Subskrybuj
Ilustracja: Agnieszka Wrzosek
Ilustracja: Agnieszka Wrzosek
Pisarka, dramaturżka, scenarzystka. Autorka zbioru opowiadań Kijanki i kretowiska oraz powieści Przypadek Alicji, Bura i szał, Sorge. Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody im. W. Gombrowicza i Nagrody Conrada

Mleczne zęby

Zapamiętam tamto popołudnie, wigilię Zielonych Świątek, Tamarę w krótkich spodenkach z dziwnego materiału, który sprawia, że wyglądają jak nadmuchane. Zapamiętam, jak będzie szła przez podwórko lekka, z hełmem gęstych włosów, obcinanych przez mamę od garnka.

Na końcu Tamara przychodzi do mnie z kością w dłoni.

Ale zanim jest koniec, kość jeszcze tkwi na swoim miejscu i Tamara każe mi zajrzeć sobie do buzi i popatrzeć, czy już trzeba wiązać nitkę do klamki w letniej kuchni, bo tamtędy prędzej czy później ktoś wyjdzie, za nitkę pociągnie i skończą się problemy. Buzia Tamary przypomina jaskinię z wilgotnymi ścianami, w której głębi widać dyndający czerwony stalaktyt.

Mówię jej, żeby przesunęła się w stronę słońca, bo tutaj w cieniu stajni nic nie widać, nawet jeśli moja głowa zmieściłaby się cała za zagrodą zębów Tamary.

Ciągnie mnie na środek podwórka, jej dłoń jest ciepła i brudna od białego soku, który wypływa z mleczy, gdy plecie się z nich wianek. Żadna z nas wianka już nie ma, zgubiłyśmy je w zabawie, w biegu między łąką a lasem, pewnie się już rozsypały, dały rozplątać robakom i pszczołom. Nie boję się ani robaków, ani pszczół, choć od żądeł puchną nam gardła, mnie i Tamarze, obu w taki sam sposób. Mama opowiadała, jak kiedyś zostawiła nas w ogrodzie, gdy zbierała ziemniaki, i obie dałyśmy się ukąsić w to samo miejsce, jak gdybyśmy zawsze wszystko musiały robić razem, na jednej nitce zdarzeń, która rozdzieli się wtedy, na końcu, z kością w dłoni.

Kość poróżni nas jak zwierzęta, które uciekając, trafią na różne wyspy i w zależności od tego zaczną różnie dorastać.

Tak bardzo się Tamarze do tego spieszy, że w biegu wznosi kurz spod tenisówek, a z letniej kuchni niesie się zapach drożdżowego ciasta. Wystawione na stół rośnie, aż pochłonie stół, okno, budynek, w końcu podwórko, dom, łąkę, las, ścieżki, drogi, labirynt, cały Santropez, mnie i Tamarę. Jak rodzynki albo jak zakalec.

Potem to ja upiekę ciasto drożdżowe, w przeddzień Zielonych Świątek tak jak wtedy, ale wiele lat po tamtym maju, po tamtym Esfloresie i tamtej Tamarze.

Ta Tamara otwiera buzię, jak gdyby chciała połknąć cały świat, taka jest szczęśliwa. Kaśka, patrz, jak się rusza, bełkocze, rozsuwając wargi palcami i językiem wskazując trzonowiec na dole.

Rzeczywiście, ząb trzyma się tylko na cienkiej nitce dziąsła. To ostatni. Gdy wypadnie, Tamara stanie się już prawie dorosła, a wśród santropeskich dzieci prawie dorosły stoi najwyżej w hierarchii, stoi po drugiej stronie jakiejś tajemniczej granicy, którą wyznacza samodzielnie chodzenie po zakupy i władza nad młodszymi.

Trochę się cieszę, a trochę nie, dolny trzonowiec tkwi dalej na miejscu, mimo moich prób rozhuśtania go. Wszystko wskazuje na to, że Tamara znowu mnie prześcignie – na świat przyszłam druga, różnicą kilku minut, którą Tamara lubi mi wytykać, ale rzadko, bo rzadko się rozdzielamy, przeważnie jesteśmy razem, my kontra świat, kontra Esflores, zadanie z matematyki i pieczątki za dziewięć pierwszych piątków.

Potem spojrzę na Tamarę jak na obcą osobę, która wyrosła z mojego, ale na innej wyspie, przez przypadek. To mogłabym być ja, będę myśleć ciągle i ciągle huśtać językiem ten zastany mleczny trzonowiec.

Tamara czuje, że to dziś w nocy pozwoli zębowi wypaść, i uśmiecha się szeroko. Jest w niej wszystko, cały ten maj, który tylko czeka, żeby się wybujać w truskawki, kwiaty i ciężkie od nektaru pszczoły, żeby się rozrosnąć, przerosnąć ściany domu, płot podwórka i cały Santropez. Tak będzie.

Wcale tak nie będzie, pomyślę później, kiedy na tym samym podwórku w innym czasie Tamara zapadnie się w sobie, zmniejszy jak jabłko zostawione na gałęzi do listopada. Dalej będzie się we mnie odbijać, ale już nie tak dokładnie, nie jak w lustrze, lecz prędzej przez szybę.

Razem z Tamarą wbiegamy do letniej kuchni. Wzdłuż okna ciągnie się stół, na stole leży stolnica, na stolnicy podłużny kształt pod kraciastą ścierką. Wystarczy się przyjrzeć, żeby zauważyć ruch, to oddycha. Tamara wyciąga palec i wkłada prosto w środek, ścierka ustępuje, larwa ciasta drożdżowego faluje i opada.

Chcę uciekać, zanim ktokolwiek się zorientuje, ale Tamara schyla się jeszcze pod stół, między słoiki z przetworami, i łapie pierwszy lepszy, ale – rzecz jasna – trafia na truskawki w cukrze. Ma talent do psot, nigdy nie daje się przyłapać, a jeśli nawet, to mówi, że to nie jej słoik, nie jej truskawki, nie jej ręka.

Tamara zawsze sobie poradzi, myślę, macając trzonowca językiem, idąc dwa kroki za nią.

Zapamiętam tamto popołudnie, wigilię Zielonych Świątek, Tamarę w krótkich spodenkach z dziwnego materiału, który sprawia, że wyglądają jak nadmuchane. Zapamiętam, jak będzie szła przez podwórko lekka, z hełmem gęstych włosów, obcinanych przez mamę od garnka.

Nigdy już nie będziemy tak beztroskie jak wtedy, gdy szłyśmy po mamę na pastwisko w wigilię Zielonych Świątek, a Esflores czekał koło kapliczki.

*

Podwórko będzie wyglądało tak samo, jednak trochę inaczej. Letnia kuchnia z czasem przeobrazi się w składzik, gdzie mama zacznie składować wszystkie rzeczy. Jeszcze się kiedyś mogą przydać, choć nikt nie wie do czego.

Zaparkuję pośrodku podwórka, zgaszę silnik i posiedzę jeszcze chwilę, oddychając ciężko, byle tylko opóźnić moment wyjścia z samochodu, bo jak wyjdę, to już wszystko potoczy się według planu.

Będę wiedziała, co trzeba zrobić.

Pierwsza z domu wyjdzie mama, ale w zestawieniu z mamą teraźniejszą ta mama z przyszłości będzie skurczona, zasuszona w kształt babci, z kręgosłupem wygiętym w coraz ostrzejszy łuk, zgrubiałym we wdowi garb tuż pod karkiem. Na końcu z domu wyjdzie Tamara, w której już nie zdołam się przejrzeć, bo wrośnięta w Santropez, rozwinie w sobie inne cechy ode mnie. We mnie widać miasto i wszystko, co na miasto się składa – podwójnie, moje życie i życie, które będę musiała przejąć po Tamarze.

*

Kapliczka jest stara i pomalowana na biało i żółto. Wokół ciągnie się ogródek z rządkiem fiołków, bratków i smoluchów. Te ostatnie Tamara lubiła najbardziej i czasem, jak nikt nie widział, przesadzała nogę przez ogrodzenie, mnie stawiała na czatach i rwała lilie, które barwiły nosy na brązowo. W czatowaniu byłam słaba, więc prawie zawsze łapała nas pani Szotowa.

W kapliczce każdego wieczoru dzieci zbierają się, żeby śpiewać majówki. Cały Santropez nasłuchuje wtedy pieśni, może mylonych, może fałszowanych, ale każdy, kto śpiewa, modli się dwa razy, nawet jeśli do Jeża Anaszpana.

Esflores jest starszy. Nie zadaje się już z nami w szkole, ma klasę na pierwszym piętrze, na parter zagląda tylko wtedy, kiedy musi iść do dyrektora, bo ktoś go na czymś przyłapie i pogrozi palcem, ale nic więcej, bo Esflores jest przecież takim dobrym chłopcem, zawsze dzień dobry, zadania dodatkowe i pasek na koniec roku.

Esflores dalej bawi się z nami w Santropezie, bo tutaj jest mało dzieci.

Mama mówi, że starzy zostają, młodzi wyjeżdżają, a dzieci rodzi się coraz mniej, w co akurat nie wierzę, bo my urodziłyśmy się aż dwie naraz, więc może w innych domach dzieci też są, ale jeszcze nie na tyle duże, żeby wyjść. Czasem z Tamarą opowiadamy sobie o innych dzieciach w innych domach, które są podobne do nas albo kompletnie różne, a Esflores nas straszy, że nie ma żadnych innych dzieci, bo wszystkie, które się urodziły, zniknęły w tataraku. Mówi to najczęściej w Zielone Świątki, kiedy trzeba zbierać tatarak, lecz my się nie boimy. Nie boimy się, bo przecież w tatarak zawsze idziemy we dwie, ręka w rękę, nie ma takich ostrych zębów na świecie, żeby nas rozdzielić.

Dzisiaj Esflores jest jakiś nieswój, pokazuje nam zapalniczkę, którą zabrał ojcu, i mówi, że możemy rozpalić ognisko, żeby się nie nudzić podczas pasienia krów.

Schodzimy we troje z żużlowej drogi na trawę. Od razu czuć zmianę, tenisówki zapadają się w ziemię, podmokłą od wiosennych deszczów, jak gdyby pod spodem płynęła rzeka – ta wprawdzie płynie, ale po lewej, oddzielając kręgosłup Santropezu od pastwisk. Z tego miejsca widać tyły domów, zabłocone podwórka, uchylone drzwi do stodół – prawdziwy Santropez, nie te kolorowe płoty i pelargonie w oknach, które wystawia się do drogi i sąsiadów.

Nadchodzi popołudnie. Mijamy wysokie topole, rosnące szpalerem wzdłuż drutu kolczastego, który wyznacza kwadraty trawy dla krów. Zbaczam ze ścieżki, trawa od ciężaru kopyt zmieniła się tutaj w błoto, złączyła z nurtem rzeki. Kucam więc i gapię się w wodę. Pod powierzchnią widać wodorosty, po zanurzonych łodygach trzcin wspinają się ślimaki, ich muszle są zawinięte jak pędy paproci.

Nagle w odbiciu koło mojej głowy pojawia się głowa Tamary. Aż podskakuję zaskoczona, boksuję nogami, żeby nie zsunąć się grząskim brzegiem prosto między ślimaki. Na tafli wody wyglądamy niemal tak samo, ale Tamara ostrzej, to pewnie od światła, a nie od dorosłości, od której dzieli ją tylko korzeń mleczaka.

Patrzymy tak przez chwilę, aż Esflores woła, że widać już mamę.

*

Potem nie będzie już widać mamy. Razem z Tamarą usiądziemy na werandzie i popatrzymy sobie na ogród, żeby nie trzeba było patrzeć na siebie nawzajem. Tamara zapyta, co u mnie, ja zapytam, co u Tamary, pokiwamy głowami, może nawet trochę się będę bała odezwać, bo nigdy nie pozbędę się wrażenia, że historie, które przywiozę, powinny należeć do Tamary, nie do mnie. Tamara nie pójdzie do liceum w większym mieście, Tamara nie wyjedzie na studia w jeszcze większym, zostanie blisko domu, pępowina jej nie puści.

Spróbuję nie patrzeć na Tamarę, spróbuję udawać, że już sobie nie zadaję tych pytań: czemu nie ja, czemu ona, czemu wtedy, czemu nie wcześniej, czemu nie w brzuchu, czemu wtedy Tamara mnie nie pożarła, żeby być silniejszą, i że może tak by było dla Tamary lepiej, gdyby zacisnęła mi pępowinę na szyi.

Tamara weźmie mnie za rękę i się uśmiechnie, przez chwilę będzie nawet normalnie, z tym samym wyrazem twarzy powie, że Paweł wrócił, a ja się nie odezwę.

Ja sama Esfloresa zwabię do Santropezu.

*

Rzeczywiście, z daleka już widać mamę. Idziemy wzdłuż topolowych pni, ścieżka wśród trawy zmienia się w koleiny.

Po drodze mijamy kamień czarownicy. Jest wielki i czarny, sięga mi do kolan i przypomina bryłę węgla nakrapianą czarnymi otworami, jak gdyby w środku tunele wygryzały jakieś dziwne korniki. Nie lubię tego kamienia, zawsze mam wrażenie, że gdy zbliżę palec, to wywabię te korniki i wygryzą identyczne tunele we mnie. Esflores mówi, że to zwykły kawałek skały.

Niby prawda, obie kiwamy mądrze głowami, ale bardzo szybko mijamy kamień.

Kamień będzie bardzo ważny.

W trawie leży rower, mama siedzi przy topoli, opiera plecy o pień, ma przymknięte oczy, gładkie czoło i wygląda, jakby zasnęła, lecz podrywa się na dźwięk kroków. Mama zawsze jest czujna, inaczej na wsi się nie da.

Z jednej strony się cieszy, że zaraz ją zmienimy, a z drugiej – wygląda, jakby chętnie została jeszcze na pastwisku, plecami oparta o topolę, w spokoju, jak gdyby miała swoje osobne życie. Przez moment się nad tym zastanawiam, patrząc, jak wstaje, otrzepuje spódnicę, wsuwa stopy w buty. Zastanawiam się, czy jak nas nie ma w pobliżu, to mama jest jeszcze mamą czy kimś innym, osobnym.

Kim byłaby, gdyby nie ja i Tamara?

*

Potem będę się zastanawiać, kim byłaby Tamara beze mnie, będę niecierpliwie jeździć językiem po zastanym trzonowcu i odliczać chwile do spotkania z Esfloresem.

Mama zawoła, że powinnam już brać się za drożdżowe, jeśli ma wyrosnąć, ale podnoszę się i mówię, że zabiorę się za nie nocą, gdy wszyscy pójdą spać.

Tamara zauważy różnicę w moich ruchach, może nawet wyczuje napięcie, bo choć wygląda, jakby nic nie czuła, to ma instynkt zwierzęcia. Dobrze i niedobrze. Wyciągnie rękę i spróbuje coś powiedzieć, ale się zawaha, w sumie to nawet nie musi nic mówić, rozumiemy się bez słów. Rozumiałyśmy się już wtedy, gdy mama kładła nas jedna przy drugiej, bet w bet, a nawet wcześniej, jeszcze w brzuchu.

Machnę ręką, żeby się nie martwiła, i pójdę na pastwiska.

*

Mama nagle przypomina sobie o cieście, które porzuciła w letniej kuchni. Drożdżowe nie może czekać za długo ani za krótko, bo urośnie w zakalec, tak samo jest z dziećmi.

Mama jest rozkojarzona. Nie zwraca uwagi na Esfloresa, mówi, żebyśmy uważały, nie drażniły krów i nie oddalały się, a gdy przyjdzie czas, trzeba otworzyć zagrodę. Mamy kije? Nie mamy, więc mama zostawia nam swój, a to właściwie nie kij, tylko witka wierzbowa.

Wierzbowa witka będzie bardzo ważna.

Mama wsiada na rower i rusza żużlową drogą między topolami. Tamara wcale się nie przejmuje, otwiera szeroko buzię i wskazuje Esfloresowi ruszający się trzonowiec. Z dumą mówi, że to ostatni.

Zmienia się powietrze, słońce przesuwa się na niebie, wszystkie kolory nabierają głębi. Depczę w miejscu, tenisówki zapadają się w błoto, a parę metrów dalej na wzgórzu wysuszona trawa aż zwija się od gorąca.

Widzę, jak Tamara i Esflores znoszą topolowe gałęzie, żeby zapalić ognisko.

*

Pójdę na pastwiska drogą przez Santropez, teraz już asfaltową, z jednym progiem zwalniającym, zdeptanym przez ciągniki, bo ciągniki będą jeździć dalej. Wprawdzie z nielegalnymi śmieciami i gnojówką, ale wciąż. Będę się czuć dziwnie, jak gdybym tu już nie pasowała, a gdzieś indziej jeszcze nie. Jak kożuch na mleku, granica między mlekiem a niemlekiem, stan przejściowy, tak bardzo obrzydliwy.

Kożuch na mleku też będzie bardzo ważny.

Zacznie zmierzchać. Zatrzymam się przy kapliczce. Pani Szotowej dawno nie będzie, ale ktoś zadba, żeby w środku na ołtarzu zawsze stały kwiaty. Majówek już nikt nie odśpiewa, ksiądz wprawdzie dalej będzie święcił tu koszyki na Wielkanoc, lecz dzieci przestaną się zbierać i śpiewać, że o Matko Boska, módl się za nami grzecznymi albo niewytrwałym skracaj rękę. Smoluchy więcej nie zakwitną.

Tam, w tym miejscu przejściowym, w tym kożuchu na mleku, jedną nogą w trawie, drugą na drodze będzie stał Esflores.

*

Ognisko nie chce się palić.

Tamara i Esflores dmuchają w liście, ale te młode i majowe za nic nie chcą zająć się płomieniem, tylko czernieją, zwijając się w ruloniki popiołu. Nie tak miało być. Tamara w końcu wstaje, tupie nogą i idzie szukać czegoś, co się nada.

Esflores wcale mi się dzisiaj nie podoba, przedwieczorne słońce powiększa mu cienie pod oczami, lecz pewnie przesadzam i w ogóle to powinnam zająć się krowami. Tamara na nic nie zwraca uwagi, Tamara znalazła kawałek gazety na rozpałkę.

Esflores nagle mówi, żebym poszła do sklepu we wsi i kupiła coś, co będziemy mogli upiec. Kawałek kiełbasy albo chociaż trochę chleba.

Zapada cisza. Normalnie powiedziałabym, żeby sam sobie poszedł, ja się nigdzie nie ruszam, nie mam pieniędzy, a poza tym to mi się nie chce i żaden chłopak nie będzie gadał, co mam robić, ale nie mówię ostatecznie nic.

Idę między krowy.

Ich ciała są wielkie i ciepłe. Nie boję się, wzrastałam między cielętami, co wieczór patrzyłam, jak mama ściska spuchnięte wymiona, z których leci mleko. Mamy swoje dwa białe kubki w stajni na oknie właśnie na takie okazje. Zawsze bardzo się spieszę, żeby nie zrobił się kożuch. Tamarze to nie przeszkadza. Tamara potrafi zebrać kożuch na palec i wessać do buzi.

Krowy stoją obok siebie, już przyjemnie nażarte. Nasza jest czarna z białymi skarpetami, wyciąga łeb do mojej ręki. Ma wielkie oczy i długie rzęsy. Chciałabym mieć takie oczy i takie rzęsy. Nagle krowy stają się niespokojne, stado faluje jak lustro jeziora tuż przed burzą. Rozglądam się i już wiem, co się dzieje.

Tamara skacze z radości. Esflores strzela zapalniczką w ręce.

Kawałek gazety wystarczył, żeby pokraczne ognisko mogło bić w niebo cienką wstęgą dymu.

Przytulam się do brzucha naszej krowy, w środku pracują cztery żołądki, po chwili dołącza do nich serce, które ze spokojnego rytmu rozpędza się w pełne strachu łup, łup, łup.

*

Łup, łup, łup, rozlegną się moje kroki po asfalcie, gdy zacznę zbiegać w dół od kapliczki, tą samą drogą, którą szłyśmy kiedyś, w innym czasie – teraźniejszym. Dzieci zawsze zostają w czasie teraźniejszym.

Potem się dowiem w szkole, że wszyscy mamy w sobie ślady przeszłości. Od pierwszej moruli komórek rosły nam, mnie i Tamarze, łuki skrzelowe tak jak innym gatunkom, które złożyły się na nasz. Potem łuki skrzelowe zniknęły, przeobraziły się w kosteczki. Strzemiączko, kowadełko, młoteczek.

Już wtedy, w brzuchu mamy, miałyśmy zalążki mlecznych zębów, ale moje unieruchomione.

Pójdę w to samo miejsce, gdzie będzie czekał Esflores, ale już inny, dorosły, na pewno z pełnym zestawem zębów stałych. Ładnie się uśmiechnie, może nawet ukłoni, bo wyrośnie z niego taki dobry chłopiec, taki miły, co zawsze powie dzień dobry, jak już wróci do Santropezu po tej długiej przerwie, która nie wiadomo skąd się weźmie.

Według jednych wyjedzie do miasta do liceum, według drugich ucieknie do miasta do liceum.

Ale tego konkretnego dnia w przyszłości stanie przede mną Esflores dorosły i szczęśliwy, że mnie widzi.

Taki szczęśliwy.

*

Dzieje się to wszystko szybko, bo taki też jest ogień. Tamara powinna była wiedzieć, ja powinnam była coś zrobić.

Wzgórze się pali, ognisko wypełzło poza granice, które próbowali ustalić Esflores i Tamara, przegryzło się przez krąg kamieni, bo ten, po pierwsze, był dziurawy, po drugie, niechlujnie ułożony. W powietrze szedł dym, najpierw czarny, potem szarawy, szedł w trzasku i iskrach, bo teraz paliło się wszystko – i to, co chciało, i to, co nie chciało.

Krowy zaczęły się zbijać w jedno stado. Boję się, że zgniotą mnie między swoimi żebrami, próbuję je rozepchnąć, jednocześnie prowadząc do bramy, i myślę o ślimakach, gotujących się w skorupkach. Dobiegam do ogrodzenia, otwieram. Krowy nauczone, co mają dalej robić, ciężkim kłusem wypadają między szpaler topoli.

Oddycham ciężko, w ręce wciąż mam wierzbową witkę.

Patrzę na ogień. Esflores i Tamara stoją niedaleko, jedno przy drugim, nie próbują już niczego gasić, ogień rozlazł się po wzgórzu, gdzie trawa jest sucha, ale jednak nie zszedł niżej w dolinę. Prawdę mówiąc, nie zdołał też specjalnie długo się utrzymać, płomienie jeszcze tlą się na granicach, w środku została spalona ziemia. Ognisko wygląda jak kółko, które rysuje się patykiem, jak się gra w stoi piwko naprzeciwko.

Tamara w końcu podbiega do mnie, ma szeroko otwarte oczy, sprawdza, czy ze mną wszystko dobrze.

Esflores jest zły. Krzyczy, że puściłam krowy za wcześnie, że trzeba było je zostawić w spokoju, a jeśli już, to mogłam je przegnać w inny kąt pastwiska, nic by się im nie stało. On, Esflores, miał wszystko pod kontrolą, on wcale się nie bał, teraz też nie trzęsą mu się ręce ani głos. Wcale a wcale.

Gdy ogień maleje, zadeptujemy jego ślady butami i idziemy ogarnąć krowy, które wytraciły już impet i stoją wzdłuż topoli zbite w mniejsze lub większe stada.

W popielisku znajduję sczerniałą rodzinę myszy.

*

Esflores ucieszy się, że mnie zobaczy, i skłamie, że z nas dwóch zawsze mu jakoś bardziej zależało na mnie. Uśmiechnę się ładnie, spuszczę wzrok, ale zaraz podniosę go z powrotem. Będę wiedziała, co trzeba zrobić, w końcu ciała pamiętają przeszłość. Będę córką tych wszystkich wiedźm, które nie dadzą się spalić, będę miała ślad łuków skrzelowych w miejscu strzemiączka, kowadełka i młoteczka.

Pójdziemy pastwiskami tak jak kiedyś, ale pastwiska nie będą takie same, wydadzą się mniejsze. Jak się tutaj mieściły te wszystkie krowy?

Esflores opowie o swoim życiu, o tym, jak musiał wtedy wyjechać, a przecież niepotrzebnie. Nic złego nie zrobił, byliśmy przecież dziećmi, wygłupialiśmy się jak to dzieci. Ale może dobrze się stało, bo poszedł do szkoły w dużym mieście, skończył studia w jeszcze większym, powiodło mu się.

Porozmawiamy, pośmiejemy się, usiądziemy na pniach ściętych topoli, może nawet dam się wziąć za rękę. Esflores opowie o swoich sekretach, mniejszych lub większych, opowie, że jeszcze przed tamtym pasieniem krów zobaczył, jak jego ukochana chomiczka najpierw urodziła młode, a potem pożarła je na oczach wszystkich. Esflores doda, że do dzisiaj nie rozumie, co się stało.

Ja będę rozumieć doskonale. Dzieci zjada się, by mieć siłę urodzić nowe w lepszych warunkach; wrogów zjada się, by ich siłę przejąć i uzdrowić się z ran wojennych.

Wezmę go za rękę i poprowadzę do kamienia czarownicy. Dotknę językiem zastanego mleczaka i nawet wyda mi się przez moment, że ząb zaczyna się ruszać.

*

Krowy idą ławą, robi się chłodniej i jeszcze ciemniej, w powietrzu wirują roje małych muszek, które wciskają się do nosa i oczu. Jeszcze czuję strach, jeszcze w nosie kręci mi się od dymu, choć z daleka nie widać już niczego.

Koło kapliczki pojawiają się ludzie, żeby zabrać krowy do domów. Mamy nie widać, a powinna tu być, przecież musimy zerwać wis na Zielone Świątki. Wszystko dzieje się za wcześnie.

Tamara nagle znajduje się przy mnie. Nic nie mówi, ale wiem, że chce iść do domu, że nawet dobrze, że nie ma mamy, odprowadzimy krowę, zostaniemy na dojenie, wypijemy mleko, ja zanim zrobi się kożuch, Tamara już po, potem poszukamy wisu koło kapliczki, nie w górze rzeki przy kamieniu czarownicy. W nocy Tamarze wypadnie ząb i będzie jak wcześniej.

Wtedy Esflores mówi, że musimy wracać.

Patrzymy na niego obie, po raz pierwszy przestraszone, a przecież nie ma powodu, prawda? Esflores to taki dobry chłopiec, zawsze mówi dzień dobry i chodzi do komunii w niedzielę.

Przy ognisku został słoik z truskawkami, syczy nagle, nie może się zmarnować. Chodź, dodaje, ale nie wskazuje żadnej z nas konkretnie, może dla niego jesteśmy jedne i takie same.

To moment dzieli nas na pół i stajemy się osobne. Podświadomie wiem, co się stanie, więc kurczę się w sobie, zaczynam czuć strach i gdyby nie to ognisko, nie ta szalona ucieczka, to pewnie uciekłabym teraz, pociągnęła za sobą Tamarę i nic nigdy by się nie stało. Ale tego nie robię, podwijam ogon.

Wiem, że jedna z nas iść musi, i gdy robię krok do przodu, to Tamara wychodzi przed szereg i mówi, że pójdzie.

*

Będę potem wracać do tego miejsca i tego czasu. Czasem wyda mi się, że całe życie obie stoimy tego majowego popołudnia między krowami, w wigilię Zielonych Świątek, że zostaniemy tam na zawsze, w zawieszeniu między jednym a drugim, jak kożuch na mleku.

I tak też się dzieje.

*

Tamara idzie z Esfloresem, daję jej wierzbową witkę do ochrony.

Czas się zamraża.

*

Esflores będzie się śmiał z kamienia czarownicy, że okaże się taki mały, jak to możliwe, że kiedyś mogliśmy się go bać. Myślę sobie, że akurat on powinien bać się kamienia ciągle, że powinien budzić się oblany potem na wspomnienie tamtego wieczoru, tak jak te we wszystkie noce, kiedy budzić się będzie Tamara, coraz mniejsza, coraz bardziej skurczona, tak jak kurczyły się ciała ślimaków w podpalonych skorupach.

Popatrzę, jak Tamara odchodzi z Esfloresem. Najpierw osobno, potem za rękę, wierzbowa witka zgubi się gdzieś po drodze i nagle wiem, że nie dojdą do ogrodzenia, nie znajdą słoika z truskawkami.

Zatrzymają się koło kamienia czarownicy.

Esflores wróci do wspomnień, ucieszy się, że pozwolę znów wziąć się za rękę, pozwolę tym rękom posunąć się dalej, specjalnie nie włożę bielizny, będę całować się z otwartymi oczami, żeby widzieć wszystko, jak lis skryty w trawie tuż koło kurnika. Wszystko stanie się intensywne.

Odprowadzę krowę do domu, zostawię ją tuż za bramą, krzyknę w podwórko, że muszę wracać po wis, przecież Zielone Świątki. Mama nie odpowie. Krowa zeżre dalie w ogródku.

W kamieniu czarownicy dalej będzie widać ujścia tuneli kamiennych korników. Potem zatkają się krwią. Esflores nie zdąży krzyknąć.

Zobaczę Tamarę z daleka, ale z trudem ją rozpoznam. Będzie szła sama, dziwnie skurczona, jak gdyby na karku siadła jej czarownica. Na dmuchanych spodenkach wykwitnie czerwona plama.

Zabiorę Esfloresa na pastwisko w to samo miejsce, gdzie kiedyś rozpalili ogień. Esflores będzie ciężki i niewygodny, lecz ja się przygotuję.

Tamara nie odezwie się słowem, ale ja przecież bez problemu wyczytam z jej ruchu, co jest nie tak.

Na początku nie będzie chciał się palić, ale z pomocą przyjdzie Santropez. Znajdą się suche liście i suche gałęzie. Znajdzie się benzyna, może nawet pomoże czarownica.

Nazbieramy wisu i ułożymy go przed bramą, żeby Duch Święty nad nami czuwał. Tamara zawiąże sobie sweter na biodrach, żeby nie było widać plamy.

Będzie się palić długo, ale na szczęście nigdzie nie będę się spieszyć. Dym pójdzie w niebo na znak, że ofiara przyjęta.

Mama wleje nam do kubków mleko prosto od krowy. Oddam Tamarze swój kożuch, ale nie będzie chciała go zjeść. Kaszlnie tylko i na wyciągniętej dłoni pokaże mi kość, pokaże ostatni mleczny ząb.

Poczekam, aż wypali się wszystko, i zbiorę popiół w słoik. Kiedyś na pewno były w nim truskawki z cukrem.

Bez zastanowienia wezmę ząb od Tamary i wrzucę do ust jak lekarstwo. Będzie gorzki i trudny do połknięcia.

Wyrobię ciasto drożdżowe w nocy, poszarzeje od popiołu albo tak mi się wyda w ciemności. Wyrośnie poza ramy brytfanny.

Wstaniemy wcześnie rano i pójdziemy pod dom Esfloresa. Obrzucimy go świeżym krowim łajnem. Nikt nas nie ukarze.

Usiądziemy z Tamarą na werandzie i poczęstuję ją ciastem. Jeszcze ciepłym.

Tamara nigdy na głos nie powie, co się stało, ale jakoś wszyscy będziemy wiedzieć. Mama pójdzie do domu Esfloresa, na ścianach zostanie jeszcze krowie łajno. Nikt nie uwierzy w oskarżenia mamy, ale Esflores wyjedzie.

Tamara ugryzie ciasto i powie, że cieszy się, że odpuściłam, że powinnam dać spokój, co było, to było, i nic tego nie zmieni. Każę jej jeść dalej.

Wrogów zjada się po to, żeby przejąć ich siłę i uzdrowić się z ran wojennych.

Potem pójdę do łazienki i uderzę kilka razy policzkiem o zlew, aż w końcu zacznę pluć krwią, za którymś razem w czerwonej plamie znajdzie się zastany mleczny trzonowiec. To ostatni. W końcu dorosnę.

Ale zanim jest koniec, kość jeszcze tkwi na swoim miejscu i Tamara każe mi zajrzeć sobie do buzi i popatrzeć, czy to już.

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje