie się mogą sprawy potoczyć.

– Wiem – odpowiadam i jest to prawda. Od trzech dni moja świadomość jest na zadowalającym lekarzy poziomie.

W noc przed operacją woda sączy mi się z oczu, a w nocy chyba także z uszu, bo rano poduszka jest mokra. Pielęgniarka, ta od świadomości, nie wrzuca mokrej poszewki do worka z resztą pościeli, tylko starannie odkłada ją na wózek, którym pospiesznie odjeżdża. Mam ochotę dogonić ją, znów opowiedzieć jej o synku, ale zamiast tego ruszam na korytarz, pod okno, na przygiętych nogach, lekko przytrzymując głowę ręką. Pacjentka już tam jest.

– To zabawne, że ja mam wody za mało, a ty za dużo – mówi i szczerze się śmieje, zakrywając dłonią usta. Nie odpowiadam. Chlupot w mojej głowie przybiera na sile, fale uderzają w brzegi rytmicznie, raz za razem. – Jednym odsączają, ale innym nie dolewają – stwierdza i poważnieje.

Traci mną zainteresowanie, patrzy w dal, a potem na swoje paznokcie, a potem znów w dal, więc wracam do swojej sali i czekam na operację sama, z pełną świadomością, że mogę się z niej nie obudzić. Na kolanach trzymam słoik spełniający normy. Nikt nie próbuje mi go zabrać, ale personel zerka na niego niechętnie. Ciurkanie się wzmaga, słyszę, jak maleńkie fale uderzają o brzegi w dobrze znanym mi rytmie.

– Pani sobie zdaje sprawę, że spienięża własną tragedię? – pyta młody lekarz, który przychodzi, by zawieźć mnie na blok. Słowo „blok” doskonale do niego pasuje, tak samo jak pasuje do stalowego blatu i jasnozielonej flizeliny. Oskarżycielsko mierzy palcem w słoik, który trzymam na kolanach. – Jeszcze może pani zrezygnować…

– Z operacji? – pytam nieśmiało. – Bo wie pan, ja mam małe dziecko, synka, i tak się zastanawiam, czy to ma sens…

– Ze słoika! – oburza się. – Operacja jest absolutnie konieczna.

Popycha wózek trochę za mocno, muszę przytrzymać głowę na zakręcie ręką. Drugą przyciskam słoik do brzucha. Rytm fal w mojej głowie zagłusza coraz donośniejszy szum. Przypomina deszcz, uderzanie kropel o powierzchnię wody. Gdy wyjeżdżamy na korytarz, widzę stojącą pod oknem pacjentkę. Uśmiecha się do mnie, więc odwzajemniam uśmiech i mocniej ściskam słoik. Obok niej stoi wuj Alojzy. Kiwa mi laską i robi krok naprzód, ale od razu się zatrzymuje, widząc, jak szybko mknie naprzód mój wózek.

– Nie zapomnij podziękować! – woła za mną i to ostatnie słowa, które słyszę, nim mój wózek zostanie wepchnięty do windy.

Lekarz wciska guzik z napisem „-5”, winda zgrzyta i gwałtownie rusza. Zanim opadnie w dół, a płyty tektoniczne pod nami tąpną, przez chwilę unosić się będę w powietrzu w stanie nieważkości.

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji