Ulica pachniała chlebem. Zapach był tak intensywny, że kolejarz Szczepan Fiołek pomyślał nawet, czy aby nie zawrócić i nie pójść do piekarni przy Małych Garbarach, tej, której komin był dobrze widoczny, bo zarys ceglanej bryły ostro kontrastował z niebem rozświetlanym pierwszymi promieniami budzącego się dnia. Gdyby był głodny, pewnie ten zapach wygrałby z jego dość słabą silną wolą. Na szczęście pół godziny temu zjadł dwie pajdy chleba, które żona posmarowała mu smalcem ze skwarkami, posoliła grubą solą i do tego podała kubek kawy zbożowej z mlekiem. Był więc objedzony i opity jak bąk i nic mu do szczęścia nie było więcej potrzeba jak papierosa. Fiołek przystanął, sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej paczkę sportów, i zaczął szukać zapałek, poklepując się po kieszeniach. Nie znalazł. Spojrzał przed siebie. Na chodniku nie było nikogo, od kogo mógłby odpalić. Pora była zdecydowanie za wczesna. O czwartej nad ranem po mieście nie jeździły jeszcze tramwaje, a i robotnicy spali we własnych łóżkach. Co innego kolejarze, bo im rytm wyznaczały godziny służby, dostosowane do rozkładu jazdy pociągów. Po prawej, w kamienicy narożnikowej przy skrzyżowaniu z Bożniczą,…
Dziennikarz, pisarz i wykładowca. Autor powieści kryminalnych, twórca nowego gatunku literackiego – powieści neomilicyjnej. Laureat Nagrody Wielkiego Kalibru oraz dwukrotny laureat Nagrody Czytelników Wielkiego Kalibru.