Wraz z przedłużającym się pobytem w szpitalu w jej sali zbierało się coraz więcej rzeczy. Pojemniki z jedzeniem i owoce w lodówce, nożyk do obierania w szufladzie, torebka miętowych cukierków, mała ramka na stoliku obok łóżka. Na fotografii staliśmy obok siebie: dziesięcioletni ja i trzydziestoośmioletnia mama. Ona w czapce absolwentki opierała się o jakiś pomnik, a ja ubrany w dżinsowe ogrodniczki stałem obok z kwaśną miną. Na wszystkich zdjęciach z tamtego okresu jestem niezadowolony. Może po prostu urodziłem się z takim zjebanym charakterem. Obok ramki leżały dwie moje książki wydane w tym roku. Były przeznaczone dla odwiedzających – mama nigdy ich nie czytała, a wręcz obsesyjnie unikała wszystkiego, co kiedykolwiek napisałem. Tłumaczyła się potem, że ze względu na swój wiek nie widzi dobrze liter, ale doskonale wiedziałem, jaki był prawdziwy powód.
Kiedy miałem dziewiętnaście lat, wygrałem konkurs literacki zorganizowany przez gazetę uniwersytecką. Nagrodą było stypendium o wartości miliona wonów, a mój znajomy z roku, który pracował w redakcji jako stażysta, zdradził mi, że praktycznie nie ma konkurencji. Brakowało mi wtedy kasy na picie, więc napisałem opowiadanie o pięćdziesięciolatce z kompleksami na punkcie swojego słabego wykształcenia. Zdobyła więc dwa tytuły licencjata na studiach online, a potem wszystko, co miała, zainwestowała w edukację swojego dziecka. Była to wtedy najbliższa mi historia, którą mogłem spisać. Doceniono moje wnikliwe charakterystyki postaci i przyznano mi pierwsze miejsce. Mama skądś się o tym dowiedziała (zapewne z głównego źródła wszystkich plotek: kościoła) i dorwała pismo, w którym wydrukowano moje opowiadanie. Kolejne trzy noce przepłakała. „Nie mogę uwierzyć, że tak cię skrzywdziłam, że tak bardzo cię wykorzystałam…” Lamentowała tak głośno, że słyszałem to przez zamknięte drzwi. Krzyczałem, że to tylko opowiadanie, że wszystko jest zmyślone, ale nie docierało to do niej. Od tamtej pory nie ruszyła już niczego, co napisałem. Nawet leżących na podłodze zadań do szkoły i notatek.
– Myeonghui powiedziała, że spodobała jej się twoja książka. Kupuje wszystko, co napiszesz. Ona zawsze była najmądrzejsza z nas wszystkich. W końcu studiowała na Sookmyung. Powiedziała, że jak się czyta twoje teksty, to od razu widać, że wyrosłeś na porządnego człowieka.
Jeżeli przeczytała cokolwiek, co wydałem przez ostatnie trzy lata, to mogła tam trafić co najwyżej na bohaterów, którzy chlali, kradli, uprawiali nielegalny homoseksualny seks w wojsku, prostytuowali się i zdradzali na lewo i prawo – zatem czego ona się tam niby dopatrzyła? Jeszcze trochę takiej porządności, a zacznę mordować. Cóż, koleżanki mamy z kościoła zawsze wiedziały, jak się komuś podlizać.
Mama chrapnęła w charakterystyczny dla siebie sposób, po czym podniosła się i wyjaśniła, że nie mogła spać w nocy. Ziewnęła rozdzierająco i dodała, że przez ból, który odczuwa po chemioterapii, ma ostatnio duże problemy z zaśnięciem. Już dwie osoby, które dzieliły z nią pokój, przeniosły się do innej sali ze względu na jej nieznośne chrapanie. Skończyło się na tym, że już prawie od trzech miesięcy miała całą dwuosobową salę tylko dla siebie. Kiedy wcześniej mieszkały z nią współlokatorki, ciągle marudziła, że jej się to nie podoba, ale gdy w końcu została sama, zaczęła doprowadzać wszystkich do szału opowiadaniem – jak na prawdziwą chrześcijankę z czterdziestoletnim stażem przystało – jakichś szamańskich bzdur o bóstwach śmierci, które zakradną się nocą do jej pokoju i bez przeszkód zabiorą ją ze sobą.
– Mamo, obrać ci jabłko?
– Czuję gorzki smak w ustach. Daj mi jakiegoś cukierka.
Przez całe życie – aż do operacji – nie jadła słodyczy. A potem nagle zaczęła bez przerwy sięgać po miętowe cukierki. Był nawet czas, kiedy nie chciała wziąć do ust niczego oprócz nich, i trzeba była ją zmuszać, żeby wypluwała miętówki. Lekarze tłumaczyli mi, że to następstwo nieprawidłowego funkcjonowania jej układu trawiennego. Popsikałem łóżko i pościel odświeżaczem do tkanin, żeby zamaskować charakterystyczny szpitalny odór choroby.
Nie byłem zaskoczony, kiedy pięć miesięcy temu usłyszałem, że mama ma nawrót raka. Wiedziałem, że kiedyś to nastąpi, mimo że przez lata mieliśmy spokój. Byłem już zmęczony tym błędnym kołem bólu i ulgi – nic dobrego nigdy z tego nie wynikało. Przeszedłem już praktycznie wszystko, co mogą przeżywać najbliżsi osoby chorującej na nowotwór. Oprócz pogrzebu. Kto wie, może nadszedł czas, żeby przygotować się na to ostatnie doświadczenie?
*
Mijało sześć lat, od kiedy u mamy po raz pierwszy zdiagnozowano chorobę.
Miałem wtedy jakieś dwadzieścia pięć lat, pracowałem jako stażysta i stałem przed szansą zatrudnienia na pełny etat. Zaczynaliśmy pracę w dziesiątkę, a została z nas już jedynie trójka. Krążyła plotka, że tylko jedna osoba dostanie etat i że największe szanse mam ja, rodzynek w damskim gronie. Przydzielono mnie jako asystenta do zespołu badającego korelację pomiędzy poglądami politycznymi osób po pięćdziesiątce a ich stanem zdrowia. Moja praca polegała na wydzwanianiu do setek ludzi. Pewnego razu nieoczekiwanie to do mnie zaczęła wydzwaniać pewna kobieta po pięćdziesiątce o centroprawicowych poglądach, i to na mój prywatny numer. Jak gdyby nic odrzuciłem dwa kolejne połączenia, ale ona nie była z tych, które łatwo się poddają. Nie zostawiała mi wyboru – rozejrzałem się wokół, po czym oddzwoniłem do niej ze służbowego telefonu.
– Dzień dobry, dzwonię z…
– Mam raka! Macicy! Alleluja! – krzyknęła z radością mama.
Jej podekscytowanie pasowało do wygranej na loterii, a nie wykrycia nowotworu. Dwa tygodnie wcześniej przyśniło jej się, że ma w brzuchu azalię w pełnym rozkwicie, więc ruszyła do lekarza, tłumacząc, że ma złe przeczucia. Zdiagnozowano u niej zmiany nowotworowe w macicy. Miała w parafii kilka znajomych, które zajmowały się sprzedażą polis ubezpieczeniowych, i żeby utrzymać z nimi dobre relacje, wykupiła u nich pakiety. Już dzięki samej diagnozie miała teraz otrzymać ponad dwieście milionów wonów. Wystarczyłoby to, żeby spłacić praktycznie cały kredyt, który zaciągnęła na nasze mieszkanie w Jamsil. Mama wydawała się szczerze uszczęśliwiona, kiedy opowiadała mi, że ubezpieczenie pokryje również koszty operacji i że we dwójkę będziemy mogli się spokojnie utrzymać z czynszów, które dostajemy za wynajem dwóch lokali handlowych pod Seulem. Stwierdziła też, że skoro ona, jej matka i siostra miały raka, to i ja w którymś momencie na sto procent zachoruję, więc moglibyśmy jeszcze wykupić ze dwie takie polisy.
Kiedy złożyłem wypowiedzenie, mój przełożony zapytał:
– Znalazłeś sobie coś lepszego niż nasza firma?
Chciałem odpowiedzieć, że to nie tak, że to przez to, że samotnie wychowująca mnie matka ma nowotwór i nie ma nikogo innego, kto mógłby się nią zaopiekować, rezygnuję, ale nie przeszło mi to przez gardło. Mama ukrywała przed ludźmi absolutnie wszystko, nawet najbanalniejsze sprawy, bo jak twierdziła, były „żenujące”. Mimo że miała silny charakter, zdarzało jej się wstydzić najbardziej zaskakujących rzeczy, a jedną z nich była właśnie choroba. Klientom, z którymi znała się od dwudziestu lat, powiedziała, że w tym roku wybiera się na pielgrzymkę. Nie powiedziała też o chorobie żadnej z przyjaciółek ani nawet własnym siostrom. Nie wiedziałem, co w tym niby tak żenującego i po co ta cała zabawa z ukrywaniem, ale chcąc nie chcąc, pomagałem jej w utrzymaniu tajemnicy. Dlatego uśmiechnąłem się na siłę i zacząłem tłumaczyć przełożonemu, że zamierzam poświęcić się pisaniu. Wywód zwieńczyłem słowami, że to coś, o czym marzyłem przez całe życie.
– Warto mieć marzenia, ale nie zapominaj o jednej najważniejszej rzeczy: szansa jest jak pociąg. Jak już raz odjedzie z peronu, to więcej tam nie wróci.
Moją pierwszą przygodę z etatem zakończyła rozkmina nad tym, że chyba coś mu się pomieszało, bo przecież pociąg pojawia się na peronie codziennie o tej samej godzinie. Dwa tygodnie później mama leżała na stole operacyjnym w szpitalu na Gangnamie, który podobno słynął ze skutecznego operowania raka szyjki macicy. Prosiła lekarzy, żeby nie usypiali jej podczas zabiegu, i zarzekała się, że chce łączyć się w cierpieniu z Jezusem. Oprócz leczenia ginekologicznego zalecono jej też konsultację psychiatryczną (nareszcie!!!).
Na podstawie zdjęcia oceniono wstępnie, że guz będzie niewielki, ale kiedy ją otworzono, sprawa okazała się o wiele poważniejsza. Podejrzewano przerzuty do węzłów chłonnych, a do tego jej wątroba nie była w zbyt dobrej kondycji. Zawyrokowano, że potrzebne będzie długotrwałe, wieloetapowe leczenie. Po usunięciu macicy poddano ją radioterapii, ale komórki rakowe okazały się wytrwałe. Zapowiadała się długa i wyboista droga do zdrowia.
*
To mniej więcej wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Postanowiłem się zapisać na wykłady w akademii prowadzonej przez organizację zajmującą się prawami człowieka. Spośród niezliczonych kursów, które mieli w ofercie, zdecydowałem się na „filozofię uczuć”, ponieważ miałem wtedy ogromny problem z zapanowaniem nad swoimi emocjami. Nie tylko starałem się jak najlepiej zaliczyć angielski i zakuwać do egzaminów wstępnych do firm, żeby przygotować się do podjęcia pracy, ale musiałem też przez cały czas opiekować się mamą, między innymi chodzić z nią codziennie na spacery, które nie tyle wyprosiła, ile wręcz na mnie wymusiła. Spędzając całe dnie na zajmowaniu się osobą, której ciało i umysł cierpiały w równym stopniu, powoli sam czułem się coraz bardziej chory. Żeby uciec nieco od tego epicentrum mojego nieszczęścia zwanego mamą i choć trochę lepiej zrozumieć te wszystkie uczucia, które gotowały się we mnie parę razy dziennie, zapisałem się na cotygodniowe zajęcia w akademii. Wykłady były oparte głównie na Etyce Spinozy, a w ramach dodatkowych materiałów pojawiały się Światło obrazu oraz Fragmenty dyskursu miłosnego Rolanda Barthes’a. Ich głównym tematem była analiza ludzkich emocji przez rozbijanie ich na nanojednostki.
Podczas pierwszego spotkania prowadzący – przedstawił się jako „niezależny filozof” – zaczął od tego, co robi większość nauczycieli, którzy do nauczania kompletnie się nie nadają: zmusił wszystkich słuchaczy, żeby coś o sobie powiedzieli. Jako że były to wykłady prowadzone przez organizację zajmującą się prawami człowieka, około połowy naszej piętnastoosobowej grupy stanowili działacze społeczni. Gdy się przedstawiali, podawali nazwy stowarzyszeń, do których należeli, przekonania polityczne oraz orientację seksualną (nie żeby ktoś o to pytał). Pan Jo Wiatr, pan James, pani Sally, pan Omójboże, pani Wichry Namiętności… Aktywiści przedstawiali się ksywkami i pseudonimami – często trudno było się domyślić, do czego mają się one odnosić. Kiedy ta część zajęć dobiegała końca, do sali wpadł jeszcze jeden mężczyzna. Był tak wysoki, że musiał się zgarbić, żeby nie dotknąć głową sufitu. Usiadł obok mnie, odłożył torbę na ziemię i zdjął czarną bluzę. Ubranie oraz jego plecak Eastpak z naszytą flagą Korei wyglądały, jakby najlepsze lata miały już dawno za sobą. Musiał tutaj biec – w twarz uderzało mnie teraz ciepło unoszące się z jego rozgrzanego ciała. Miał tatuaż ciągnący się przez szyję i ręce, aż po palce. Coś jak ogon gada. Zaciekawiło mnie, jaki kształt ma całość i gdzie bym dotarł, gdybym prześledził całą długość tego tatuażu. Rozbierając go wzrokiem, nieświadomie głośno przełknąłem ślinę. Nagle nowo przybyły przysunął się bardzo blisko mnie. Poczułem, jak wszystkie włosy na ciele stają mi dęba.
– Przepraszam, czy mógłbym łyka kawy? – szepnął, nachylając mi się do ucha, i nawet nie czekał na moją odpowiedź, tylko sięgnął po leżący przede mną papierowy kubek, zdjął z niego pokrywkę i zaczął pić.
Obserwowałem każdy jego ruch niczym kulminacyjną scenę przedstawianą w zwolnionym tempie. Nie zwrócił uwagi na mój (zapewne bardzo rozgorączkowany) wzrok. Wypił całą zawartość kubka, po czym wziął do ust i zaczął rozgryzać znajdujące się na spodzie kostki lodu. Przedstawił się jako ostatni – powiedział jedynie, że jest „osobą kreatywną”. Nie sprecyzował, czy tworzy muzykę, czy może zajmuje się sztuką albo coś pisze, nie, nie, stwierdził tylko, że jest „osobą kreatywną”, i było w tym coś tak nonszalancko cool, że aż rozbolały mnie od tego zęby – byłem pewny, że okaże się strasznie napuszonym pozerem (a moja intuicja nigdy mnie nie zawodziła).
Podszedł do mnie po zajęciach i powiedział, że kupi mi kawę, żeby się odwdzięczyć za tę, którą wypił mi wcześniej. Machnąłem na to ręką – nie miałem ochoty na towarzystwo kogoś, kto nie dość, że wziął sobie bez pozwolenia napój pierwszy raz spotkanej osoby, to jeszcze zachowywał się w nietypowy sposób i miał coś podejrzanego w spojrzeniu. On jednak upierał się, że chciałby mi odkupić tę kawę. Zgodziłem się w końcu pójść z nim do Starbucksa koło akademii, ale wcale nie dlatego, że z moralnego punktu widzenia nie wypadało odmówić tak szczerej prośbie, tylko dlatego, że ten koleś był po prostu w moim typie. Dźwięczny, niski głos, wyraźnie zarysowane łuki brwiowe, drobne usta, z których trudno było odczytać intencje, i piegowata skóra, która nigdy w życiu nie uświadczyła kremu z filtrem. Wydawał się nieco dziwny, ale serce podpowiadało mi, żeby to zignorować i iść z nim choćby tylko po to, by napatrzyć się do woli na jego twarz (choć wiedziałem, że nie powinienem).
Kiedy stanąłem obok niego przy kasie, zauważyłem, że jest o głowę wyższy ode mnie. Sam jestem dość wysoki, więc rzadko zdarza mi się patrzeć na kogoś z dołu. Odebraliśmy americano z lodem i usiedliśmy przy stoliku. To on zaproponował wyjście na kawę, ale teraz siedział bez słowa, wpatrując się w pustkę. Co to ma być? Po co mnie tu zaprosił?
– Musiało ci się strasznie chcieć pić – zagadałem, żeby w końcu przerwać ciszę.
– Uratowałeś mi życie.
Znowu cisza. Jako stażysta (który marzył o pełnym etacie) wierzyłem wtedy całym sercem w to, że warto wychodzić z inicjatywą (nawet jeśli absolutnie nikt o to nie prosił), zatem zacząłem mu opowiadać, że jestem studentem filologii francuskiej, jaki serial ostatnio oglądam, że moje hobby to książki, a do zapisania się na wykład skłoniło mnie to i tamto… Facet wpatrywał się mnie, jakby mnie analizował. Nie było to zbyt miłe z jego strony, i kiedy zacząłem się już czuć naprawdę niezręcznie, w końcu się odezwał:
– Pięknie mówisz.
Że niby ma na myśli, że brzmię pedalsko? Że od razu czuć ode mnie, iż jestem gejem? Tak? Czy tylko ot tak to powiedział, a to ja mam paranoję? W mojej głowie zrobił się taki zamęt, że zamilkłem. Znowu zapadła cisza. W niezręcznej atmosferze dopiłem swoje americano.
– Moja matka jest alkoholiczką – odezwał się ni stąd, ni zowąd.
– Ach, tak… Co?
– Zapisałem ją na odwyk, ale ciągle uciekała z ośrodka, więc teraz wylądowała na oddziale zamkniętym.
– Aha…
– Próbujemy różnych podejść, niestety, nic nie pomaga. Dalej przemyca alkohol i pije w ukryciu. Trzyma butelki pod łóżkiem, w torebce… Doprowadza mnie to już do szału.
To nasze pierwsze spotkanie – czemu gada mi takie rzeczy? Jak mam na to zareagować?
– Pojawiły się u niej już pierwsze objawy demencji alkoholowej i coraz trudniej sobie z nią poradzić. Raz na trzy, cztery dni ucieka z oddziału i muszę za nią ganiać, aż ją znajdę.
Dlaczego nagle mi to wszystko mówi? Odbiło mu? Poczułem się, jakbym powinien mu w zamian streścić całą moją wspaniałą historię rodzinną. Jesteśmy zwyczajnymi przedstawicielami klasy średniej, ojciec, jak na typową głowę rodziny z klasy średniej przystało, miał tyle romansów, że matka w końcu się z nim rozwiodła, sama zaś choruje na raka, który jest w Korei Południowej główną przyczyną zgonów wśród osób w średnim i podeszłym wieku. A może powinienem wymyślić coś ciekawszego?
– Moja matka też choruje – odezwałem się po chwili zastanowienia. – Rak szyjki macicy. Przeszła już operację i leży w szpitalu. Opiekuję się nią.
– Ach, taka sytuacja, rozumiem. Mamy ze sobą dużo wspólnego.
Dotarło do mnie, że nigdy wcześniej nie mówiłem nikomu o chorobie mamy.
– Pierwszy raz jesteś na zajęciach w akademii? – zapytał.
– Tak. Skąd wiedziałeś?
– Chodziłem tam już praktycznie na wszystkie kursy humanistyczne i filozoficzne, ale nigdy wcześniej cię nie widziałem. A na pewno zapamiętałbym taką uroczą buźkę.
Dalej pamiętam jego minę, kiedy wypowiadał te słowa. Próbował wyglądać na totalnie wyluzowanego, ale w jego oczach nie było śladu pewności siebie i jego usta poruszały się ostrożnie, było po nim widać zdenerwowanie. Ja również się speszyłem. Od kiedy jako dziecko zacząłem chodzić do szkoły, nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem „uroczy”, nawet w ramach żartu. Mój urok osobisty, jeśli w ogóle istniał, polegał właśnie na tym, że wcale uroczy nie byłem. O co chodzi temu typowi? Jak mam to rozumieć? Czy sili się na flirt? Jeśli tak, to brakuje mu warsztatu. Nie, to nie miałoby sensu. Mam w domu lustro i dobrze wiem, że nie wyglądam tak, żeby komuś chciało się wysilać i zapraszać mnie na kawę. Byłem tak speszony, że nie wiedziałem, co powiedzieć – miałem pustkę w głowie. Wiedziałem za to doskonale, że cały aż drżę z nerwów. Nie potrafiłem nawet spojrzeć mu w twarz i ze wszystkich sił starałem się to jakoś ukryć.
– Jeżeli masz ochotę – mówił dalej tym swoim pozornie swobodnym tonem, jakby rozbawiony moją reakcją – to po wykładach moglibyśmy chodzić razem coś zjeść.
Tak więc po zajęciach zaczęliśmy chodzić do restauracji. Dobrze znał okolicę, więc zabierał mnie do kolejnych nowych miejsc (albo może raczej staromodnych rodzinnych knajpek serwujących ryż z przystawkami czy barów z domowym jedzeniem uwielbianych przez starsze pokolenie), a moje ego w jego towarzystwie nieustannie rosło, bo czułem się, jakbym został zaproszony do jego osobistej przestrzeni (dopiero później odkryłem, że on po prostu lubił zwracać się do obcych tak, jakby od dawna byli jego dobrymi znajomymi). Przebywając z nim, zaczynałem mniej mówić i mniej jeść. Zamiast tego cała moja uwaga skupiała się na obserwowaniu go, chłonąłem wszystkie szczegóły: jego krótkie, niezbyt zadbane włosy, jego lekkie seplenienie, to, że kiedy się śmieje, wydycha powietrze przez zęby, a kiedy jest zawstydzony, unosi jedną brew. Gdy kończyliśmy jeść i ruszał przed siebie, nie oglądał się na boki. Żeby dotrzymać mu kroku moimi o dziesięć centymetrów krótszymi nogami, musiałem niemal biec. Gdy docieraliśmy do metra, zawsze byłem już zdyszany. Orientowałem się wtedy, że przez całą drogę ani razu na mnie nie spojrzał, i nagle ogarniał mnie głęboki smutek.
Kiedy na niego patrzyłem, moją głowę zaprzątało mnóstwo myśli. Byłem ciekaw, jakim jest człowiekiem, a jeszcze bardziej, za jaką osobę uważa mnie. Najbardziej chciałem wiedzieć, jak to możliwe, że przez niego w moich emocjach robi się taki bałagan. Miałem wrażenie, jakby myśli i uczucia pędziły przez moją głowę z prędkością paruset tysięcy metrów na sekundę – nigdy wcześniej mnie to nie spotkało i nie wiedziałem, jak nad tym zapanować. Zeszyt, który kupiłem sobie na zajęcia, zmieniłem w pamiętnik. Zacząłem spisywać i analizować w nim wszystkie uczucia, które ten facet we mnie budził.
Im obszerniejsze stawały się moje notatki, tym mniej o nim wiedziałem.
Niewiele mówił o tym, czym się zajmował, ale udało mi się z niego wyciągnąć, że nie była to praca na etat. Zdawało się też, że praktycznie z nikim się nie widywał. Od czasu do czasu przysyłał mi pozbawione głębszego sensu wiadomości („Dzisiaj jest dobra pogoda na spacer”) albo artykuły o zdrowym odżywianiu, że to czy tamto jest dobre w walce z rakiem albo wzmacnia odporność – zawsze kojarzyło mi się to z czymś, czym mógłby się dzielić jakiś staruszek. Jeśli przerodziło się to w rozmowę, zaczynał pisać mi o swoim dniu, podczas którego nigdy nie działo się nic wyjątkowego („Dzisiaj czytałem Kanta i nakarmiłem bezdomnego kota”), o leczeniu alkoholizmu matki („Podczas ucieczki ze szpitala upiła się i wdała w wielką kłótnię z taksówkarzem”) i przynajmniej raz dziennie wysyłał mi zdjęcie swojego samotnego, nieciekawego posiłku („Dzisiaj zjadłem makrelę na parze”). Nie miałem za bardzo co mu na to odpisywać, więc zazwyczaj ograniczałem się do „aha”, „współczuję” i „smacznego”. Gdy rozmowa przestawała się kleić przez moje niezaangażowane odpowiedzi, wysyłał mi uśmiechnięte emotikony albo naklejki z grubymi kotami w nadziei, że przedłuży to naszą interakcję. Kiedy tak wymienialiśmy się tymi bezsensownymi wiadomości, czułem się jak balonik, z którego ktoś spuścił powietrze – on wcale nie był mną zainteresowany (w żadnym tego słowa znaczeniu), był po prostu bardzo samotną osobą, która miała potrzebę rozmowy z kimkolwiek, chociażby ze ścianą. A ja aż za dobrze znałem temperaturę i zapach samotności.
Bo sam czułem się wtedy podobnie.
Tłumaczyła Marta Niewiadomska