Subskrybuj
Marcin Baran
fot. Jakub Ociepa/Agencja Wyborcza.pl
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Moi mistrzowie: Marcin Baran

Jaki piękny wiersz! Trochę jakby nie z tego czasu, oparty na obrazowaniu bliższym wrażliwości romantycznej, która nie wstydziła się dostrzegać związków między ludzkim postępowaniem a zjawiskami zachodzącymi w przyrodzie.

Zresztą romantyczna wrażliwość była w tym aspekcie powrotem do czegoś pierwotniejszego – do najwcześniejszych intuicji moralnych i ich archaicznego wyrazu. Kiedy człowiek popełnia taki czy inny zły czyn, ciemne chmury powinny wypłynąć na niebo, słońce powinno się zaćmić, a w powietrzu rozlec się powinny krzyki niespokojnego ptactwa…

No tak, ale przecież autor wiersza jest poetą współczesnym. Wiersz pochodzi z jego najnowszej książki, tomu zatytułowanego Darń (Poznań 2024); tomu – dodajmy od razu – bardzo intrygującego, znacząco odbiegającego od tego, czego możemy spodziewać się po innych poetach i poetkach dziś tworzących. Nie znaczy to jednak, że ostentacyjnie zachowawczego. To, co proponuje Marcin Baran, nie mieści się w tego typu klasyfikacjach. Jego twórczość żywi się sprzecznościami, eskalowaniem napięć, jakie powstają z nałożenia na współczesną rzeczywistość tradycyjnych podziałów. Baran jest poetą jednocześnie konserwacji i subwersji, dekonstrukcji i afirmacji, moralnego serio i krotochwili. W rezultacie jest też poetą, który nieustannie odnajduje i porzuca coś, co zwykliśmy nazywać „własnym głosem”. Dlatego zresztą wiersz W chwili winno się właściwie czytać i komentować w kontekście innych utworów zamieszczonych we wspomnianym tomie. Jeżeli odważam się zaprezentować go osobno, to głównie dlatego, żeby zwrócić uwagę na jego staranną konstrukcję i – zespoloną z nią w sposób perfekcyjny – dwuznaczną wymowę.

Zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Dwie równe strofy o niemal identycznej objętości, choć nie identycznej budowie. Przewaga wersów czternasto- i trzynastozgłoskowych, z kilkoma znaczącymi, ale też nieburzącymi zasadniczego porządku odstępstwami. Wszystkie trzy zdania, z jakich składa się wiersz, utrzymane są w spokojnej, refleksyjnej tonacji; zwraca uwagę staranność opisu, precyzyjny dobór słów i metafor, podporządkowanych jednocześnie wyrazistemu rytmowi, wyznaczanemu przez składnię. Opis jest właściwie dramatyczny, przy czym dominującym odczuciem nie jest niepokój, lecz coś nieokreślonego, sytuującego się gdzieś pomiędzy wzburzeniem a ulgą. I tylko jeden moment narusza tę osobliwą równowagę – wtedy gdy w drugiej strofie pojawia się określenie „żałosny skwir”, zbitka syczących i zgrzytających głosek, naśladujących krzyk rannego ptaka.

Czy zatem wszystko jest tu oczywiste? Nie bardzo.

Owszem, obie strofy rozpoczynają się tym samym wyznaniem: „W chwili, gdy oszukujesz…”, ale czy wiemy, czego owo wyznanie dotyczy? Niewątpliwie jest wyznaniem winy, samooskarżeniem. Niemniej wina ta pozostaje nieokreślona. Nie jest też całkiem jasne, co właściwie mają oznaczać słowa: „chmury i krzyk są tylko dla ciebie”? Czy zjawiska opisane w metaforach zranionej mątwy i ugodzonego w serce łabędzia rzeczywiście zachodzą, czy może są jedynie wyobrażeniem? Być może niebo naprawdę ciemnieje, a w powietrzu słychać krzyki ptaków, ale tylko bohater wiersza, gnany poczuciem winy, odnosi je do siebie i odczytuje ich głębsze znaczenie.

Jeszcze raz zauważmy, jak bardzo pierwotny to obraz. Jednak właśnie ta pierwotność, archaiczność sprawiają, że tak intrygująco brzmi konkluzja. Można by tu – dla porównania – przywołać cały szereg utworów dawniejszych i nowszych. Przypomnijmy sobie wielki wiersz Miłosza: „Obłoki, straszne moje obłoki, / jak bije serce, jaki żal i smutek ziemi…”. Tam też była mowa o winie – o pysze, pożądaniu, pogardzie, o kłamstwie, którego „najpiękniejsze farby / zakryły prawdę”. A konkluzja? „O jakże wy straszne / jesteście, stróże świata, obłoki! / Niech zasnę, niech litościwa ogarnie mnie noc”. Tak, to było zakończenie godne owej pierwotnej wizji. Jeśli jest wina, musi być i kara, a przynajmniej błaganie o litość.

Czy można, ot tak, przejść „do porządku dziennego” nad sugestywnymi i przerażającymi obrazami gwałtownie ciemniejącego nieba?

A jednak bohater wiersza Barana tak właśnie się zachowuje. Jest coś wiążącego mocniej niż owe wstrząsające widowiska przypominające o moralnych zobowiązaniach. Jest pragnienie, które dławi – a więc dusi, przymusza, nie pozostawia wyboru. Czy także usprawiedliwia? Tego poeta nie mówi ani nawet nie sugeruje. Wiersz Miłosza jest wzniosły, ostateczny. Oto sąd, w którym sędzią jest potężna natura, a „ja” w zderzeniu z jej ogromem samo dla siebie staje się oskarżycielem. Jaki jest wiersz Barana? Na pewno nie jest pozbawiony wzniosłości – tyle można powiedzieć. Tu też w pewien sposób dzieją się rzeczy ostateczne. Jeżeli jednak pojawia się w nim eschatologiczny horyzont (a w całej Darni wątek eschatologiczny jest jednym z głównych wątków), to tylko jako coś, co przecina się z „porządkiem dziennym” właśnie. Chciałoby się powiedzieć, że wzniosłość w wierszach Barana jest zawsze nieco „ściągnięta w dół”, ukonkretniona, „uziemiona”. To nie wielka spowiedź, lecz jej współczesne echo – uczucie niewygody, drobne ukłucie, dreszcz sumienia.

Baran od lat uparcie nie rezygnuje z problematyki moralnej (podobnie jak metafizycznej), którą co rusz podejmuje w z pozoru tradycyjnych pytaniach i obrazach. Jest to jednak tylko jeden z elementów jego poetyckiej strategii. Składa się na nią cała skomplikowana sieć rozmaitych językowych poruszeń i przesunięć, potwierdzeń i zakwestionowań. Z tej perspektywy tom Darń – obszerny i wielostylistyczny – jawi się jako kolejna odsłona tego pasjonującego wysiłku.


Marcin Baran

W chwili

 

W chwili, gdy oszukujesz, na niebo wypływają

czarno-szarosine chmury – jakby z wielkiej mątwy

żyjącej za nieboskłonem i trafionej ostrym pociskiem

w sam środek cielska wypłynęła cała substancja

w niej zgromadzona, jakby wielki zakraplacz wpuszczał

grafitowy atrament w biało-niebiesko-szary przestwór wody.

 

W chwili, gdy oszukujesz, w niebie rozlega się

żałosny skwir – jakby zatruta strzała trafiła

w samo serce wielkiego niewidzialnego łabędzia.

Ponieważ chmury i krzyk są tylko dla ciebie,

przechodzisz nad nimi do porządku dziennego,

bo nie potrafisz niczego poza dławiącym pragnieniem.

Artykuł pojawił się w numerze: Stwórz szałas na hałas