Marzec, z pogodą jak w garncu, dostarcza zwykle wielu takich pretekstów. Rozmowy o pogodzie, czyli small talki, zwykło się uważać za rodzaj krótkich, niezobowiązujących pogawędek na nieistotny temat. Kanadyjska awangardowa poetka Lisa Robertson (ur. w 1961 r.) zupełnie odwraca to myślenie, czyniąc z pogawędkowego tematu wątek główny. Pogoda jako coś, co dotyczy wszystkich, staje się dobrym pretekstem, żeby odpowiedzieć o ludzkim doświadczeniu osadzonym w szerszym kontekście społeczno-kulturowym.
Bodźcem do stworzenia tomu Pogoda był sześciomiesięczny pobyt poetki na rezydencji artystycznej w Cambridge w 1999 r. Zapewne zainspirował ją tamtejszy klimat, charakteryzujący się dużą wilgotnością i zmiennością pogody. W zamierzeniu Robertson miał to być projekt site-specific, czyli sztuki ściśle zintegrowanej z miejscem, w którym się znalazła. Poetka jednocześnie stała się baczną obserwatorką natury i prowadziła studia nad strukturą retoryczną angielskich opisów meteorologicznych. Równolegle czytała Hezjoda oraz XVIII- i XIX-wieczne prace dotyczące opisu zjawisk pogodowych. Poszukiwania intelektualne splatały się z intensywnym doświadczeniem rzeczywistości.
I tak też dzieje się podczas lektury jej tomu, który jest zarówno wyzwaniem myślowym, jak i wyzwalaczem emocji.
Poetka próbuje porządkować to, co zmienne, o czym świadczy konstrukcja pierwszej części zbioru, wyznaczana przez zwyczajny bieg dni tygodnia. Rezydencja w C_ zaczyna się od niedzieli i kończy na sobocie, a każdemu z dni odpowiadają dwa teksty o odmiennych formułach: prozy poetyckiej i wiersza białego. Fraza jest raz ujarzmiana, raz puszczana wolno. Raz skondensowana, raz rozwlekła. Skoncentrowana na szczególe, który szybko rozpływa się w większej całości, by pozostać nieuchwytnym. Robertson rozważa, czym jest wiara, a czym szczerość, ale też testuje granice języka, np. bawiąc się zaimkiem wskazującym „tu”. Druga część, czyli Wersy z ganku, składająca się z dziewięciu krótkich wierszy pokazuje, że ostatecznie pozostają jedynie migawki rzeczywistości: „Ganek odpina każde słowo / od tego, od tego co mówię: a te słowa / być może w lipcu są niczym”.
Poetka w swoich tekstach eseistycznych poświęconych sztuce używała liczby mnogiej, podpisując się jako Biuro Miękkiej Architektury. Ta forma kobiecej podmiotowości powraca również w Pogodzie („dama, przemawiająca do ludzi ruchem własnego umysłu, jest zawsze mnoga”), by podważyć sztywne granice między literaturą a teorią, wyobraźnią a rzeczywistością. „Dzień to nasz dom. Słowa to cielesne przewody. Opis dekoruje” – piszą we wstępie.
Podmiotki poszukują kobiecej wspólnoty, która będzie mogła wystąpić przeciwko zdominowanej przez mężczyzn awangardzie.
Znakomity jest fragment, w którym wśród kłębiących się chmur i prześwitów przywoływane są po imieniu bezkompromisowe kobiety takie jak np. Mary Wollstonecraft, Emily Dickinson, Olympe de Gouges, Ti-Grace Atkinson… „Poza jednym dużym prześwitem i kilkoma mniejszymi. I jeden raz w chmurach. Dni piętrzą się na nas. Gdzie jest nasz gniew. I cienie ciemniejsze od jasnej części i ciemniejsze u góry niż na dole. Ale ciemniejsze na dole niż u góry. Dni piętrzą się na nas. Gdzie jest Ti-Grace”. Pogodę warto czytać na głos. Wybrzmiewa wówczas w pełni, a konstruowane w tekście obrazy zaczynają wirować jeszcze intensywniej.
Choć w przywołanym obok wierszu Robertson zgłębia kwestię kobiecej podmiotowości, pojawiają się w nim również co najmniej dwie inne istotne dla tego zbioru wątki: poszukiwanie balansu między formą poetycką a jej odrzuceniem oraz temat powierzchni. Gorset staje się czymś, co z jednej strony ogranicza, z drugiej – pozwala tworzyć. Sama forma prowadziłaby jedynie do tworzenia uśpionych wersów wspaniałości, a tutaj chodzi przecież o coś więcej: nie o idealną strukturę, o bycie cesarzową (czyli pozycję władzy), ale o czucie i doświadczenie. Poetka nie proponuje więc radykalnych odcięć, lecz raczej nawiązania do tradycji, z której można swobodnie czerpać i przetwarzać zakorzenione w niej konwencje. I tak np. powracający w zbiorze temat zdobienia i dekorowania to zabawa z konwencją barokową, a występująca w przywoływanym wierszu wieśniaczka to nawiązanie do formuły pastoralnej. Oczywiście jej bohaterka to nie jak w klasycznej sielance istota pasywna, uległa, kojarzona jedynie z naturą i ziemią, tylko jednostka niezależna. Związana już nie z krajobrazem, ale z pogodą, czyli nie statyczna, lecz zanurzona w ciągłym ruchu i zmianie. Stawiająca pytania i samodzielnie poszukująca na nie odpowiedzi.
Czym zatem jest powierzchnia? Odpowiedź rozsiewana jest po całym zbiorze. Powierzchnię, tak zresztą jak pogodę, zwykło się uważać za coś płaskiego, a zatem nieistotnego. Choć tradycyjnie w poezji i w rzeczywistości poszukuje się głębi, Robertson woli spojrzeć na powierzchnię. Według niej to właśnie tam, w miejscu styku wnętrza z zewnętrzem, zmysłów ze światem materialnym, dzieje się najwięcej. „Morze mgły” sprawia, że powierzchnia nie może być po prostu płaszczyzną, jest raczej czymś stale zmiennym. A w takiej przestrzeni pozbawionej oczywistości mogą rodzić się anarchia i wzgarda, dzięki którym możliwe jest zrzucenie gorsetu. Możliwa jest szczerość wyłaniająca się z tego, co pozornie nieznaczące i zwykłe.
Lisa Robertson
***
(Czasem chcę gorset, taki)
Czasem chcę gorset, taki
żeby mnie hartował albo zdobił. Myślę
o tym ściśnięciu – deszczu
języku, budynku – jak o gorsecie:
zewnętrzna idealna forma, czuję
jak ideał mnie formuje ideał
jest teraz moją powierzchnią po prostu tak
doskonały wiem gdzie go kupić
i zdejmuję go. Zdejmuję go. Jeśli wszystko się zawali
a my będziemy tylko cesarzowymi, poważne
i dokładne i zbiegłe
w takich uśpionych wersach wspaniałości
dzień jest ślusarzem
rosa długo leży na trawie
a ja wieśniaczka pytam: czym jest
powierzchnia – i odpowiadam
tylko wszechwiedzą, marszczącą się twarzą
kiedy lokalne emocje wyjaśniają
się morze mgły
istnieje tak dziwnie tuż obok
potężnej formy anarchii i wzgardy.
tłum. Małgorzata Myk