Działo się to w półmroku, w niewysłowieniu, w półciszy. I przede wszystkim w półśnie. Wtedy kiedy mój świat – a innego nie znałem – był jeszcze młody, kiedy krzesał się dopiero z zamglonych przeczuć, niejasnych zdarzeń, z widmowych jakby objawień osób i rzeczy. I szukał, czego wówczas nie mogłem wiedzieć, jakiejś dla siebie formy – formy oczywiście nieostatecznej, ale trwalszej, pewniejszej, mniej płynnej, mniej mgławicowej. Szukał, rzecz jasna, po omacku, bez „znaków drogi”. A właściwie, jak to w każdym dzieciństwie, po prostu był: bez żadnego odróżnienia – niczym w którymś z wierszy Rilkego, niczym u przedpotopowych artystów z jaskiń – między „ja” i „nie-ja”, między podmiotem i przedmiotem, między prawdą i zmyśleniem, między materią i snem. I zwłaszcza, by oderwać się od dualizmów, bez odczucia przepływu czasu, przemijania i śmierci. W wiekuistej teraźniejszości, której nie burzyły doraźne bóle, nagłe trwogi czy przelotne radości na widok narcyzów w wiosennym ogrodzie, kwiatów malowanych przez mróz na szybie czy też Trzech Króli z kolorowej szopki z kartonu, którą corocznie dekorowało się u nas choinkę.
Tak, ten motyw bożonarodzeniowy jest tu szczególnie ważny, bowiem książka, która miała odmienić cały ten nieruchomy porządek i naruszyć całą tę jednorodność (jakby pierwotnie, „z przyrodzenia” sakralną i poddaną cyklicznemu biegowi godzin i dni), pojawiła się właśnie w Wigilię – jako prezent „od Świętego Mikołaja”. Innych zresztą prezentów nie oczekiwałem. Nie chciałem ani zabawek, ani słodyczy – tylko książek, i już! I nie tylko „pod choinkę”.
Nie sposób zatem było przejść ze mną przed lidzbarską księgarnią. Jeśli była zamknięta, zamierałem z nosem przylepionym do szyby i chłonąłem narkotycznie, niczym chiński konsument opium, okładki z wystawy. A jeśli, nie daj Bóg, była otwarta, wdzierałem się gwałtem do środka i wskazując palcem ekscytujący towar, domagałem się natychmiast jego nabycia (zasada wyboru była wulgarnie prosta: decydował obrazek na obwolucie). I na nic zdawały się tłumaczenia, że jestem „jeszcze za mały, by to czytać”. W końcu, zazwyczaj, wyprowadzano mnie z płaczem ze świątyni dzikich czytelniczych pożądań.
Książka, o której mówię, uśmierzyła wreszcie – zacząłem wtedy już chodzić do szkoły – ten bolesny rytuał, zaspokoiła w pewien sposób mój głód i nadała mu jakiś ład, kierunek i sens. I stała się poniekąd moją materia prima.
Wszystko inne bowiem, wszystkie te „bajeczki” czy „wierszyki dla dzieci”, które czytałem dotąd, były tylko – choć pamiętam je nadal– jakimś czytelniczym ersatzem, jakąś nędzną i kaleką namiastką, jak chyba czułem, lektury „prawdziwej”, dogłębnej i totalnej, niczym ów „baśniowy świat”, który „otoczył” chłopskich bohaterów Reymonta podczas wieczornego słuchania opowieści, kiedy zima się „tłukła po sinych dalach jako ten zwierz srogi i głodny”. Na tej mojej północnej prowincji, zimnej, mrocznej i zgrzebnej, wciąż jęczał zresztą, tyle że już w okowach wczesnego komunizmu, ten sam polski wiek XIX, który był udziałem powieściowych postaci. Kiedy więc rozwinąłem z papieru opasły, opatrzony pięknymi, wciąż pięknymi, ilustracjami Marii Orłowskiej-Gabryś i opracowany przez Marię Niklewiczową tom Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata, dopadło mnie to samo doświadczenie: „Umierali prawie z zachwytów, zmartwychwstając zarazem tam, w tym życiu jasnym, wielkim, mocarnym, bujnym a świętym, i cudownościami poprzerastanym (…), tam, gdzie każde drzewo mówi, każdy ruczaj śpiewa, każdy ptak jest zaklęty, każdy kamień ma duszę, każdy bór jest pełen czarów, każda grudka ziemi przepojona nieznanymi potęgami – gdzie wszystko wielkie, nadludzkie, niewidziane żyło świętym życiem cudów! Tam się parli całą potęgą tęsknoty, tam snuli się oczarowani, gdzie wszystko splatało się w nierozerwalny łańcuch marzeń i życia, cudów i pragnień, w czarodziejski korowód wyśnionego istnienia, do którego wciąż, przez całą nędzę bytowania ziemskiego rwały się im strudzone, okaleczałe dusze!”.
To jasne, że baśnie te spełniały – w sensie podkreślanym tak mocno przez Pierre’a Péju (Dziewczynka w baśniowym lesie) – swą pierwotną, zalążkową powinność inicjacyjną. Że na feeryczny, upojny sposób wtajemniczały w przygodę życia, w jego trwogi i triumfy, radości i upadki, w jego małość i wielkość, w niepojęte misterium dobra i zła, okrucieństwa i łaski, pracy, ekstazy i nadziei, przemijania, cierpienia i śmierci. Były to przy tym opowieści o niesłychanej zmienności świata – dalekiego od wszelkiego skostnienia, poddanego nieustającej dynamice, gotowego do każdej transformacji, do ciągłego przepoczwarzenia, do oscylowania między cudownością czy iluzją a niepowabną, szorstką materią bytu, między przekleństwem losu a zbawczym sacrum. Były to więc rzeczy otwarte we wszystkie możliwe strony – i tym samym wyzwalające.
Mniej interesowały mnie z tego względu krótkie, proste baśnie krotochwilne czy umoralniające. Jednak inne czytałem „na okrągło”, powtarzałem niczym wieczorne pacierze. I zostały w mej pamięci – może z racji ich „romantyczności” czy dwuznacznej gry między światłem a cieniem? – „na amen”. Choćby ta O wolarzu i czarodziejskiej prządce (chińska), Żelazny Laczy (węgierska), Opowieść o synu kupca, który miał serce rycerskie (francuska) albo Fet Frumos i dwanaście królewien (rumuńska).
Teraz wiem nadto, że w większości swojej wiodły one w przestrzeń illo tempore, „onego czasu”, pierwotnego, mitycznego czasu początków, kiedy świat dopiero się kształtował, kiedy wszystko było w nim niegotowe, pełne niepojętych paradoksów i cudowności. Kiedy nie było przedziału między owym światem a zaświatami, drzewa rosły do góry korzeniami, czółna unosiły się w powietrzu, a zwierzęta, ludzie, bogowie gadali tym samym językiem. Tak otwierał się w końcu przede mną pierwszy wielki palimpsest – nie tylko mitów, ale też kultury, geografii i historii w całej ich różnorodności.
Nic więc dziwnego, że gdy matka – miałem wtedy może lat 10 czy 11 – oddała wszystkie moje książki „biednym dzieciom”, czułem po utracie Bajarki… coś w rodzaju bólu fantomowego. I ustał on dopiero wówczas, kiedy kilkanaście lat temu kupiłem jej reprint.
oprac. Maria Niklewiczowa Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata il. Maria Orłowska-Gabryś, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1959, s. 376