Subskrybuj
fot. Dariusz Foks
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Moi Mistrzowie: Dominik Bielicki

Ileż życia w wierszach Dominika Bielickiego! Tak było już w uhonorowanych Nagrodą Literacką Gdynia Pawilonach (Wrocław 2017) i tak jest również w jego najnowszej książce, zatytułowanej Wielki ping-pong(Wrocław 2023).

Czytam ten tom i wracam do Polski lat 80. ubiegłego wieku, ale też oglądam Polskę dzisiejszą, Polskę okrzepłą po transformacji, jednak niezupełnie przecież od tamtej oderwaną. Przenieśliśmy jedną do drugiej w naszych biografiach, wspomnienia i porównania nasycają naszą teraźniejszość, tamten świat ukształtował nasze sposoby postrzegania i reagowania, nasze poczucie humoru i wyobrażenia na temat rzeczywistości. Obecna Polska dla tych z nas, którzy urodzili się w poprzedniej, zawsze będzie do pewnego stopnia Polską drugą, nową – wyuczoną, choć niezupełnie zrozumiałą, współbudowaną, ale na ogół intuicyjnie, bez planu, swojską, ale też po trosze obcą i z tego powodu nietraktowaną z taką samą powagą. Poeta patrzy na to, co się wydarzyło, od dołu, skupia się na tym, co prywatne, dzięki czemu udaje mu się lepiej uchwycić ambiwalentny charakter zmian i naszego do owych zmian stosunku.

Bielicki potrafi zrobić wiersz właściwie ze wszystkiego.

Z domowego obiadu i parkowania samochodu, z zakupów w supermarkecie i zejścia do piwnicy, ze scysji z pracodawcą i wykładu wysłuchanego na kościelnym kursie przedmałżeńskim. Szkicuje pewnie, kilkoma zdaniami potrafi zbudować kontekst i anegdotę i spuentować tak, żeby wiersz pozostał niedomknięty. Jak choćby w tym, otwierającym całą książkę, fragmencie: „pożegnałem się z babcią
pożegnałem się z dziadkiem
i wziąłem tyle ciastek
ile tylko byłem w stanie unieść
tak żeby się nie dotykały”.

Pięć krótkich wersów, a mamy tu właściwie wszystko, co potrzebne – samą istotę odwiedzin u dziadków. Poeta nie opisuje żadnego z nich, a przecież niemal ich widzimy i słyszymy głos babci: „Spakowałam ci ciastka, tylko nieś ostrożnie, żeby się nie pogniotły…”. Owszem, przeczuwamy, że wiersz jest elegią, na co wskazywałoby dwukrotne użycie na wstępie słów „pożegnałem się”. Nie ma tu jednak mowy o stracie, przeciwnie – mowa jest wyłącznie o byciu obdarowanym. Można zresztą opisaną scenę rozmaicie interpretować, powściągliwość odczytując jako przejaw pewnej szorstkości w relacjach, a obraz ciastek, które nie mogą się ze sobą stykać, jako symbol dystansu dzielącego członków rodziny. Bielicki w charakterystyczny dla siebie sposób nie rozstrzyga, jak jest, nie nazywa uczuć towarzyszących wspomnieniu, w ogóle nie rozgaduje tej sceny, i właśnie to nadaje jego wierszowi – temu i innym w tomie – szczególną wartość.

Wielki ping-pong to wiersz o niespełnionym marzeniu, właściwie lista niefortunnych zdarzeń, które stanęły na drodze bohatera, uniemożliwiając mu sportową karierę.

Czyta się go trochę tak, jakby słuchało się czyjegoś zwierzenia, kiwając przy tym ze zrozumieniem głową. Mnie osobiście przypomina historię pasji, która w pewnym momencie opanowała mojego brata – jako nastolatek zapragnął zostać wędkarzem. Udało mu się namówić ojca na kupno sprzętu, niezbyt drogiego, ale przyzwoitego, zdobył kartę wędkarską i wszystkie potrzebne stempelki, zaopatrzył się też w książki o rybach i wędkowaniu. No, a potem coś ciągle stawało na przeszkodzie, żeby zacząć naprawdę łowić. W rezultacie raz jeden tylko poszliśmy nad staw, żeby złapać dwie drobne rybki, z którymi potem nie wiadomo było, co zrobić. W wierszu Bielickiego zapisaną mamy podobną opowieść, w której nadzieja, ekscytacja i wyobrażenia o przyszłym sukcesie zderzają się z rozczarowaniem i upokorzeniem („byłem najmłodszy w grupie / i kazali mi robić habduła habduła”). Owszem, przyczyny niepowodzeń bohatera zdają się tkwić przede wszystkim na zewnątrz – wszystko komplikuje się przez nadmiar formalności i nieproporcjonalnie surową karę, w rezultacie której musi na pewien czas przerwać treningi – niemniej nie ukrywa on, że i jemu samemu zabrakło dostatecznej motywacji. „Znam to dziecko? Nie wiem skąd” – napisał w poetyckim komentarzu do tego wiersza Adam Wiedemann. Otóż to – opowiadając swoją historię, poeta równocześnie opowiada nam naszą, w której też znalazłyby się podobne motywy i doświadczenia.

Czy wolno Wielki ping-pong interpretować szerzej, jako opowieść nie tylko o egzystencjalnym, lecz też o transformacyjnym marzeniu? Myślę, że wolno, skoro poeta uczynił jego tytuł tytułem całego tomu. „Wielki” ping-pong to otwierająca się przed nami wielka przyszłość, moc możliwości, wśród których ukryta jest też możliwość porażki. Znamienne, że całą książkę zamyka utwór, który raz jeszcze odwołuje się do niespełnionych wyobrażeń o sportowym sukcesie. Bohater krąży po boisku, machinalnie kopiąc pozostawioną przez kogoś piłkę. Robi to nieudolnie: „Nigdy nie umiałem grać / i wiedziałem, że to się już nie zmieni”. I dodaje: „Nie czułem najmniejszego żalu, że życie / upływa mi od tych rzeczy jak najdalej. / Kopnąłem piłkę, bo była okrągła i napompowana / i nie było nikogo dla kogo coś znaczy”. Bardzo ciekawe są te ostatnie zdania. Rzucone niby ot tak, w gruncie rzeczy potraktowane być mogą jako deklaracja zerwania. Tylko z czym? Z przeszłością? Z ograniczeniami? Z sobą niespełnionym, przez lata stojącym przed „zatrzaśniętymi na amen / drzwiami”? A może z takim sposobem przeżywania czasu i relacji z innymi, w którym decydującą rolę odgrywają rozmaite aspiracje – nie to, co jest „teraz”, ale to, co mogłoby być, co może „kiedyś” się wydarzy?

Wróćmy jeszcze do wiersza Wielki ping-pong. Nie ma w nim wyrafinowanych formalnie zabiegów, jest prosta wyliczanka z wielokrotnie powtarzającym się inicjalnym „a to”. Bielicki lubi ten chwyt: zaczepić, zagadnąć, czymś zainteresować, przy czym nie ciągnąć opowieści zbyt długo. Znakomicie przy tym operuje skrótem, niedopowiedzeniem, sugestią. Myślę, że jego książki – nieliczne przecież, póki co – czyta się z przyjemnością właśnie dlatego, że poeta zostawia nam w nich dość dużo miejsca. Niech ten, który słucha, poczuje się zaproszony, żeby też coś powiedzieć. Podzielić się własnym wspomnieniem na podobny temat, nie zgodzić się, przytaknąć. Być – być z, być teraz.


Dominik Bielicki

Wielki ping-pong

a to nie miałem legitymacji
a to nie miałem stempelka
a to nie miałem butów na zmianę
a to pomyliłem godziny
a to nie miałem pary
a to piłeczka wpadła za żelazną kratę grzejnika
sięgnąłem po nią i zobaczyłem
wiele innych bajecznych piłeczek
i zostałem wydalony dyscyplinarnie
bo było mówione ile waży krata
która trzyma się na słowo honoru
a to zostałem znów przyjęty warunkowo
a to byłem najmłodszy w grupie
i kazali mi robić habduła habduła
a to byłem najstarszy w grupie
z zatrzaśniętymi na amen
drzwiami do wielkiego ping-ponga

Artykuł pojawił się w numerze: Prawo do wytchnienia