Subskrybuj
Ilustracja: Zuzanna Karczewska
Ilustracja: Zuzanna Karczewska
Mieszka i pisze w Krakowie. Autorka powieści Szopka (2012), On (2016), Przez (2020), Kąkol (2021), Żaden koniec (2023) oraz zbioru opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem (2017). Nominowana do Nagrody Literackiej Nike, Paszportów „Polityki”, Ogólnopolskiej Nagrody...

Komentarz

To nie będzie trudne, tak mi powiedziano.

Zawsze można wyjść, nikt nikogo nie zatrzymuje. Można zabrać głos, wszyscy przecież tylko czekają, że ktoś zabierze głos, przezwyciężając momenty nieznośnej ciszy, gdy prowadzący pyta, czy ktoś chciałby zabrać głos, i można naprawdę poczuć wznoszącą się aż pod sufit ulgę i wdzięczność, gdy ktoś głos zabierze. Ale nie trzeba, rzecz jasna, bez przymusu, prowadzący i tak ma zawsze przygotowane dwa czy trzy pytania awaryjne, gdyby nikt nie odważył się przełamać ciszy i napięcia. Nie trzeba się nawet odezwać na temat, tam każdy temat jest tylko pozornie zgodny z tematem, a zresztą pan się przecież na tym zna. Kiedyś się pan tym interesował, prawda, nie mylę się. Idź, powiedziałaś, powiedziałabyś, przecież to cię interesuje, musisz wyjść do ludzi, posłuchać ich, powiedzieć coś do nich, masz tyle jeszcze do powiedzenia.

Już czas.

Musi pan wyjść do ludzi, posłuchać ich, porozmawiać. Tak mi powiedziano. Ta forma kontaktu, jaką mamy tutaj, jest niewystarczająca, trzeba wrócić do normalnego życia. Nie ma oczywiście niczego takiego jak normalne życie, ale trzeba, tak trzeba. A gdzie to zrobić i kiedy, teraz tak łatwo sprawdzić w internecie, w dużym mieście spotkania są co chwilę. Festiwale nawet. Ale to może nie od razu. Małymi kroczkami. Z jakimś przyjacielem będzie łatwiej. Usiąść, posłuchać najpierw, można wyjść w dowolnym momencie, a to wszystko za darmo.

Ten chudy z za dużym nosem będzie siedemnastego, powiedział mi przyjaciel. I czy czytałem. Nie czytałem. Ale nie o to chyba chodzi, żebym od razu czytał, zresztą ten chudy nie wygląda, jakby mu szczególnie zależało, raz dostał nagrodę i wystarczy, płynie na tej nagrodzie z dziesięć lat albo i lepiej, i na nazwisku, ojciec też taki sam, z dużym nosem, ale żadnej nagrody nie dostał. A synowi pewnie dali, bo sobie przypomnieli, że nie dali ojcu. Ojca chyba coś czytałem, ale nie pamiętam. Nie, nie zapominam, zapomniałem w jednej chwili wszystko i więcej nie zapominam. Kiedyś czytałem, może gdy ten z dużym nosem jeszcze nie miał dzieci i mógł spokojnie pisać, co chciał i kiedy chciał, ale to było dawno dla nas obu.

A później zapomniałem. W jednej chwili zapomniałem, czy czytałem, czy nie, a przecież kiedyś czytałem wszystko jak leciało, jak pisali, wtedy jeszcze nie zamieszczano zdjęć autorów na okładkach i nie można było wiedzieć, jaki kto ma nos, za długi czy za krótki. I nie było nagród. Czy ja to muszę czytać, zapytałem. Skądże znowu, powiedział przyjaciel, teraz jak coś nie dostało nagrody, to nie wypada czytać, a wszystko jednego roku dostaje jedna książka, bo ci sami gracze siedzą w tych komisjach, mogliby zrobić w sumie jedną komisję i spokój; nie, nie będę czytał, przyjdę na spotkanie bez czytania. Wszyscy tak przychodzą. Wszyscy uczestnicy i prawie wszyscy prowadzący. Nie zamierzam się zresztą wdawać z nimi w dyskusję. Może masz rację, może to już czas, ale lepiej nie.

Ten duży chłopak z brodą, który pisze kryminały, nawet ma prezencję, ale przeczytałem z dziesięć stron podczas spotkania, bo przyjaciel kupił książkę, no i nie da się tego czytać. Czytałem, żeby się nie odzywać, ale nie dało się tego czytać, porównania jak w wypracowaniu trzecioklasistki. Potem poszliśmy na poetów, poetów było dwóch, bo każdy napisał tylko jedną książkę i musieli przyjść razem. Tego z kolei nie dało się ani czytać, ani słuchać nawet, wymyślili sobie taką zabawę urozmaicającą, że będą czytać nawzajem swoje wiersze, ale się prędko okazało, że nie potrafią ani czytać, ani pisać. Tak, jestem starej daty, i na tym spotkaniu bardzo się chciałem odezwać i ponarzekać, chociaż obiecałem sobie, że nie będę się odzywał. Na początku miałem tylko chodzić. Nie odzywając się. A potem jak głupi się przyznałem tej dziewczynie, wiesz, tej, u której jestem czasami i która mi kazała wyjść do ludzi, chociaż wychodzę przecież, no, chociażby muszę wyjść, żeby przyjść do niej, i ona mówi: skoro pan już w tylu spotkaniach uczestniczył, może się pan spróbuje odezwać, zapytać o coś. Nie będę nikogo o nic pytał, po co ja mam pytać. Kiedy ktoś pyta, to znaczy, że oczekuje odpowiedzi, a ja od nikogo nie oczekuję odpowiedzi. Nikt mi na nic odpowiedzieć nie może. Nie będę pytał. No to może jakoś inaczej, mówi ona, może się pan spróbuje tak odezwać, żeby nie zapytać ani nie oczekiwać. Ja będę z pana zadowolona i dam panu spokój na jakiś czas, a pan też będzie czuł się lepiej, gdy coś pan w końcu powie, ale oczywiście bez pytań i bez oczekiwań.

Bardzo żałowałem, że wśród najbliższych okazji nie było żadnych poetów, ale przyjaciel powiedział, że poeci nie uciekną, a jest spotkanie z tym, co pisze o trudnych ludzkich sprawach, a wygląda jak student informatyki, i że prowadzić ma podobno ta wiecznie zdziwiona z Warszawy i nawet specjalnie z Warszawy przyjeżdża, może się będzie miała nawet czas w pociągu przygotować i nie zdziwić, no i że jest okazja. Dużo licealistek podobno przychodzi. Z mamusiami. Ja akurat zainteresowany nie jestem ani mamusiami, ani informatyczną prozą, ale ta dziewczyna powiedziała: może się pan wreszcie spróbuje odezwać, nic się nie stanie przecież. No to się odezwałem.

Przyjaciel potem powiedział, że bardzo mądrze, ale że nie ma całkowitej pewności, czy ona się nie obraziła, ta zdziwiona z Warszawy. I że nawet tak wyglądała, jakby przetrawiła swoje zdziwienie i chciała mi odpowiedzieć, tyle że ja nie zapytałem. Nie zapytałem o nic.

Nie pytam. Komentuję. Nie chodzę, jestem posyłany na te spotkania. To zadanie. Żeby wyjść do ludzi. Żeby wrócić. Śmiałabyś się ze mnie. Pewnie byś się śmiała.

Nie jestem ich ciekaw. Oni mnie nie interesują. Wybrałem te spotkania, bo nie potrafiłbym uczestniczyć w żadnych innych, na mecze, przykładowo, nie wyobrażam sobie chodzić, bo się nie znam na piłce, na koncerty do filharmonii to już zupełnie, ani słuchu nie mam, ani garnituru nowego, tylko jeden czarny, zresztą w filharmonii to już w ogóle nie wypada komentować na głos. A ja miałem się odezwać, zabrać głos. Na literaturze natomiast kiedyś się trochę znałem, coś tam się w życiu przeczytało, a to wystarcza, przecież ci, co się znają, też tylko czytają, nic innego nie robią, żeby się znać. Nawet Prousta kiedyś przeczytałem całego, gdy miałem złamaną nogę, i te bujdy o facecie, co nie może wyjechać z sanatorium, mam więc pewne prawo do komentowania. A pytać nie muszę, oni mnie nie ciekawią. Ani ich odpowiedzi.

Trochę zaczął mnie natomiast niepokoić fakt, że to ja ciekawię ich. Wcale nie miałem zamiaru ich ciekawić, a już na pewno nie sobą, zamierzałem się tylko odezwać i się odezwałem, takie było zadanie, nic ponadto. Zebrałem się w sobie, kiedy ta z Warszawy zapytała, czy ktoś ma jakieś pytania, i podniosłem rękę. Ona powiedziała, że bardzo prosi, pan tam z tyłu ma pytanie, więc ja wstałem i grzecznie powiedziałem, że nie będzie to pytanie, gdyż pytania akurat nie mam, tylko taki niewielki komentarz, symboliczny w zasadzie, że na przykład tradycja literacka to jest przecież rzecz istotna, jesteśmy zakorzenieni, wyrastamy z czegoś i nie można się uważać za prekursora, skoro na przykład taki Marcel Proust albo Tomasz Mann, wypada wiedzieć, i wtedy podeszła dziewczyna z mikrofonem, wręczyła mi ten mikrofon jak talerz z kotletem w tanim barze i powiedziała, żebym mówił do mikrofonu. Wtedy ja zapytałem, nie, nie zapytałem, bo nie było o co, zauważyłem, że przecież mnie słychać całkiem dobrze, skoro niektórzy już się zdążyli poobracać na krzesłach i pokazać mi swoje twarze, ale dziewczyna powtórzyła, że się mówi do mikrofonu podczas takich spotkań, więc ja powtórzyłem, już do mikrofonu, że nie będzie to pytanie, gdyż akurat nie mam pytania, tylko na taki komentarz chciałem sobie pozwolić o istnieniu tradycji literackiej, i że my się w tę tradycję wpisujemy, i że trudno się wyprzeć Manna czy Prousta, i że strumień świadomości jest powszechnie znany i stosowany, to takie długie zdania, w których bez przerw i często bez znaków przestankowych zapisane są takie różne rzeczy, jakie postaciom przychodzą do głowy, a kropka jest dopiero na końcu i to nie zostało wynalezione wczoraj. I taki to mój komentarz, dziękuję. Informatyk od literatury chciał coś odpowiedzieć, ale właściwie nie mógł, ponieważ o nic nie zapytałem. Zapytała za to ta z Warszawy, czy są jeszcze jakieś pytania, bo zaraz czas spotkania dobiegnie końca i ona musi wracać do Warszawy. I wszyscy wyszli.

Kilkoro ludzi patrzyło na mnie jakoś dziwnie, ale pewnie dlatego, że się nieco znamy. Za dużo powiedziane: znamy się; rozpoznajemy się, bo bywamy na tych samych spotkaniach. Czy ty wiesz, że na spotkania z autorami chodzą wciąż ci sami ludzie? Zapewne na mecze piłki nożnej i do filharmonii też ci sami, dobrze, że chociaż autorzy się zmieniają. Piłkarze podobno rzadziej. A już prowadzący niekoniecznie, bo może być ta zdziwiona z Warszawy albo taka z kręconymi włosami, z Krakowa chyba, ewentualnie ten, co siedzi w czapce i zęby mu uderzają o siebie, a kiedy o coś pyta, robi to przez siedem minut, a przez dwie czy trzy kolejne autor zastanawia się, o co mu chodziło. Jest jeszcze taki wysoki i łysy, w okularach, jedno ucho odstaje mu bardziej niż drugie, tyle walorów naraz. Ale pytania zadaje mądre, chociaż właściwie to też nie pytania, bo on coś mówi, drapie się w to mniej odstające ucho, zawiesza głos i czeka, aż autor się samodzielnie domyśli, że teraz jego kolej. On nie pyta, on również komentuje. I już też mnie chyba rozpoznaje, gdy przychodzę i siadam, bo patrzy na mnie wnikliwie i długo kiwa łysą głową.

Te same twarze. Trudno się nie poznawać, zatem się poznajemy, kiwamy sobie głowami na znak poznania, ale nikt oprócz mnie nie komentuje. Publiczność zadaje pytania i czeka na odpowiedź.

I to już jest najmniej ciekawa część, te pytania. Idiotyczna kurtuazja. Należy skomentować, ale pytać – to nieciekawe po prostu. Może nawet jest tak, że odpowiedź na pytanie ciekawi tego, kto je zadaje, ale na pewno nie autora, który musi westchnąć, uśmiechnąć się i coś średnio durnego wymyślić a vista w ripoście dla słowiczego głosika: ale nad czym pan teraz pracuje, albo: a jaki jest pana ulubiony pisarz pisarka, a na kim się pan pani wzoruje. A swoją drogą, jak można, no, sama przyznaj, mając świadomość tradycji literackiej, uczestnicząc w spotkaniach z literatami, zamiast w meczach piłki nożnej, pytać o takie rzeczy. Jak to może ciekawić kogoś, kto przychodzi na spotkanie z autorką autorem, ponieważ czyta książki autora autorki? Chyba że założylibyśmy, że inni też nie czytają, tylko przychodzą. Mają inne zadanie od terapeuty, nie muszą czytać, tylko przyjść, odczekać do momentu na zadawanie pytań i zadać pytanie. Może ludzie w ogóle komunikują się wyłącznie dzięki wyraźnym, jednoznacznym i stanowczym poleceniom terapeutów. Taka rzeczywistość jest do pomyślenia. Terapeuci zdobędą władzę nad światem, to jest również do pomyślenia. Bo jeśli coś zdobędzie władzę nad światem, to na pewno nie literatura. Ona zadaje zbyt wiele pytań i chełpi się tym, że nie zna na nie odpowiedzi.

Dlatego nie zadawałem pytań, to strata czasu. Ubierałem się elegancko, wypastowane buty, krawat, to mi się pozwala skoncentrować, siadałem możliwie z tyłu, żeby się nie rozpraszać istotą spotkania, i odzywałem się. Takie dostałem zadanie, polecenie, wskazanie, sam nie wiem. Odezwać się. Odzywałem się. Zawsze jakoś tam się można odezwać. Nie każdy ma coś do powiedzenia, ale wydaje mi się, że w dziedzinie literatury to nie jest takie trudne, coś tam się w życiu przeczytało i można nawiązać. Literatura to takie duże pudełko, w którym się kłębią te znaczki napisane od czasów Gilgamesza i one wszystkie jakoś do siebie nawiązują. Trzeba to tylko jakoś wyeksplikować, ale na szczęście literatura to nie fizyka, nie potrzebuje badań ani dowodów i może w niej być wszystko dowolnie. W fizyce zawsze się kręci, jak już zacznie, albo zawsze spada, a w literaturze to różnie. Można powiedzieć cokolwiek, jeśli nawiązuje i jeśli jakieś mądre słowo zostanie użyte.

Mądre słowa muszą składać się przynajmniej z czterech sylab. Wypisałem sobie na kartce, synekdocha, postkolonializm, apokaliptyczny, i używałem. Naprawdę dobrze mi szło, gdy zabierałem głos, wielu ludzi obracało się do mnie, gdyż siadam zwykle z tyłu, co stwarza mi szansę na powtórzenie tego, co już powiedziałem, gdy dziewczyna z mikrofonem w końcu się do mnie przedrze przez grządki krzeseł, obsadzonych snobowatymi znawcami literatury. Można w takich wypadkach innymi słowami powtórzyć, to dopiero jest zadanie, nabieram wprawy. Oni się obracają i patrzą na mnie wytężonymi spojrzeniami, zachwyceni mądrością mądrych słów i przenikliwością moją, że umiem tak skomentować, o nic wszakże nie zapytawszy. Epitalamium, strukturalizm, lapidarny. Są też ludzie, którzy się nie odwracają, ale już na dźwięk mojego głosu ukrywają twarze w dłoniach, żeby się lepiej skupić i przemyśleć mój komentarz, jak mniemam. Nie jestem bowiem komentatorem lapidarnym. Jestem komentatorem poststrukturalnych konwencji narratywnych i poszukiwaczem toposów. A moja terapeutka jest ze mnie dumna, odzywam się i wróciłem ponoć do życia. Do normalnego, poststrukturalnego.

Największą atrakcją spotkania jest ponoć nie samo spotkanie, ale podpisywanie książek. Autorka czy autor siadają wtedy przy stoliku i czekają, aż ktoś do nich podejdzie, wreszcie podrywa się z krzesła pierwsza osoba, no dobrze, to ja mogę, z taką miną, jakby musiała wziąć na siebie odpowiedzialność za ciężką zbrodnię, a po tym pierwszym podpisie natychmiast tworzy się kolejka i autorka czy autor wracają do domu później, niż powiedzieli mężowi czy żonie. Przypuszczam, że tak właśnie się to odbywa. Ale na pewno nie wiem, nigdy nie zostaję do końca, lubię wychodzić nawet chwilę przed, komentuję moim komentarzem i wychodzę, wyjeżdżam właściwie na poręczy zaskoczonych spojrzeń, to takie boskie uczucie, oni patrzą, ja wychodzę. Nie staję w kolejce po autograf, bo po co mi autograf, skoro nie kupuję książek. Nie takie mam zadanie. Jest taki jeden facet, kompletny dziwak, przychodzi na wszystkie spotkania, czasem nawet wychodzi z jednego w połowie, by zdążyć na drugie, co już jest niegrzeczne, moim zdaniem, i on nie komentuje nawet, tylko zbiera autografy do specjalnych zeszytów, ludzie się do niego uśmiechają i podpisują mu się, gdzie pokaże palcem, nawet w środku spotkania przerywają i się podpisują, czasem piąty i dziesiąty raz, zupełnie jakby robili to z litości, co jest ordynarne z ich strony, może to i dziwak, ale przecież nie jest nienormalny, można by mu powiedzieć, mój autograf pan już przecież ma, a w zeszłym roku podpisywałem się w identyczny sposób. Ale nikt mu tego nie mówi, bo dzięki niemu kolejka jest dłuższa, a pisarze to snoby jeszcze większe od czytelników, to wiadomo. Mógłbym też zbierać autografy, ale jeden facet od autografów już jest, po co światu drugi.

A najgorsi są ci łgarze, którzy niby proszą o autograf na książce, a naprawdę to chcą osobiście porozmawiać, a tak naprawdę chcą wyłącznie powiedzieć coś o sobie i nie wiadomo czemu akurat pisarzom. Dziennikarzom na przykład nikt niczego nie chce mówić. Z tą z Warszawy żywy duch nie rozmawia, może dlatego, że jest z Warszawy, a nawet gdy czasem przychodzi razem z jakąś pisarką czy pisarzem też z Warszawy, to potem stoi przy drzwiach i się denerwuje, że pociąg im ucieknie, jakby nie mogła zapamiętać, że pociągi do Warszawy i tak mają zawsze przynajmniej dwadzieścia minut spóźnienia. Nikt z nią nie chce rozmawiać na osobności, nikt a nikt. Ja też nie, ale ja dla zasady, bo ja w ogóle z nikim nie rozmawiam ani na osobności, ani publicznie, tylko mówię, co mam do powiedzenia, i wychodzę. Nauczyłem się do ludzi mówić, może się kiedyś nauczę rozmawiać, ale na razie wystarczy. Pokonałem siebie. Odniosłem sukces. No, sama powiedz, czy to nie znakomicie. Przecież o to chodziło. Ludzie mnie poznają, czasem nawet ktoś się uśmiechnie, czasem powie dzień dobry, to więcej, niż mogłem oczekiwać.

I zupełnie nie rozumiem, po co to. Po co tak mówić. Dlaczego. Komu takie mówienie potrzebne. Przychodzę na spotkanie, siedzę grzecznie, komentuję, wracam do życia, nie rozumiem, po co tak gadać, ja nikomu tak nie robię przecież. Spotkanie miało się już rozpocząć, ale prowadzący z autorką gdzieś się zapodziali, poszedłem do toalety, takie spotkania rzadko kiedy zaczynają się punktualnie, oni zwykle palą i rozmawiają, zawsze tak jest, palą i nie patrzą na zegarek, jakby się nie mogli napalić ani nagadać, jakby nigdy wcześniej tego nie robili, a może sobie mówią: bez nas nie zaczną i tak, i gdy wracałem, usłyszałem ich. Nie podsłuchiwałem, nawet nie wiedziałem w pierwszej chwili, że to oni, mogłem się zresztą pomylić, być może bezpodstawnie kogoś oskarżam, tak bardzo nie lubisz, gdy oskarżam kogoś o coś, zanim się upewnię, zresztą nieważne, może to nie autorka i prowadzący spotkanie, może tylko dwa głosy, może to nawet nie było o mnie. Na pewno nie o mnie. Na pewno przesadzam i jestem nadwrażliwy. Jeden głos, żeński, powiedział: ja już go widziałam, przychodzi nie wiadomo po co i uważa, że ma coś do powiedzenia, a nawet odnieść się do tego nie ma jak. No i dlatego już to nie mogło być o mnie, nie zdenerwowałem się wcale, jestem spokojny, zupełnie spokojny. A drugi głos, męski, odpowiedział całkiem głośno, nie wiedzieli chyba, że ja tam jestem, tak blisko, no, ale skoro to nie było o mnie, to wszystko jedno, można na cały głos mówić, co się chce, przecież. Daj spokój, odpowiedział ten głos, on wszędzie przychodzi. Jest na każdym spotkaniu. Niegroźny. Powie sobie coś tam swojego i pójdzie do domu. My już jesteśmy przyzwyczajeni, z tego, co słyszałem, jemu jakoś niedawno umarła żona i tak się w sobie przełamuje, żeby wyjść do ludzi. I nie wiem, naprawdę, po co on to powiedział, ten drugi głos, skoro ten pierwszy w ogóle o nic nie zapytał, i nie wiem, po co takie rzeczy mówić, nie mogę się tym przecież przejmować, skoro to nie o mnie, taki komentarz mnie w ogóle nie dotyczy, nic o mnie nie wiedzą, tylko po co tak mówić, po co mówią, że ty umarłaś, skoro to nieprawda, nieprawda, nieprawda, nieprawda.

Artykuł pojawił się w numerze: Historie, z których się składasz