Subskrybuj
fot. Wydawnictwo Filtry
fot. Wydawnictwo Filtry
Pisarka i krytyczka literacka. Autorka książek Żywopłoty (2020) i Ucichło (2022), za które otrzymała Nagrodę im. Cypriana Kamila Norwida 2021 oraz Nagrodę Literacką Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Jej artykuły, opowiadania i recenzje literackie publikowane były...

Każda nieszczęśliwa rodzina

Od sag rodzinnych nie sposób się oderwać. Ich bohaterów poznajemy w końcu nieraz lepiej niż członków własnej familii, do których myśli i sekretów nie mamy dostępu.

Przed rodziną nie ma ucieczki. Można się jej wyrzec, jednak wtedy wyrzeczenie także staje się częścią rodzinnej opowieści. W chwili narodzin wpadamy bezwiednie w konstelację zależności obciążeni postępkami byłych pokoleń lub uprzywilejowani dokonaniami protoplastów. I jak dowodził Tołstoj w najsłynniejszym cytacie o rodzinach w historii literatury, obciążenia są zdecydowanie bardziej interesujące niż urodzenie pod szczęśliwą gwiazdą. Nic więc dziwnego, że pisarze i pisarki bardzo chętnie eksploatują je w swoich utworach.

Dysfunkcyjne. Toksyczne. Obarczone sekretem lub traumą. Pospolita rodzina szczęśliwa, tak podobna do każdej innej według Tołstoja, wydaje się świętym Graalem – wielu o niej słyszało, ale chyba nikt nie widział na własne oczy. Że jest to temat bogaty, udowadniają chociażby szerokie grzbiety powieści, które biorą rodzinę na warsztat – rzadko kiedy taka książka liczy mniej niż 500 stron. I trudno się dziwić – opis jednego niedzielnego obiadu może posłużyć przecież za pretekst do rozprawy o ludzkiej kondycji i granicach człowieczeństwa. Rodzina stanowi bowiem doskonałą soczewkę, dzięki której można pokazać nie tylko problemy konkretnych osób połączonych nazwiskiem i DNA, lecz także całego społeczeństwa, cywilizacji czy – warto w końcu mierzyć wysoko – świata w danym momencie dziejów.

Współczesne sagi rodzinne inspirowane cytatem z Tołstoja chętnie więc opisują „podstawową jednostkę społeczną”, na bardzo różne sposoby traktując ten jakże wdzięczny temat.

Pośród takich literackich gwiazd jak Jonathan Franzen, Jonathan Safran Foer czy Zadie Smith pojawił się w 2023 r. z powieścią Bee Sting twórca z Irlandii, który dołożył swoją cegiełkę do anglojęzycznych family novel. Dzięki tłumaczeniu Łukasza Witczaka możemy ją przeczytać pt. Żądło i przekonać się, że ma ona wszystko, co saga rodzinna mieć powinna – i to z naddatkiem, jakim jest oryginalne potraktowanie gatunku przez Paula Murraya.

Kłopoty rodzinne jak czarna plama ropy

Żądło to historia czteroosobowej rodziny mieszkającej w prowincjonalnym miasteczku pod Dublinem. Każdy tu wnosi do wspólnego rodzinnego worka swój bagaż, ale kłopoty, z jakimi borykają się Burnsowie, poznajemy w pewnym sensie od strony konsekwencji – punkt widzenia dostępny nam początkowo należy do dzieci, czyli obserwatorów sytuacji zastanej, a nie jej sprawców. Cassie właśnie wchodzi w najtrudniejszy moment swojego nastoletniego życia. Za chwilę ma przystąpić do egzaminów, które zadecydują o tym, czy dostanie się na wymarzone studia w Trinity College. Wymarzone nie dlatego, że Cassie bardzo pragnie zdobywać wiedzę na wybranym kierunku, tylko dlatego, że za wszelką cenę chce u boku swojej najlepszej przyjaciółki uciec od dusznego rodzinnego domu i nie wracać do niego nawet na święta czy weekendy. Choć jej motywacja jest duża, w kluczowym momencie przygotowań do egzaminów osamotniona nastolatka znajduje się na zakręcie – ukochana przyjaciółka, sama pogrążona w kłopotach rodzinnych, wciąga ją w wir imprez i alkoholowych maratonów. W tym samym czasie jej młodszy brat, PJ, obserwuje, jak siostra się od niego oddala, przez co zostaje ze swoimi dziecięcym rozterkami całkiem sam. Wrażliwy i jeszcze niewinny chłopiec na serio traktuje pogróżki matki, że ta wyśle go do szkoły z internatem, więc robi wszystko, aby nie zawadzać dorosłym. Co staje się jeszcze trudniejsze, gdy pada ofiarą szantażu miejscowego opryszka żądającego od niego pieniędzy. Chłopiec, choć jest notorycznie bity, nie zwraca się o pomoc do rodziców. Konsekwentnie nie wchodzi w drogę. Najpierw stara się zebrać potrzebną kwotę, a potem planuje ucieczkę z domu, która widziana dorosłymi oczami czytelnika lub czytelniczki, jawi się jako wejście w paszczę lwa. PJ tego jednak nie dostrzega, a my nie możemy go ostrzec.

Tyle jeśli chodzi o konsekwencje wyborów Dickiego i Imeldy, którzy lata wcześniej postanowili tę rodzinę założyć. Powody, dla których taką decyzję podjęli, poznamy w dalszej części fabuły i pokażą one parę w zupełnie nowym świetle, a raczej w ciemnym półmroku żałoby. Młodziutką, „rasową miss”, jak nazywa Imeldę ojciec kryminalista ze względu na jej niezwykłą urodę, połączyła z Dickiem – wrażliwym studentem wiecznie z nosem w książkach – wspólna tragedia. Teraz, gdy ich dzieci są już większe, borykają się głównie z krachem ekonomicznymi i upadkiem rodzinnego biznesu, ale to tylko czubek góry lodowej, która roztapia się właśnie na środku ich salonu. „Prędzej czy później pojawiłby się kolejny problem, zdarzyłaby się kolejna katastrofa – diagnozuje PJ w myślach. – Te kłopoty nie biorą się znikąd, ich źródło tkwi w rodzinie (…). Dopóki coś się nie zmieni, będą się one nawarstwiać i rozlewać jak czarna plama z ropy z uszkodzonego tankowca, aż wszystkich przykryją, wszystkich uduszą”. Przepowiednia chłopaka spełnia się powoli przez całą książkę.

O rodzinie piszą leniwi

Jonathan Franzen jest najmłodszym z trzech braci. Nie ma dzieci, ożenił się w wieku 23 lat, zaś w wieku 35 rozwiódł. Napisał sześć powieści, z których każda traktuje o rodzinie, nie uważa jednak, by termin family novels do nich pasował. W wywiadzie z Benem Williamsem tłumaczy, że w jego książkach scen rodzinnych jest tak naprawdę niewiele. To nie rodzinę opisuje, lecz raczej pojedynczych bohaterów przez pryzmat relacji rodzinnych, co stanowi dla niego ogromne ułatwienie w procesie wiarygodnego i bliskiego czytelnikowi zaprezentowania postaci. Posiadanie relacji rodzinnych jest w gruncie rzeczy nieuchronne. „Możesz nigdy więcej nie zobaczyć swojego rodzica, ale zawsze będziesz jego dzieckiem; możesz być skłócony z rodzeństwem, ale zawsze będziesz miał to rodzeństwo” – mówił Franzen. Pośród „wygodnych” aspektów, które pozwalają opisać bohatera, pisarz wymienia: „Gra między genetycznym podobieństwem a genetyczną różnicą, zarówno między rodzeństwem, jak i między pokoleniami, a także sposób, w jaki komplikuje to »wychowanie«, czyli wyuczone zachowania z dzieciństwa, przejęte od rodziców, rodzeństwa i innych krewnych – to się składa po prostu na bogaty materiał”. W tej samej rozmowie pisarz stwierdza, że „używa” rodziny w swoich powieściach, ponieważ jest po prostu leniwy. Rodzina bowiem w łatwy sposób pozwala mu uruchamiać szerokie pola znaczeniowe za pomocą skrótowego odniesienia do tematu, który zna każdy czytelnik czy czytelniczka. „Jeśli pierwsze zdanie brzmi: »Miał problem z matką«, od razu mnie to interesuje. (…) Te kilka słów wystarczy, żebym zorientował się w sytuacji, więc nie muszę wykonywać całej tej dodatkowej pracy [związanej z opisem bohatera]”.

Pierwsze zdanie czwartej powieści Franzena Wolność (607 stron w polskim wydaniu z 2022 r.) jest jednak znacznie bardziej skomplikowane i brzmi: „Nowinki na temat Waltera Burglunda nie krążyły po okolicy – dwa lata wcześniej wraz z Patty przeprowadzili się do Waszyngtonu i obecnie nic nie znaczyli w St. Paul – jednak miejskie towarzystwo z Ramsey Hill nie było aż tak lojalne wobec swojego miasta, żeby nie czytać »New York Timesa«”. Rodzina, o której będzie ta książka, to właśnie Walter i Patty Burglundowie oraz ich dwójka dzieci, Jessica i Joey. Franzen pokazuje nam ich z różnych perspektyw – początkowo oczami sąsiadów, którzy nie są tu bez znaczenia, bo właśnie do domu jednej z okolicznych rodzin zamierza wbrew rodzicom przeprowadzić się Joey, by zamieszkać ze swoją dziewczyną i jej matką. W dalszej części książki swoją historię opowiada nam sama Patty w autobiografii spisanej za radą terapeuty. Patty doświadczyła bowiem traumy, którą obciąża swojego syna, „[b]o zawsze chodzi o Patty, wiecie, to ona zawsze musi być ofiarą”. Źródła kryzysu – a fakt, że rodzina jest w kryzysie, pozostaje chyba oczywisty – są jednak znacznie bardziej skomplikowane i nie wszystkiemu winna jest Patty. Jej małżeństwo wisi na włosku i oboje małżonkowie w końcu dopuszczają się zdrady. W fabułę wprowadza nas stopniowo każdy z członków konfliktu, komplikując łatwe znalezienie winnych i ofiar – krajobrazu zarówno rodzinnego, jak i społecznego nie da się przecież w ten sposób uprościć. Podziały społeczne oddziałują na bohaterów w równym stopniu co uwarunkowania emocjonalne, tworząc obraz o wielu nieprzeniknionych szarościach. To samo dotyczy działalności ekologicznej Waltera – „czyste” wybory, nieobarczone moralnym kompromisem tu przecież nie istnieją.

Franzen słynie z powieści, od których nie sposób się oderwać, i śmiem twierdzić, że ta cecha dotyczy wszystkich rodzinnych sag.

Ich bohaterów poznajemy w końcu nieraz lepiej niż członków własnej familii, do których myśli i sekretów nie mamy dostępu. Tak pogłębione pod kątem psychologicznym powieści dają nam wgląd we wszystkie najbardziej skrywane rewiry motywacji bohaterów, których codzienność przypomina naszą własną, co nadaje także naszej szarej rzeczywistości posmak książkowej przygody. Jak słusznie zauważa Franzen, każdy w końcu się komuś urodził, kogoś odrzucił, przez kogoś z najbliższych został zraniony. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że w powieściach o odrzuceniu i zranieniu odnajdziemy także własną historię. Metoda pisarska Franzena, ale również Murraya, który przez krytykę został okrzyknięty „Franzenem z Dublina”, polega na wiernym odtworzeniu dynamiki rodziny – czyli grupy bardzo różnych ludzi, z których każda wnosi do wspólnego, blisko połączonego siecią zależności systemu własną, nie zawsze ujawnioną przeszłość, wrażliwość i indywidualny punkt widzenia czy przeżywania – poprzez zmianę perspektyw i udzielenie głosu każdemu z członków rodziny. Powieść jako gatunek idealnie nadaje się do oddania tego wielogłosu, a wejście głęboko w myślenie każdej z postaci – po kolei lub w pewnym zamierzonym bałaganie – bezbłędnie odtwarza specyfikę funkcjonowania rodziny, wszechobecnych w niej tarć i scysji wynikających z odmiennych potrzeb i stanów emocjonalnych jej członków. Dzięki powieściowej narracji my jako czytelnicy i czytelniczki (wreszcie!) mamy do nich dostęp.

Może się to wydawać dziwne

Zadie Smith ma dwóch młodszych braci i przyrodnie rodzeństwo z nowych związków swoich rozwiedzionych rodziców. Wyszła za irlandzkiego poetę, z którym ma dwójkę dzieci, i jako jedyna z przywołanych pisarzy nieustająco jest pytana w wywiadach, jak posiadanie dzieci wpływa na jej karierę literacką. Napisała sześć bardzo różnych powieści, bo pisarska zasada Smith każe szukać jej wciąż nowych literackich dróg i eksperymentować z powieściowym gatunkiem. Jednak każda z jej książek eksploruje rodzinę jako konstrukt trafnie oddający specyfikę współczesności.

W swojej trzeciej powieści O pięknie z 2005 r. (597 stron w polskim wydaniu z 2006 r.) zestawia dwie rodziny, w których mężczyźni – „głowy rodziny” – wykładają na uniwersytecie i wdają się w akademicką rywalizację. Powodów do sporu jest jednak znacznie więcej. Rodzinę Belseyów tworzą Howard – brytyjski historyk sztuki, i Kiki – Amerykanka pochodzenia jamajskiego. Mają trójkę dzieci. Na czele rodziny Kippsów stoi Monty, który jest prawicowym intelektualistą o konserwatywnych poglądach. U jego boku obserwujemy żonę Carlene i piękną córkę Victorię oraz syna Michaela. Rodzina ma karaibskie pochodzenie. Różnice między dwiema rodzinami przebiegają na wielu poziomach: od światopoglądowych, poprzez religijne, aż po podejście do sztuki, jednak dziwniejsze i bardziej intrygujące niż spory między Howardem i Montym są linie łączące te dwie rodziny: przyjaźń Kiki i Carlene czy wątek romansowy między dziećmi akademików, w którym oczywiście do głosu dochodzi bunt przeciwko rodzicom. Od początku nie sposób go oddzielić od prawdziwego uczucia, co komplikuje trzeźwy ogląd sytuacji wszystkim zainteresowanym. Powieść nazwana przez wydawcę „transatlantycką sagą komiczną” daleka jest jednak od parodii na temat profesorów bijących się o tytuł pierwszego znawcy Rembrandta.

W O pięknie Smith przełamuje nieustannie nasze pojęcie o kolejnych postaciach – pierwsze wrażenie na ich temat i stereotypy, jakie się nasuwają, natychmiast są dekonstruowane.

Nikt tu nie zachowuje się tak, jak byśmy się tego po nim spodziewali, gdyż rodzina, która nieraz stara się ukierunkować kogoś w jedną stronę, tak naprawdę popycha go w stronę przeciwną.

Punktem wyjścia – co nie wydaje się oryginalne na tle pozostałych wspomnianych powieści – jest małżeńska zdrada, której dopuścił się Howard. Belseyowie, ale i Kippsowie, bo, jak szybko się okaże, siła rażenia tego czynu jest naprawdę spora, muszą uporać się z upadłym mitem ciepłej, nieco hippisowskiej rodziny, w której zamiast tematów tabu króluje bliskość. Wybaczyć mężowi musi nie tylko Kiki, lecz również dorosłe już dzieci, na których niewierność ojca odbije się z zaskakującą mocą. „Kiki czuła, że oboje, matka i syn, zmierzają teraz w dwóch przeciwnych kierunkach: Kiki ku wybaczeniu, Jerome ku zgorzknieniu. Bo choć zajęło jej to prawie rok, Kiki zaczęła z wolna puszczać w niepamięć błąd Howarda. (…) ważyła tę jedną głupią noc, kładąc na drugiej szali całe wypełnione miłością życie, i wyczuwała sercem różnicę. (…) Kiki czerpała z rezerw potencjału wybaczenia, o których istnieniu nawet nie wiedziała”. Dla ich starszego syna jednak wybaczenie jest o wiele trudniejsze, ponieważ w tym samym czasie, gdy rodzice borykają się z problemami w związku, on sam mierzy się z miłością do Victorii Kipps – więcej: miłością do rodziny Kippsów i sztywnych zasad, które panują w ich domu.

Paul Murray w Żądle również zestawia ze sobą dwie bardzo różne rodziny. I podobnie jak Smith, na przestrzeni swojej powieści każe nam zmienić o nich zdanie.

Burnsowie wydawali się swego rodzaju elitą, bogaczami, a przy tym snobami, którzy wiodą tzw. lepsze życie. Rodzina Imeldy – żyjąca na wielu różnych granicach: ubóstwa, przemocy i zdecydowanie po kryminalnej stronie granicy prawa – nie mogłaby się z Burnsami równać. I to właśnie Burnsowie mieli dać Imeldzie bezpieczeństwo, jakiego nie zaznała nigdy w domu rodzinnym. Paul Murray wywraca jednak cały ten porządek rzeczy na nice, zgrabnie przy tym operując grozą. Z wszystkich przytoczonych powieści Żądło (564 strony w polskim wydaniu z 2025 r.) wydaje się najmroczniejsze – dzieci Burnsów wciąż nieświadomie zbliżają się do granicy katastrofy i tylko szczęśliwe zrządzenia losu sprawiają, że kolejny raz udaje im się cało wrócić do domu. Parę scen mrozi krew w żyłach, a każdy kryzys zostaje zażegnany w ostatniej chwili i tylko na moment. Dickie wciąż powtarza: „Może się to wydawać dziwne ale świat jest dziwny”, i Murrayowi udaje się oddać tę prawdę w powieści. Nic tu nie jest takie, jak wydawało się na początku – uczucie, które Imelda traktowała jak miłość życia, z innego punktu widzenia było tylko młodzieńczym zauroczeniem. Na ojca Dickiego, robiącego wrażenie wybawcy rodu, wystarczy spojrzeć pod innym kątem, by dostrzec jego prawdziwe oblicze. Z kolei sama Imelda zyskuje zdecydowanie przy bliższym poznaniu, choć w połowie tego procesu jej postać przesłania współczucie. Nie uda się go odegnać w stu procentach, lecz można to zrobić na tyle, by zobaczyć w niej chociażby kochającą matkę, jaką nie wydaje się na początku. Ten wachlarz emocji, które wywołują fikcyjne postaci, jest największą siłą powieści o rodzinach.

Chcemy powrotu do szczęścia

Jonathan Safran Foer jest środkowym dzieckiem, ma dwóch braci. Jest także ojcem dwójki dzieci i rozwodnikiem. W powieść Oto jestem (782 strony w polskim wydaniu z 2017 r.) Foer pokazuje pięcioosobową rodzinę Blochów w chwili kryzysu. Jak to zwykle bywa, jego głównym źródłem są tu rodzice: Jacob i Julia mają trzech synów, parę trudnych rodzicielskich momentów (jak poważny wypadek jednego z dzieci) za sobą i właśnie dotarli w swoim związku do emocjonalnego muru. „Fasada pełnego miłości związku sprawiła, że nieobecność miłości w związku stała się znośna. Ale teraz Julia daje sobie spokój z pozorami” (tłum. Krzysztof Cieślik) – to cytat ze sceny, w której Julia odkrywa esemesowy romans Jacoba. I sama nie wie, co jest w tej sytuacji gorsze – fakt, że mąż ma romans, czy to, że zdrada pozostała jedynie esemesowa, teoretyczna. W jej oczach Jacob kolejny raz stchórzył, zatrzymał się w pół drogi. I Julia najzwyczajniej w świecie ma takiego życia na pół gwizdka dość.

Dość mają też synowie, choć każdy z nich w zupełnie inny sposób, bo każdy z nich mierzy się z innymi problemami w zależności od wieku i charakteru. „Sam wiedział, że wszystko się zawali, nie wiedział tylko dokładnie, jak i kiedy. Jego rodzice mieli się rozwieść i ostatecznie się znienawidzić, i siać zniszczenie jak ten japoński reaktor”. Sam ma niebawem przystąpić do bar micwy i jako najstarszy z synów rozumie z konfliktu rodziców najwięcej. „Chcemy powrotu do szczęścia – mówi na jednej z pierwszych stron książki Julia podczas rozmowy z rabinem. – Podczas gdy słowa rozpraszały się po pokoju, sadowiąc się na stertach religijnych książek i poplamionej wykładzinie, Jacob i Julia w milczeniu rejestrowali nadzieję, smutek i osobliwość tego, co powiedziała. Zgubili drogę i kompas, ale nie wiarę w to, że powrót jest możliwy – nawet jeśli żadne z nich nie wiedziało do końca, o jakim szczęściu Julia mówiła”. Sam jako pierwszy orientuje się, że na ten powrót nie ma już szans. Przynajmniej nie do tego szczęścia, którego rodzina zaznała w przeszłości. Chłopiec dużą część swojej codzienności spędza na komputerowej grze Inne życie – jej nazwa oddaje dokładnie to, co gracz stara się w niej zbudować. I stanowi idealną alegorię dla rozłamu małżeństwa oraz końca rodziny w formie, do której przywykli jej członkowie. W tle analogiczny rozłam zaczyna pochłaniać Izrael. Ostatecznie zaś to wojna, a nie koniec małżeństwa zmusi Jacoba do działania.

Podobnie jak w Żądle, w powieści Foera na drugim planie pojawia się pokolenie wcześniejsze, które pozwala nam poznać praprzyczynę problemu.

Źródłem kryzysu są rodzice – to już wiemy – pytanie tylko którzy, bo w końcu zawsze istnieją też rodzice rodziców. Nad historią rozpadu w obu książkach góruje ojciec rodu, patriarcha, który oczekuje od syna dowodów męskości i nie kryje rozczarowania ich brakiem. Autodestrukcyjną machinę napędza więc ktoś spoza kadru, ktoś, kto również jest rodziną, ale wcześniejszą, a nie docelową. Od głównych męskich bohaterów zależy, czy oni także przeniosą na swoich synów poczucie bycia niewystarczającym, czy zatrzymają pokoleniową sztafetę krzywd patriarchatu. I jedynym promyczkiem nadziei w obu niewesołych historiach wydaje się właśnie ten jej aspekt – zarówno Dickie, jak i Jacob podarowują synom wolność od dopasowywania się do wzorców męskiego samca, choć sami doświadczają go z całą mocą.

Paul Murray ma żonę i 12-letniego syna. Na tytuł swojej powieści wybrał Żądło, które odgrywa kluczową rolę w fabule i stanowi zgrabną metaforę, ale równie udanymi symbolicznymi motywami są bunkier, schron czy też stara szopa, która stoi na włościach Burnsów. Dla części rodziny stanowi ona rodzaj schronienia, dla niektórych zaś symbol zagrożenia. Każdy próbuje tę niewielką przestrzeń dopasować do swoich potrzeb, przerobić, zrównać z ziemią, z sentymentu uchronić przed zmianą. W chwili kryzysu każdy wędruje w końcu do lasu, do zapyziałej chatki, a Dickie wręcz oddaje się naiwnej – cały Dickie! – wierze w to, że jej odbudowa może się równać odbudowie rodziny. Nie zdradzę, czy jego nadzieja należy do płonnych, powiem tylko, że jeśli poziom nieszczęścia danej rodziny świadczy o tym, jak bardzo jest interesująca, to rodzina Burnsów może się okazać jedną z najciekawszych w historii literatury. 

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei