Subskrybuj
fot. Marcin Rutkiewicz / Reporter
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Moi mistrzowie. Mariusz Grzebalski

Co właściwie napisać o takim wierszu? Oszczędnym, opartym na trzech scenach, ograniczającym się do opisu tego, co w każdej z nich było najważniejsze?

Zacznę od tego, że ten wiersz ma swoją historię. Ukazał się kilka lat temu na łamach internetowego pisma „Helikopter”. Miał wówczas inny tytuł i inny kształt. Tytuł brzmiał: Fragment opowieści, a wiersz był podzielony na dwie numerowane części. Część pierwszą tworzył obecny tytuł wraz z obecną pierwszą strofą, część drugą – pozostałe dwie strofy. W samej treści utworu poeta wprowadził później zaledwie dwie poprawki, w pierwszym przypadku wyrzucając kilka słów, w drugim zaś – zmieniając ich kolejność. Ale zmiana całego układu jest znacząca. Stając się częścią nowego tomu, wiersz przeszedł metamorfozę. Nie sposób było pozostać przy tytule Fragment opowieści, skoro cały tom – zatytułowany Tylko kanarek widział (Wrocław 2024) – składa się z takich właśnie fragmentów. Również numerowanie poszczególnych części przestało mieć sens.

Nowy tom Mariusza Grzebalskiego oparty jest na zasadzie fragmentaryczności, ona organizuje jego układ, przesłanie i odbiór.

Wpisany w ten tom „program” można by odczytać tak: jeśli mówić o rzeczywistości, to tylko fragmentami, kadrując i nie dodając nic spoza kadru. Opisywać, powstrzymując się od komentarza.

Ta obiektywistyczna tendencja była obecna w twórczości Grzebalskiego od samego początku, jednak tu – takie przynajmniej można odnieść wrażenie – doprowadzona została do swoich granic. Nową książkę czyta się dobrze i niedobrze zarazem. Niedobrze, bo wydaje się, że jest oparta na jednym geście – właśnie powstrzymania, samoograniczenia, kontroli, wycofania siebie. Dobrze, bo kiedy zaakceptuje się ów gest, zaczyna się dostrzegać i doceniać otwierające się dzięki niemu możliwości.

Choćby to, że z podobną powściągliwością traktowane są zarówno aktualne obserwacje, jak i wspomnienia, że konkret dominuje i tam, i tu, i że tam i tu tak samo podmiot zdaje się tylko relacjonować, co widzi lub co kiedyś zobaczył – i nic poza tym. A to z kolei każe z pewną podejrzliwością traktować samą „metodę”. Czy można bowiem „zobiektywizować” nasze wspominanie? Czy nie jest tak, że nawet kiedy zapisujemy wspomnienia w postaci scen pozbawionych komentarza, to tak naprawdę zapisujemy coś już przetworzonego, coś, co „wycisnęliśmy” z przeszłości i zamieniliśmy w obraz znaczący, czyli metaforę? Czytając kolejny raz najnowszy tom Grzebalskiego – także ten wiersz, który tu przywołuję – myślałem o tym, że poeta celowo, „metodycznie” usypia naszą czujność. I że w poszczególnych, składających się na ów tom fragmentach jest coś w rodzaju subiektywnego „kleju”, który spaja je w całość. Nie chciałbym tego „kleju” nazywać ani nawet opisywać; istotna jest w nim na pewno komponenta moralna, można by też mówić o swoistej hierarchii emocji, które choć nienazwane, to jednak są wyraźnie wyczuwalne i rozpoznawalne. Można by rzec wręcz, że im bardziej poeta wycofuje siebie na pierwszym planie, tym więcej jest go w tle. Tak jak w cytowanym wierszu, gdzie obserwator zostaje na korytarzu, a jednocześnie – mimo zakazu – z ciekawością zagląda do środka sali.

To oczywiście nie pozostaje w zasadniczej sprzeczności z obiektywistycznym założeniem, raczej czyni całość ciekawszą, mniej przewidywalną.

Gdyby np. zapytać, jaka jest tonacja omawianego wiersza, to jakiej odpowiedzi moglibyśmy udzielić? Chłodna? Ironiczna? Na pewno nie. Sentymentalna? Może prędzej, ale to jeszcze nie to słowo. Ciepła? No, ciepła też raczej nie; obraz babci, która wywraca sobie powieki, żeby przestraszyć wnuka, trudno nazwać ciepłym. Z kolei w końcowym obrazie starszej kobiety, cierpliwie, przez całe tygodnie opiekującej się niedołężnym bratem, jest niewątpliwie coś heroicznego. Jak to wszystko połączyć? Prawdopodobnie nie da się tego połączyć jednym określeniem. Minimalistyczny sposób opowiadania oraz takie, a nie inne usytuowanie bohatera (kilkuletni chłopiec na wakacjach w obcym mieście) tworzą tu osobliwą mieszankę sentymentalno-heroiczno-humorystyczną. Wnuk dzięki tygodniom spędzonym u babci przechodzi swoiste wtajemniczenie – w starość, zmęczenie, cierpliwość, wierność, w życie i śmierć. Jak o tym opowiedzieć, żeby niczego istotnego nie zgubić?

Zwróćmy uwagę na drobny techniczny szczegół: każdą ze strof wypełnia jedno zdanie i w każdej, na końcu jednego z wersów, pojawia się w pewnym momencie pauza. Zdania, z których budowane są strofy, zostają w ten sposób przełamane na pół: jedna część jest dopełnieniem drugiej, dopowiedzeniem czegoś, jakby doprecyzowaniem. Te zdania są rzeczowe, ale zarazem długie, a powtarzające się pauzy nadają całości rytm charakterystyczny dla opowieści. Zastanówmy się, co by się zmieniło, gdyby w miejsce pauz pojawiły się np. kropki. Dłuższe zdanie ma zupełnie inną intonację, a więc także inną temperaturę. Widać to najlepiej w ostatniej strofie: po jednej stronie mamy zakaz, po drugiej – złamanie zakazu. Zakaz jest z oczywistych powodów krótki, zamykający. Dzięki jego złamaniu opowieść może się otworzyć, rozwinąć, obrosnąć szczegółami. Ale gdyby nie było zakazu, nie byłoby też pokusy, by go złamać. Gdyby między jednym a drugim postawić kropkę, granica byłaby wyraźniejsza, a tak jest przejście.

Piszę o tym drobiazgu, bo w tym przypadku składnia ma znaczenie: wiersz nie zamienia się w sekwencję szczegółów, w wyliczankę. Górę bierze duch opowieści, którą spaja wspomniany niewidzialny „klej”. A „doklejony” do innych utworów ze wspomnianego tomu wiersz ten znaczy jeszcze więcej.


Mariusz Grzebalski

Kiedy po pracy na drugą zmianę moja babka wracała zmęczona do domu

Kładła się na kanapie w salonie,
i wywijała na zewnątrz powieki,
żebym jej nie przeszkadzał –
wiedziała, że boję się
pomarańczowego spodu powiek.

To było w trakcie wakacji
w siedemdziesiątym piątym –
dzień w dzień punkt szósta
tłukliśmy się nabitym dwadzieścia dwa
do szpitala na Bałutach.

Kazała mi siedzieć na korytarzu
i nie zaglądać do sali –
nie słuchałem, patrzyłem,
jak dokładnie myła, goliła,
potem czesała i przebierała
swojego brata w czystą bieliznę,
bez słowa, do dnia, kiedy umarł.

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii