Subskrybuj
fot. Maciej Kulczyński/PAP
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Moi, mistrzowie: Joanna Mueller

Jeśli zechcecie przeczytać mnie na nowo, zdaje się mówić poetka, to tylko całą, taką, jaka byłam, jak się zmieniałam i zmieniam – ale czytajcie mnie, proszę, synchronicznie, zapominając, na ile to możliwe, o upływie czasu.

Joanna Mueller

większa apokalipsa
a wtedy statek ze star wars odleciał w księżycowy krajobraz
rozkraczyła się błotna żaba na gruzie porosłym łopianem
hektary dębów zrąbane na klepki parkietu
rozrosły się pożerając mozaiki i żyrandole
elewację zajęły mszaki place szczękoczułki handlarzy
zamiast wierchuszki wiechliny karmniki rozesłane
weteranki pracy z żurawi przerzuciły się na maraton
w pustakach się wiją pustułki w gniazdach gap sokoły wędrowne
roje pszczele rozsiały pasieki nad teatrem dziecięcej wrzawy
bubel babel dawną oś świata oznaczył pies prostym sikiem
do wtóru marcowaniu z najniższych kondygnacji
Zmieszane, Biuro Literackie, Wrocław 2025, s. 376


Zmieszane (Kołobrzeg 2025) – taki tytuł nosi obszerny, liczący przeszło 350 stron tom, gromadzący utwory Joanny Mueller z dotychczas opublikowanych książek oraz wiersze w książkach niepublikowane. Zostały one zebrane i zmieszane; na podsumowanie ćwierćwiecza twórczości poetyckiej, w miejsce tradycyjnej „zbiorówki”, prezentującej chronologicznie cały dotychczasowy dorobek, autorka zaproponowała układ, w którym utwory dawniejsze i nowsze zostały przetasowane i zgrupowane w nowych całościach (cyklach? rozdziałach?). Dodatkowy spis treści pozwala zidentyfikować konteksty, w jakich wiersze pierwotnie się pojawiały, ale na pierwszy plan wysuwają się jednak usytuowania nowe i wynikające z nich pytanie, czy takie zmieszanie utworów skłania do nowych odczytań dorobku poetki. Dorobku, podkreślmy, docenionego przed trzema laty przyznaniem Mueller Nagrody Poetyckiej Silesius za całokształt twórczości.

Odpowiedzi na wspomniane pytanie można by udzielić jedynie w obszernym szkicu. Nie sposób natomiast nie zauważyć, że gest przetasowania przez autorkę wszystkiego, co do tej pory opublikowała, można interpretować jako wyraz zaufania do własnych wyborów. Nic z talii nie zostaje bowiem odrzucone, wszystkie poetyckie karty są w grze, zmienia się jedynie ich konfiguracja. Zapewne prościej byłoby zrobić selekcję i tasować talię odchudzoną. A jednak Mueller zdecydowała się pokazać całość, także utwory z książek „dla dzieci” (autorka – o ile wiem – nie lubi dzielenia jej twórczości na dorosłą i dziecięcą, stąd cudzysłów), wiersze publikowane jedynie w czasopismach, a nawet utwory premierowe. Taka decyzja budzi respekt. Jeśli zechcecie przeczytać mnie na nowo, zdaje się mówić poetka, to tylko całą, taką, jaka byłam, jak się zmieniałam i zmieniam – ale czytajcie mnie, proszę, synchronicznie, zapominając, na ile to możliwe, o upływie czasu.

Oczywiście z pojawiającego się w tytule tomu słowa „zmieszane” wyczytać należy też jego drugie znaczenie. Zabiegowi przetasowania towarzyszy nieuchronnie uczucie niepewności, zawstydzenia, zwątpienia. Czy demontaż przemyślanych i starannie skonstruowanych całości to zabieg słuszny? I jak daleko można się w tym demontażu posunąć? Trzeba podkreślić, że autorka poczyna sobie śmiało, a w rezultacie zaproponowanych przemieszczeń wszystkie wiersze, niezależnie od tego, kiedy powstały, prezentują się nam jako nowe, raz jeszcze debiutujące. No a z debiutem też przecież wiążą się emocje podobne do opisanych: niepokój, zakłopotanie, zmieszanie, nieśmiała nadzieja. I może w tym miejscu warto dodać jeszcze, że o niepowtarzalnej aurze wierszy Mueller decyduje właśnie ta jednoczesna obecność śmiałego i nieśmiałego, dezynwoltury i delikatności, buńczuczności i wycofania. Obok wezwań, by pisać „na kontrze / na winie / na rewanżu”, by słowa przewiercać i „łamać łamać łamać / żeby nie / kłamać” (cytuję fragmenty wiersza propozycja pierwsza z tomu intima thule), znajdziemy u Mueller gesty bardziej intymne i intymność chroniące, rozmaite „eskapiki” i „neurascenki” (jak sama poetka określa je w tytule jednej z części tomu Zmieszane).

Wiersz, któremu proponuję przyjrzeć się bliżej, nie został przez autorkę włączony do żadnej z wcześniejszych książek. W Zmieszanych wieńczy on część przedostatnią, zatytułowaną Musimy zamykać system. Już w tytule mamy do czynienia z chwytem przez poetkę bardzo lubianym: użyciem sformułowania, które odsyła do jakiegoś osadzonego w pamięci tytułu, frazy bądź wyrażenia, w dodatku osadzonego na tyle dobrze, że możemy nawet mieć kłopot ze zidentyfikowaniem jego źródła. Akurat „większą apokalipsę” zidentyfikować łatwo: kojarzy się nieuchronnie z Małą apokalipsą Tadeusza Konwickiego. Przypomnijmy sobie charakterystyczny fragment tamtej powieści: „Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świata. Koniec mego osobistego świata. Ale zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na ato-my, eksploduje w próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie, ostatnich kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bezsensu”. „Mała” apokalipsa to apokalipsa osobista. Rozpad, ale o charakterze raczej lokalnym.

Czym zatem jest apokalipsa „większa”? Z pozoru odpowiedź na to pytanie jest prosta: oto mamy obraz świata, który po bliżej nieokreślonej katastrofie bierze we władanie natura. Gruzy porastają łopianem, w ruinach ptaki zakładają gniazda, miejsca opuszczone przez człowieka zajmują psy i koty…

Ileż takich obrazów w literaturze już mieliśmy? Ale taką odpowiedź mógłby dać tylko ktoś, kto wiersz Mueller przeczytałby pospiesznie, nieuważnie. Lektura uważniejsza każe raczej przypuszczać, że ma-my tu do czynienia z nakładaniem na siebie kilku obrazów końca. To prawda, że motyw zwycięstwa „naturalnego” nad „ludzkim” wysuwa się na pierwszy plan. Jak jednak rozumieć np. wers: „elewację zajęły mszaki place szczękoczułki handlarzy”? Mamy tu do czynienia nie z zagładą całkowitą, lecz raczej z powolnym upadkiem, degrengoladą; „szczękoczułki handlarzy” to aluzja do wykonanych z blachy stoisk, nazywanych „szczękami”, które w pewnym momencie pojawiły się na bazarach i w centrach wielkich miast. A „bubel babel”? Nieuchronnie przypomina się Różewicza budowanie wieży Bubel – wiersz o degenerującej się kulturze, zdominowanej przez to, co przaśne, i przez powszechną wyprzedaż prywatności. Zamiast wierchuszki – powiedzmy: ludzkich rządów, ludzkich porządków – porastająca wszystko wiechlina? No tak, to zrozumiałe. Ale co dzieje się dalej w tym samym wersie i następnym? Co oznaczają te „karmniki rozesłane”? I kim są „weteranki pracy”? A może źle to czytamy? Może słowo „wierchuszka” odnosi się do wiechliny, która w końcu wystaje ponad inne trawy? Gdzie tu wstawić kropki, a gdzie przecinki?

Mam kilka pomysłów interpretacyjnych, jednak coś mnie powstrzymuje, żeby pójść dalej. Zależy mi bowiem na tym, żeby zwrócić uwagę na inny zabieg, który Mueller chętnie w swoich wierszach stosuje. To destabilizacja obrazu. Wydaje się nam, że uchwytujemy ogólny zarys, a wraz z nim ogólną myśl utworu. Ale nawet jeśli tak jest, pozostaje cała sfera, która jest niestabilna. Ta niestabilność w najlepszych wierszach poetki jest prowokująca. Czy jesteśmy pewni, że dobrze widzimy? Może zamiast koncentrować się na poszczególnych elementach obrazu, lepiej poddać się jego oddziaływaniu? I analogicznie – może słowo, które pojawia się w wierszu, jest tylko echem innego słowa, tego właściwego, o które chodzi?

W ostateczności chodzi o to, żebyśmy i my poczuli się zmieszani, a w rezultacie także zamieszani w to, co opisywane. Czy większa apokalipsa to nie przypadkiem o nas? Teraz?

Artykuł pojawił się w numerze: Walczę o życie bez strachu