Przyznawanie się, szczerze i bez owijania w bawełnę, do tego, jaka książka jest dla kogoś ważna, to intymna czynność. Aż kusi, by wykreować się na kogoś, kim nie jestem, i rzucić tytułami nagradzanych powieści, książek, które zmieniły świat. Może i zmieniły, ale nie mój, a mam wrażenie, że w tym tekście chodzi o to, kim jestem i co wywarło na mnie wpływ…
Nie pamiętam, ile dokładnie miałam lat, kiedy po raz pierwszy przeczytałam książkę Joanny Chmielewskiej pt. Lesio, obstawiam, że około 12. To było jak objawienie, jakby się niebo nade mną otworzyło, bo po raz pierwszy w życiu przeczytałam coś, co było opowieścią trochę o mnie, o kimś, kto wtedy był dzieckiem, ale nie był zbyt dobrze dopasowany do otaczającego świata. Bo o kimże jest ta historia? O człowieku, który bardzo się starał, jednak mu zwykle nie wychodziło. Bo zapomniał, coś zepsuł, zgubił, bo nie zdążył albo się zagapił. Nie był leniem, nierobem ani kombinatorem. Przeciwnie, w sumie był zdolniachą, zawsze jednak tak jakoś wszystko, do czego przykładał rękę, mu… nie wychodziło. Przecież zdanie: „Charakter Lesia, acz szlachetny, jest nad wyraz skomplikowany, dusza pełna fantazji, a życiorys bogaty w wydarzenia”, jest – wypisz wymaluj – o mnie! I wiedziałam to już w wieku 12 lat!
Owa „powieść, nie da się ukryć, humorystyczna” zapisała się w moim DNA na zawsze, od zdania „Lesio Kubajek postanowił sobie, że zamorduje personalną”.
Swoją drogą, kiedy byłam młodsza, naprawdę zastanawiałam się, czy w lodach Calypso, czy w ogóle w lodach można po ich rozpuszczeniu i ponownym zamrożeniu wyhodować gronkowca, który zabija. Nawet poczytałam o tym, kim była Lukrecja Borgia, lecz nie, nikogo nie otrułam, przynajmniej nic o tym nie wiem. Ale „uciąć łeb hydrze lodami Calypso” to poezja, działa na wyobraźnię i aż chciałoby się spróbować…
Nauczyłam się, że „naturalną rzeczy koleją po niedzieli wstał poniedziałek”, a potem: „Jak spadać, to już z dobrego konia!”. No, chyba że spotkasz po drodze słonia, niekoniecznie na trzeźwo, i wtedy jedyne, co może się wyrwać z przerażonego gardła, to ikoniczny okrzyk, który był jednym z najważniejszych w moim dzieciństwie, wykrzyczany niejednokrotnie na podwórku, czyli „Słoniocy!”. No i kultowe: „Mój dziad fortunę w Monte Carlo…!”, po którym to zastanawiałam się, czy ową fortunę wygrał, przepił czy zgubił. Moja mama wtedy z przekąsem dodawała: „Zabrali nam komuniści”, i to wyjaśniało sprawę, można było jedynie westchnąć głęboko i powiedzieć „kałbasa” albo „mocz tenora”. Kto wie, ten wie i już wyje ze śmiechu. Bo ta powieść jest o nas, ludziach, pełnych wad i unurzanych w codziennym absurdzie, jest ironiczna, niepoprawna, bo ludzie tam wyzywają się od idiotów, nadużywają napojów wyskokowych, podglądają zbyt często wydatne biusty koleżanek, fantazjują o seksie z obcą osobą, chcą kogoś zabić, okraść… No, ludzkość w pigułce. Z dobrymi chęciami, którymi piekło jest wybrukowane. To też ja w pigułce. Pamiętam, że po przeczytaniu jej po raz pierwszy powiedziałam, że to jest o mnie i że gdyby postać nazywała się Karolina, to pasowałoby idealnie. Tego się trzymam do dzisiaj. Lesio to ja. Nie zaglądam, co prawda, w biust koleżankom, lecz wszystko inne się zgadza.
Mam w domu kilka egzemplarzy tej książki, mam ją też na czytniku, mam audiobook z Tomaszem Kotem w roli tytułowej. Lesio jest ze mną zawsze. Zabieram go ze sobą na wakacje i nawet jeśli nie czytam, to mam świadomość, że jest ze mną jak kamizelka ratunkowa. To książka, która wyciągnęła mnie z dna rozpaczy po utracie niemal całego dobytku w wyniku pożaru, która potrafiła wzbudzić wtedy we mnie śmiech. Taki prawdziwy, niewymuszony, idealny antydepresant.
Polecam go często innym ludziom, ostatnio zrobiłam to w moim podcaście Pierwsza młodość i z radością odkrywam, że ci, którzy czytają go po raz pierwszy, wpadają w jego sidła, piszą do mnie, że nie rozumieją, jak mogli bez tego funkcjonować, że wyli ze śmiechu w pociągu, autobusie albo w domu na kanapie. I że on, stary dobry Lesio Kubajek, działa, bo rzeczy wybitnych, a w swym gatunku uważam tę powieść za wybitną, czas się nie ima. Poza tym jest to też ironiczna opowieść o absurdalnym życiu w szaroburym PRL-u, lepsza niż niejeden podręcznik historyczny. Pisana przez obdarzoną zmysłem obserwacji i uchem na innych ludzi Chmielewską, która pokazała rzeczywistość komuny przez codzienność grupy architektów i ich rodzin. Usiłują oni nie zwariować w świecie, w którym trzeba stać w kolejce zarówno po lody, jak i szynkę, na wszystko trzeba mieć tonę papierków i pieczątek i w którym spóźnienie do pracy może być końcem świata.
Lesio był dla mnie wstępem do przeczytania innych książek Chmielewskiej, autorki dzisiaj niesłusznie nieco zapomnianej, która to przez cudnej urody teksty ze Wszystko czerwone („Kogo zezwłoka pani życzy sobie tu?” lub „Biała Glista, proszę won”) czy też ze Studni przodków („Wypraszam sobie, żeby jakieś trupy nosiły przy sobie mój adres!”) lub Krokodyla z kraju Karoliny („Miał cholernie głupi wypadek, wyjechał samochodem gdzieś za Małkinię i po drodze zaplątał się w buhaja”) na pewno ukształtowała moje niepoprawne poczucie humoru, zbudowała mój sarkazm i ironię. W poprawnych politycznie czasach jestem niepoprawna i mówię, że ktoś jest „wzrostu siedzącego psa”, czasem mówię do kogoś „Wasza mać”, aż trzeba potem uciekać „kurcgalopkiem”, mrucząc pod nosem ageistowsko „stara gropa”, lub fatshamingowo „gruba gropa”, albo i gorzej, klasistowsko „chamy niemyte”, unikając kolesi, którzy wyglądają tak, „jakby go krowa jęzorem przylizała”, bacząc na „wądoły” i na „szał ciał i uprzęży”. Bo to Polska właśnie i „po pierwsze primo”, bogaty język polski. Każdy ma „zady i walety” i często można usłyszeć, prując się do kogoś, że: „Ani mnie grzębi ani mnie zieje”, choć jest on „radosny jak prosię w deszcz”, ewentualnie „wołoduch”, a już najgorzej, kiedy to „świński blondyn” albo „dupek żołędny”, których w tej części Europy „mrowie a mrowie”.
Po prostu, Panie Lesiu „kocham Cze!”, a „co przeżyłam, to moje”.