Ulica pachniała chlebem. Zapach był tak intensywny, że kolejarz Szczepan Fiołek pomyślał nawet, czy aby nie zawrócić i nie pójść do piekarni przy Małych Garbarach, tej, której komin był dobrze widoczny, bo zarys ceglanej bryły ostro kontrastował z niebem rozświetlanym pierwszymi promieniami budzącego się dnia. Gdyby był głodny, pewnie ten zapach wygrałby z jego dość słabą silną wolą. Na szczęście pół godziny temu zjadł dwie pajdy chleba, które żona posmarowała mu smalcem ze skwarkami, posoliła grubą solą i do tego podała kubek kawy zbożowej z mlekiem. Był więc objedzony i opity jak bąk i nic mu do szczęścia nie było więcej potrzeba jak papierosa.
Fiołek przystanął, sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej paczkę sportów, i zaczął szukać zapałek, poklepując się po kieszeniach. Nie znalazł. Spojrzał przed siebie. Na chodniku nie było nikogo, od kogo mógłby odpalić. Pora była zdecydowanie za wczesna. O czwartej nad ranem po mieście nie jeździły jeszcze tramwaje, a i robotnicy spali we własnych łóżkach. Co innego kolejarze, bo im rytm wyznaczały godziny służby, dostosowane do rozkładu jazdy pociągów.
Po prawej, w kamienicy narożnikowej przy skrzyżowaniu z Bożniczą, był sklep monopolowy. Zdziwiony, dojrzał tam Żuka z plandeką i z opuszczoną tylną klapą. Drzwi do sklepu były szeroko otwarte. Zaciekawiony, podszedł bliżej. Stojąca na chodniku przy skraju jezdni latarnia, jedna z nielicznych na tej ulicy, była włączona i dzięki niej widać było wszystko dokładnie. Zobaczył na pace kilka skrzynek wódki. Zrozumiał więc od razu, w czym rzecz. To była nocna dostawa, żeby od rana spragnieni ludzie mogli nabyć tu towar pierwszej potrzeby.
W tej chwili ze środka wyszedł facet ubrany w marynarkę z lujówką na głowie. W dłoniach trzymał dwie skrzynki wódki. Ich spojrzenia się spotkały.
– Nastąp się pan, bo towar się roztrzaska – warknął chropowatym głosem i Fiołek odskoczył do tyłu.
Gość w czapce podszedł do samochodu i sprawnie wrzucił skrzynie na pakę. Odwrócił się do kolejarza i spojrzał na niego uważnie.
– No co, panie kolejarz, wypiłoby się flaszeczkę po służbie?
– Ja jestem dopiero przed – wyjaśnił Fiołek.
– No trudno – stwierdził konwojent. – Masz pan tu łyka na dobry dzień. – Chwycił butelkę Wyborowej, sprawnie zdarł aluminiowy kapsel i podał Fiołkowi.
– Ale ja chciałem ino ognia. – Kolejarz wskazał na trzymanego w dłoni papierosa.
– Pij, jak dają!
– Ale ja…
– Co jest? – usłyszał głos dochodzący ze sklepu. – Czego tam, Froncek? – powiedział ktoś głosem wysokim i lekko rozedrganym. Zaraz za dźwiękiem na ulicę wkroczył mężczyzna słusznej budowy ciała w podkoszulku i w berecie. W dłoniach trzymał trzy skrzynki.
– Kolejarz nie chce z nami wypić – powiedział chropowaty, wyjaśniając wątpliwości.
– Jak to? – zdziwił się wielki, stawiając towar na pace. – Z klasą robotniczą się pan nie napijesz? Gardzisz pan wódką chłopów i robotników? Pan kolejarz gardzi naszą ciężko zapracowaną wódeczką.
– Nie, ino że ja…
Właściciel chropowatego głosu podsunął mu flaszkę pod nos, a jego kompan spojrzał na niego z góry, mierząc go groźnym spojrzeniem. Co było robić, Fiołek uległ presji. Wziął butelkę z ręki mężczyzny i upił niewielkiego łyka.
– No śmiało, panie kolejarz, pij pan za zwycięstwo socjalizmu na świecie – zachęcił wielki, uśmiechając się złowrogo.
– Ale ja…
No i wypił drugiego łyka, potem następnego, a w końcu były jeszcze kolejne…
– Ej ty, kolejarz! – Ktoś potrząsnął nim, więc otworzył oczy.
Zdziwił się, że świat obrócił się do góry nogami, bo zobaczył nad sobą twarz tego gościa w berecie o cienkim głosie. Nad nim półki z wódką i sufit, po którym przepływały smugi samochodowych świateł.
– Gdzie ja jestem? – zapytał.
– No, jak gdzie? – zdziwił się facet. – Nie widzisz? – Wskazał na półki zastawione równymi rzędami butelek. – Jesteś w raju.
Szef rewiru dzielnicowych porucznik Wróbel spojrzał na sierżanta Olkiewicza i się skrzywił. Krawat stojącego na baczność przed jego biurkiem podwładnego był w niezbyt wyjściowym stanie. Nie dość, że pomięty, to jeszcze wyraźnie czymś poplamiony.
– Wyglądacie jak świńska dupa z obesranym ogonem – podsumował tę swoją krytyczną wizję lokalną.
– Tak jest! – odpowiedział Teofil Olkiewicz, bo jak wiadomo, z przełożonym sprzeczać się nie ma sensu, skoro dowódca ma zawsze rację.
Porucznik uśmiechnął się lekko pod sumiastym wąsem.
– Dlatego, zanim pójdziecie na miasto, przebierzecie się po cywilnemu, żeby nie przynosić ujmy mundurowi. Wiecie, co to ujma?
– Melduję posłusznie, że wiem.
– Co?
– Jak ktoś coś… ujmuje – wyjaśnił Teofil. – Ujma to ujma, bynajmniej.
– Racja – zgodził się Wróbel. – Wy przynosicie ujmę mundurowi, jak go wkładacie na siebie. I mundur milicyjny, gdyby umiał, to by się za was wstydził. Powiem wam jeszcze, że zbliża się święto dwudziestego drugiego lipca. A wiecie, co to za święto?
– Melduję, że święto manifestacji lipcowej rządu lubelskiego.
– Słusznieście to zauważyli. To nasze najważniejsze święto ludowe! Bo rząd w Lublinie powołał Milicję Obywatelską. Bez tego nie byłoby milicji i was, Olkiewicz, by nie było i nawet, co tu dużo gadać, mnie też – oznajmił, wskazując jednocześnie za siebie na godło bez korony, a obok czarno-białe zdjęcie towarzysza Gierka. – Bo bez tego święta nie byłoby Polski Ludowej i nowoczesnych przemian, i dynamicznego rozwoju, a wy, Olkiewicz, byście pasali świnie. Dlatego przeodziejcie się raz dwa w ubiór cywilny… Macie ubiór cywilny?
– Mam.
– To idźcie na miasto, wtopcie się w tłum i posłuchacie, o czym ludzie przed świętem gadają. A później zaraportujcie o nastrojach.
Wróbel chwycił leżącą przed nim „Trybunę Ludu” i zniknął za rozłożona płachtą. Olkiewicz rzucił okiem na pierwszą stronę i dowiedział się z niej, że: „Zbiory zbóż na finiszu”.
– Tak jest – potwierdził i odwrócił się, by wyjść.
– A, i jeszcze jedno, Olkiewicz! – Porucznik wyjrzał zza płachty gazety. – Uważajcie! – powiedziawszy to, wypuścił z dłoni skraj gazety, machnął energicznie palcem, a potem, sprawnie jak żongler, chwycił spadającą płachtę, nim ta zetknęła się z blatem biurka.
– Będę uważny, panie poruczniku – powiedział i wyszedł na korytarz.
Facet ciągle się go czepiał i miał jakieś pretensje, jakby on, Teofil, był winny wszystkim grzechom milicyjnego świata. A przecież to nie jego wina, że na krawat wylało mu się dziś trochę sosu ze śledzi w pomidorach, którymi wraz z kolegą sierżantem Kryspinem Obrębskim zagryzali poranną ćwiarteczkę. Kryspin miał dziś zgryzotę, co mu żyć nie dawała, dlatego postanowił podzielić się nią z kolegą.
– Ty wiesz, Teofil, że ślub jest niby łatwo wziąć.
– Jest łatwo – potwierdził Teofil, który rok temu wziął i cały czas żałował, że wziął, bo Jadwiga nie dawała mu tyle swobody, ile mu się należało za ciężką pracę. Kazała wracać do domu po służbie i w dodatku miał się stawiać na miejscu trzeźwy.
– Podpisanie papierka to jeszcze nic.
– Prawda, potem trzeba jeszcze przenieść pannę młodą przez próg – przypomniał sobie, jak mało brakowało, a dostałby przepukliny, kiedy próbował podnieść Jadwigę.
– Nie o to się rozchodzi. – Obrębski pokręcił głową. – Idzie o to, że potem trzeba przyjąć gości i jeszcze im wszystkim oprócz obiadu trzeba dać co do picia. Dla kobiet może być skrzynka wermutu, bo to wiadomo, za dużo nie wypiją. Ale co zrobić z facetami?
– Prawda. – Teofil od razu zrozumiał, w czym rzecz. – Facet wermutu nie tknie. W zależności od tego, ilu facetów na weselu, trzeba liczyć na głowę dwie flaszki, a i niektóre baby ino udają, że piją wino, i też każą se lać gorzołę. Znaczy się trzeba by… – Spojrzał na palce lewej dłoni, potem dodał jeden, dwa, trzy palce prawej.
– Już obliczone – przerwał mu. – Przy czterdziestu gościach będzie dziewięćdziesiąt flaszek, dla okrągłości powiem: sto.
– A na poprawiny? – zapytał Olkiewicz.
– Razem będzie dziesięć skrzynek po dwadzieścia flaszek – podsumował Obrębski. – Na przydział dla młodych małżeństw jest tylko talon na dwie skrzynki. I co ja zrobię z czterdziestoma flaszkami? Przecież wiara się nawet nie zdąży oblizać, a gorzoła się już skończy.
– Prawda – zgodził się z nim Teofil. – Jakby się gorzoła skończyła na twoim weselu, to by była poruta.
Obrębski nalał wódkę do dwóch musztardówek, otworzył puszkę śledzi w pomidorach i ukroił dwie solidne sznytki chleba. Obaj nałożyli sobie rybę na chleb, stuknęli się szkłem i wypili. Teofil uniósł kanapkę, żeby zagryźć, ale zrobił to tak niezgrabnie, że ryba zleciała mu na krawat, odbiła się i wpadła w przestrzeń między bluzą mundurową i koszulą. Próbował zetrzeć ślady sosu, ale wtarł je tylko głębiej. Gdy wezwał go porucznik Wróbel, nie było czasu na przebranie, musiał iść brudny. A teraz, gdy wyszedł po spotkaniu na korytarz, dostało mu się za ten krawat i rybę.
O wódce, którą pewnie było od niego czuć, Wróbel nie wspomniał. W końcu na komendzie pili wszyscy, porucznik też.
– Ja, jak tylko weszła do sklepu, to od razu go zobaczyła – wyjaśniła kierowniczka Ignasiakowa.
– Kogo? – zapytał przytomnie kapral Dederko.
– No, jak kogo? – Kobieta spojrzała na milicjanta, a potem na swoją podwładną Kurzakową, jakby chciała wziąć ją na świadka, że milicjant jest idiotą.
Ale na szczęście nie powiedziała tego, bo z natury była osobą ostrożną. Co innego pomyśleć, a co innego powiedzieć. Za myślenie jeszcze w Polsce Ludowej do więzienia nie wsadzają, a za słowa jak najbardziej.
– Onego, co tu leżał, co teraz siedzi w suce.
– Prawda, że leżał, a teraz w suce siedzi, pod Bogiem prawda – potwierdziła Kurzakowa, robiąc przy tym znak krzyża na piersi.
Milicjant jednak nie zwrócił na nią uwagi, bo uczono go, że od zabobonów i guseł trzymać się należy z daleka i traktować je jako relikt zamierzchłej przeszłości nielicujący z powagą materialistycznej rzeczywistości.
– Nie mówi się suka, bo suka to jest żona psa, czyli psica, a pojazd milicji to jest radiowóz, gdzie właśnie w chwili obecnej siedzi delikwent.
– Kto? – Ignasiakowa nie zrozumiała.
– Delikwent, znaczy się osoba zatrzymana i zabezpieczona do dalszych czynności – wyjaśnił cierpliwie milicjant, który był świeżo po kursach, dlatego tyle wiedział. – Więc jak żeście zobaczyli delikwenta, to co?
– Ja nie zobaczyła żadnego delikwenta, ino kolejarza. Leżał tu, na podłodze. – Wskazała miejsce. – Na środku sklepu, gdzie ludzie w kolejce…
– Co wy mi tu, obywatelko kierowniczko, gadacie o kolejce. O delikwencie mówcie – przywołał ją do porządku milicjant.
Niecierpliwił się, bo chciał spisać wstępne zeznanie do notesu, zanim z komendy przyślą kogoś, co zajmie się śledztwem. A on chciał zabłysnąć i pochwalić się śledczemu, że się tu na coś przydał. Bo Dederko był na służbie dopiero od dwóch miesięcy i jeszcze niczym się nie wyróżnił, choć bardzo chciał. Więc gdy dziś wyjechał Nyską na patrol, wraz z dwoma szeregowymi, i natrafił na monopolowy z szeroko otwartymi drzwiami i kierowniczkę rwącą włosy z głowy, dostrzegł w tym swoją szansę. Po chwili przekonał się, że to nie tylko szansa, ale nawet wygrana na loterii, bo gdy Ignasiakowa zaciągnęła go do środka i pokazała mu leżącego na podłodze kolejarza, zrozumiał, że dopadł włamywacza prawie na gorącym uczynku. Kazał go wsadzić do radiowozu, skuwszy mu nadgarstki kajdankami, postawił przed radiowozem jednego z szeregowców, żeby zatrzymany nie uciekł, a drugiego posłał do komendy na Ratajczaka, żeby zawiadomił dyżurnego o włamaniu. Musiał go posłać, bo radio w radiowozie nie działało.
– No więc ten, no, deli… kates…
– Delikwent!
– A do cholery z nim, pierdolony kolejarz, złodziej w mordę szarpany, żeby go jasna cholera wzięła, leżał i chrapał, a ja się patrzę, a tu cała dostawa, co my ją wczoraj przyjmowały po południu, co jest wpisana do księgi dostaw, to będzie osiemdziesiąt cztery skrzynki Wyborowej, co to były szykowane do sprzedaży na święto lipcowe, wszystko ten gnojek ukradł, a nie dość, że ukradł, to jeszcze się nachlał i zasnął na podłodze.
– Prawda, panie milicjancie, najprawdziwsza prawda – potwierdziła Kurzakowa i znów się przeżegnała.
– Więc mówicie, że ukradł? – Dederko podrapał się w ucho. – A jak ukradł, to gdzie schował?
– No, jak gdzie? – zdziwiła się kierowniczka. – Ci złodzieje to mają swoje sposoby. Mają takie złodziejskie meliny, gdzie chowają towar…
– Tak, a skąd to niby wiecie? – zapytał podchwytliwie milicjant.
– A co ja taka głupia jestem? Telewizora nie oglądam? Szwagier ma telewizor, to my z moim starym w każdy czwartek do niego chodzimy Kobrę oglądać, to widziałam tam, że skradzione rzeczy się chowa…
– No, ale żeby schować, to trzeba je jakoś wynieść. A ten, co tu leżał, to do wynoszenia się nie nadawał – uznał kapral Dederko, zapisując coś w notesie.
– Dla zmyłki, panie, to zrobił – podpowiedziała Kurzakowa.
– Co dla zmyłki? – zainteresował się Dederko, ciągle coś notując.
– Pani Kurzakowa ma rację – zgodziła się z nią kierowniczka Ignasiakowa. – Został tu, bo się opił, jak kradł, i myślał, że to zmyli milicję.
– Milicja nie jest taka, żeby byle komu dać się zmylić! – stwierdził Dederko. Schował notes do przewieszonej przez pierś raportówki, po czym wskazał głową wejście na zaplecze. – Tam był towar schowany?
– Tam! – potwierdziła kierowniczka, a Kurzakowa pokiwała głową.
– I wszystko znikło?
– Wszystko, cała Wyborowa.
– A to? Tych nie ukradli. – Wskazał na półki za ladą zastawiane równymi rzędami flaszek wypełnionych żółtym i czerwonym płynem.
– Panie, to przecież ajerkoniak i wiśniówka. Tego nikt nie kupuje. U nas idzie tylko czysta.
Naraz za drzwiami wejściowymi zrobiło się jakieś zamieszanie. Wszyscy troje spojrzeli w tamtym kierunku. Ktoś zapukał w szybę, mimo że drzwi były zamknięte na skobel, a do tego jeszcze kierowniczka wywiesiła kartkę z napisem: „Remanent”.
– Co za ludzie, nawet włamania nie uszanują – stwierdziła Ignasiakowa, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Jak się chce kto napić, to nic nie poradzi – odpowiedziała jej Kurzakowa.
– Ja mu zaraz dam picie! – Kapral ruszył do drzwi, przystanął, a potem na twarzy wykwitł mu szeroki uśmiech.
Szybko chwycił za skobel i odblokował wejście. Do środka wszedł niewysoki mężczyzna w szarej marynarce opiętej na brzuchu, czarnych spodniach, nieco zdeptanych czarnych trzewikach z lekką łysiną na czole.
– No co tam, Dederko, zamiast pracować, remanent w monopolowym robicie? – zapytał, uśmiechając się.
– Melduję, obywatelu sierżancie, że mamy włamanie, kradzież skrzynek wódki Wyborowej i delikwenta złapanego na gorącym uczynku.
– A, to co innego – ucieszył się sierżant w cywilu. – Szanowne panie pozwolą, że się przedstawię. Starszy sierżant Teofil Olkiewicz jestem. – W związku z tym, że tu trzeba zrobić szybkie dochodzenie, szanowna pani kierowniczka znajdzie na zapleczu jakąś wódeczkę, żeby nam się lepiej myślało. Bo tego – wskazał na kolorowe flaszki na półkach – prawdziwemu mężczyźnie raczej pić nie wypada.
– To jak się nazywacie? – zapytał Olkiewicz kolejarza, który wyglądał niezbyt pewnie, tak jakby właśnie zrobił pierwszy krok na Księżycu.
– Ja się nazywam… – Kolejarz podrapał się w głowę, ale zaraz cofnął rękę, bo go coś zabolało. Natrafił na miejsce, gdzie głowa zetknęła się ze sklepową podłogą.
– Przypomnę wam – odezwał się Kryspin Obrębski.
On, w odróżnieniu od Olkiewicza, ubrany był w mundur, bo Wróbel nie kazał mu się przebierać. Postanowił towarzyszyć Olkiewiczowi w tym wtapianiu się w otoczenie, choć sam wtapiać się nie zamierzał. Miał zamiar sprawdzić możliwości zakupu wódki poza oficjalnym przydziałem, a Olkiewicz powiedział mu, że w monopolowym na narożniku Bożniczej i Wolnicy można by spróbować.
– Fiołek się nazywacie, obywatelu – powiedział Obrębski, spoglądając w dowód osobisty.
Wzięli tego kolejarza włamywacza w obroty, sadzając go na krześle w opróżnionym sklepowym zapleczu, a Teofil skierował na niego lampkę z biurka należącego do kierowniczki sklepu.
– Tak jest – potwierdził kolejarz. – Fiołek Szczepan zamieszkały Grochowe Łąki jedenaście.
– Co żeście robili w sklepie monopolowym? – zapytał Olkiewicz, bawiąc się jednocześnie lampką z biurka kierowniczki. Oświetlał nią przesłuchiwanego i ścianę z pustych skrzynek za jego plecami.
– Nic nie robiłem. Tych dwóch kazało mi się napić wódki, a ja niepijący jestem.
– A co to za „tych dwóch”? – pytał dalej Teofil.
– No ci, co wnosili skrzynki do Żuka.
– Twoi wspólnicy – podpowiedział mu Kryspin. – Wynieśliście osiemdziesiąt cztery skrzynki Wyborowej.
– Ja nic nie wynosiłem. To ci dwaj wynosili. Ino nie osiemdziesiąt cztery, ale dziesięć, no może dwanaście tam było na pace, w tym Żuku, ale osiemdziesiąt cztery to nawet by nie dali rady wynieść. Pół nocy by musieli nosić, a jak ja przyszedłem, to była czwarta, bo szłem na służbę…
– Co żeś powiedział? – Olkiewicz poderwał się z krzesła i zrobił dwa kroki przed siebie z lampką w dłoni. Dalej iść nie mógł, bo kabel włączony do gniazdka nie pozwalał.
– Ja powiedziałem, że była…
– Tam – Wskazał palcem jakieś miejsce w ścianie z pustych skrzynek.
– Co tam? – zapytał zdziwiony zachowaniem kolegi Obrębski.
– Patrz się. – Teofil pomachał lampką.
– I co? – zdziwił się Obrębski.
– Nie widzisz, że za skrzynkami jest ściana, a tu jest pusto, znaczy się…
– Zaraz, zaraz, czekaj. – Obrębski wybiegł z zaplecza do sklepu.
Po chwili wrócił, prowadząc ze sobą obie sprzedawczynie i sierżanta Dederkę.
– Co tam jest za tymi kistami? – zapytał, wskazując palcem miejsce oświetlone przez Teofila.
– A bo ja wiem? – odpowiedziała kierowniczka Ignasiakowa. – Pierwsze widzę, żeby tam co było.
– Jezus Maria, tam nic nie ma! – zawołała Kurzakowa i zaraz się przeżegnała.
– Tam musi być jeszcze jeden pokój – stwierdził Dederko, przykładając oko do wąskiej szpary między skrzyniami. Sięgnął do raportówki i wydobył z niej latarkę sygnalizacyjną. Włączył ją i skierował strumień światła w szparę. – Jest, jak Boga kocham, jest! – krzyknął uradowany, zapominając kompletnie o swoim materialistycznym i świeckim światopoglądzie wypracowanym na kursach ideologicznych.
– Odsuwać skrzynie! – zarządził Olkiewicz.
Dederko z Obrębskim wzięli się do roboty. Pięć minut później wejście było odsłonięte. Młody milicjant wszedł śmiało do środka, oświetlając sobie drogę latarką. Zrobiwszy dwa kroki, zatrzymał się. Drogę zagradzała kolejna ściana skrzyń. Ale te były pełne butelek z wódką Wyborową.
– Na moje oko, to będzie tu z siedemdziesiąt skrzynek – zauważył zadowolony sierżant Olkiewicz. – I co o tym powiecie, kierowniczko?
– Pierwszy raz widzę te skrzynki – stwierdziła Ignasiakowa.
– Jezus Maria, skąd tu tyle wódy? – powiedziała Kurzakowa, udając zdziwienie.
Ale Olkiewicz był zbyt cwany, żeby dać się nabrać na takie gadanie.
– I co, powiedziały? – zapytał porucznik Wróbel, gdy nazajutrz Olkiewicz
i Obrębski składali raport ze swojego dochodzenia.
– Melduję, że poszły w zaparte, że niby nic nie wiedzą, skąd ta wódka w magazynie schowana i kto ją tam schował – wyjaśnił Olkiewicz. Dziś ubrany był w świeżo wyczyszczony mundur, wyprasowaną koszulę i krawat bez najmniejszej nawet plamki. – Ale żeśmy je przycięli i się rozpruły.
– Tak jest, obywatelu poruczniku – dorzucił swoje Obrębski. – Ale pomógł nam ten kolejarz Szczepan Fiołek. Bo on zapamiętał, jak wyglądały gęby tych dwóch, co wynosili skrzynki, upili go i wrzucili do sklepu, żeby na niego winę zwalić. Na szczęście widział, że Żuk miał na plandece znak PKS-u, i do tego jeszcze podał nam numer rejestracyjny. No to ja zaraz pojechałem na dyspozytornię PKS-u i sprawdziłem, kto jeździ takim Żukiem. I wtedy się okazało, że szofer nazywa się Franciszek Ignasiak.
– Tak samo jak ta kierowniczka sklepu. – Wróbel połączył błyskawicznie fakty i zadowolony, klepnął się w kolano.
– No to zadzwoniłem do monopolowego, gdzie Teofil siedział jeszcze i pilnował tych bab. Nie dodał, że Teofil został tam, by pilnować Wyborowej.
– I jak Kryspin do mnie zatelefonował, to ja zaraz wziąłem je na spytki, no i powiedziałem, że już wiemy, kto jeździ tym Żukiem od kradzieży, to baby przyciśnięte do muru puściły farbę i opowiedziały, że wymyśliły tę kradzież z pomocą swoich mężów.
– A po co to wymyśliły? – zapytał porucznik i zaraz sam sobie odpowiedział. – Dla wzbogacenia się, jak rozumiem.
Teofil pokręcił głową.
– One ukradły tę wódę na wesele. Ignasiakowa ma córkę, co się żeni z synem Kurzakowej. I robią za miesiąc duże wesele. Wymyśliły se, że zgarną całą dostawę na święto lipcowe.
– Chciały w ten sposób oszukać robotników, chłopów i inteligentów pracujących – stwierdził oficer, kręcąc głową z niedowierzaniem. – A oni w to święto chcieliby wypić za władzę ludową, bo im się ta wódka po prostu należy za dobrą robotę. I gdyby nie ten kolejarz, to by się nic nie wydało. A co z tym kolejarzem?
– Z kolejarzem nic. – Olkiewicz wzruszył ramionami. – Poszedł do chaty, a jutro ma przyjść na komendę podpisać zeznanie. A my mu wypiszemy zaświadczenie, że dopomógł w śledztwie.
– Tak, trzeba mu dać taki kwit – uznał porucznik. – Znalazł się we właściwym czasie na właściwym miejscu. Zawsze mówiłem, że na kolejarzy można liczyć. Bo jak to mówią, kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej… – Przerwał i spojrzał na swoich dwóch podwładnych, obrzucając ich czujnym spojrzeniem.
– A co z tą wódką, co ją wywieźli ci dwaj? – zapytał.
Olkiewicz spuścił głowę, a Obrębski zrobił zatroskaną minę, po czym rozłożył bezradnie ręce.
– Obywatelu poruczniku, szukali my, ale nie ma śladu. Dwanaście skrzynek wyparowało.
– Prawda – potwierdził Olkiewicz. – Ci złodzieje gadają, że wszystko schowali w piwnicy Ignasiaka, ale tam my nic nie znaleźli.
Wróbel postukał palcem w blat odrapanego biurka, a potem spojrzał na swoich ludzi i uśmiechnął się zadowolony.
– A co tam te kilka skrzynek, jak żeście uratowali świąteczny towar dla ludzi pracy. Gratuluję wam i życzę z okazji zbliżającego się święta sukcesów w pracy zawodowej i w życiu prywatnym. Ponadto zamierzam napisać list pochwalny do komendanta miejskiego, w którym opiszę, co żeście zrobili pod moim kierunkiem. Dobra robota, towarzysze.
Olkiewicz i Obrębski wyprężyli się niezwykle zadowoleni, nie tylko w związku ze śledczym sukcesem. Obrębski miał jeszcze jeden dodatkowy powód do radości.
Dzięki tej sprawie udało mu się rozwiązać swój problem. Miał teraz na własne wesele dziesięć skrzynek Wyborowej. W piwnicy złodzieja natrafili na dwanaście, ale Teofilowi też coś się należało. W końcu zgodził się oddać przyjacielowi całą dziesiątkę, czyli dwieście flaszek.
Obrębski powiedział mu, że dzięki temu będzie mieć najpiękniejsze milicyjne wesele. Złośliwi mówią, że jak kto nie ma ambicji, to idzie do milicji, ale była to oczywista nieprawda. Kryspin Obrębski był człowiekiem ambitnym i miał nadzieję, że koledzy funkcjonariusze będą jeszcze długo opowiadać o tym, ile Wyborowej polało się na jego weselu.