Ładnie narysowany obrazek – tak można by najkrócej opisać ten wiersz. I takich ładnie narysowanych obrazków jest w trzeciej poetyckiej książce Aleksandra Wiernego więcej. Tom nosi tytuł Nagle, zawsze nagle już tego nie mamy (Łódź 2024); jest to równocześnie tytuł poematu, który wypełnia jej drugą część. W części pierwszej zgromadzone zostały natomiast wiersze – przeważnie krótkie, kilku- lub kilkunastowersowe – na ogół będące poetyckimi fotografiami, choć bywa, że fotografiami już wewnątrz wiersza zinterpretowanymi, skomentowanymi.
Niewątpliwie najlepsze efekty Wierny osiąga tam, gdzie najmniej dopowiada, gdzie powstrzymuje się od konkluzji, sugestii, komentarza. Innymi słowy – tam, gdzie jest najbardziej obiektywistyczny. „Na skraju pustego placu zabaw / różowa piłka dotyka płotu” – dostajemy taki dwuwers, bez tytułu, i w zasadzie wszystko, co potrzebne, mamy. Jest sceneria nasycona znaczeniami – otoczony płotem plac zabaw, miejsce bezpieczne, ale też miejsce swoistego uwięzienia – i jest przedmiot, który choćby z racji intensywnego koloru wysuwa się na plan pierwszy. Całe napięcie jest budowane wokół piłki i płotu, i może jeszcze faktu, że plac jest pusty, więc to już pora, kiedy dzieci, które się na nim bawiły, poszły do domu. Ktoś powie, takich obrazków widzieliśmy wiele – w wierszach, w filmach, na fotografiach. Tak, to prawda. Wierny, wybierając określone kadry, nie bardzo dba o oryginalność, można by pomyśleć, że wręcz ostentacyjnie sięga po to, co jakoś się nam opatrzyło, odczuwane bywa jako schematyczne, jako klisza, banał. Mężczyzna patrzący z mostu na płynącą wodę, bezdomny pchający wózek pełen rzeczy wygrzebanych w śmietniku, korzenie drzewa unoszące płyty chodnika, porzucona zabawka… Banał – ale też coś, co jest powszechnym doświadczeniem. Świat, który nas otacza – zdaje się mówić poeta – składa się z takich właśnie obrazów: wielokrotnie widywanych, a więc opatrzonych, ale dzięki temu także oswojonych, pełniących funkcję swoistych znaków orientacyjnych.
Nie inaczej jest w wierszu Szprychy. Oto scena, w której mężczyzna obserwuje parę młodych – chłopaka i dziewczynę. Niewiele o nich wiemy, dowiadujemy się jedynie, jak dziewczyna jest ubrana i że to do niej należy rower, o który opiera się chłopak. Obserwujący nie skupia się na szczegółach, na – można by powiedzieć – „opakowaniu” całej sytuacji. Interesują go emocje, odczytanie tego, co dzieje się między młodymi. Czy w zakłopotanym, nieśmiałym chłopaku widzi siebie sprzed lat? Czy właściwie odczytuje gesty i grymasy? Może się przecież mylić, jak przechodnie obserwujący dwoje młodych w opowiadaniu Marka Hłaski Śliczna dziewczyna. Tego jednak wiersz nie rozstrzyga. A nie rozstrzyga także dlatego, że co innego jest tutaj ważne.
Zauważmy, że kluczową figurą w tym wierszu jest zaprzeczenie. Pierwszym słowem wiersza jest słówko „nie”: „Nie jest chłopakiem, który się opiera / o rower dziewczyny…”. Wyznanie to od razu na wstępie ustanawia dystans między patrzącym a obserwowanymi i ten dystans zostaje podkreślony w zakończeniu wiersza: „Jest mężczyzną, idzie w inną stronę”. Gesty zaprzeczenia, zdystansowania się tworzą ramę opisywanej sceny. Ale co dzieje się pomiędzy? Otóż dzieje się coś odwrotnego: wbrew pierwotnej deklaracji obserwujący bardzo się angażuje w to, na co patrzy. To jego zaangażowanie wyraża nawet złożona składnia pierwszej części wiersza: to jedno długie zdanie, z wtrąceniami, dopowiedzeniami. Obserwujący stara się być jak najbardziej precyzyjny, wyczytać z zachowań obojga wszystkie kryjące się w nich znaczenia. Owszem, nawet i w tym zaangażowaniu nie zapomina o tym, że dzieli go od młodych nie tylko odległość, ale przede wszystkim wiek. Ten wiek uprawnia go np. do stwierdzenia, że chłopak „jest za młody i nie zna jeszcze kobiet”. O aurze wiersza ostatecznie decyduje więc ambiwalencja: „on nie jest tym chłopakiem”, ale niewykluczone, że chciałby nim być, że chciałby się znaleźć na jego miejscu. On – patrzący – nie jest z nimi, „idzie w inną stronę”, ale równocześnie nie może oderwać od nich wzroku.
Słowo „podgląda” pojawia się w przedostatnim wersie – ale nie odnosi się już do obserwowanych młodych. Mężczyzna „podgląda światło”, błysk słońca odbijającego się w szprychach roweru. Rower odjeżdża – czy to znaczy, że chłopak też wsiadł na rower i młodzi odjechali razem? Nie wiemy. Ale też – nie o nich tu przede wszystkim chodzi. Ich widok poruszył coś w mężczyźnie. Nie wiemy dokładnie co, możemy sobie to dopowiedzieć, ale ze świadomością, że to będzie jedynie dopowiedzenie, że możemy się pomylić. W rezultacie „czytamy” bohatera tego wiersza trochę tak, jak on „czytał” młodych, na których patrzył. Tematem wiersza staje się tym samym kwestia rozumienia siebie nawzajem, jego możliwości i jego granic. Ładnie narysowany obrazek – tak. Ładny, bo niedociążony nadmierną liczbą szczegółów, niedopowiedziany, ujęty w sprytną, wieloznaczną klamrę. Ale też coś więcej niż obrazek. Coś więcej.
*
Aleksander Wierny
Szprychy
Nie jest chłopakiem, który się opiera
o rower dziewczyny w żółtej sukience
w taki sposób, żeby nie uciekła,
ale zarazem niby przypadkiem,
bo nie zamierza jej przestraszyć,
choć ona się nie boi, chce stać
blisko niego i jak najdłużej rozmawiać,
o czym on nie wie, bo jest
za młody i nie zna jeszcze kobiet,
i zanadto się denerwuje,
co w końcu niecierpliwi dziewczynę:
stawia stopę na pedale,
wtedy chłopak wreszcie dotyka
jej przedramienia, więc ta historia
jakoś się pewnie potoczy,
ale on nie jest tym chłopakiem.
Jest mężczyzną, idzie w inną stronę.
Odwraca się i podgląda światło, które migocze
w szprychach odjeżdżającego roweru.