Subskrybuj
fot. Grzegorz Bogdał
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Moi, mistrzowie: Urszula Honek

Wartością nadrzędną wydaje się tutaj samo trwanie. Może to brzmieć jak paradoks: w końcu w wierszach Honek opowiada się przede wszystkim o odchodzeniu, żegnaniu, utracie, nieobecności. A jednak to trwanie – trwanie jako takie, jako przeciwieństwo wyczerpania i przemijania – wysuwa się w nich ostatecznie na plan pierwszy.

Zamieszczone obok dwa wiersze obrazki pochodzą z tomu Zimowanie (Poznań 2021), trzeciej książki poetyckiej Urszuli Honek. Cały zbiór składa się z takich drobnych utworów – jakby mikroopowiadań, szkiców czy zaczątków jakichś historii. Jest coś ujmującego w tym zaufaniu poetki do prostego zdania i obrazu szkicowanego kilkoma zaledwie pociągnięciami. Trochę na przekór dominującej dziś tendencji do komplikowania poetyckiego przekazu Honek sięga po środki skromne, nieefektowne. Czasem pozwala sobie na jakieś niewielkie zaburzenie, na dysonans, na żart, ale na ogół trzyma się rozwiązań najprostszych, najbardziej powściągliwych. Dlaczego to robi?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba je nieco przeformułować i zapytać: o czym poetka chce nam opowiedzieć? Jaki świat nam pokazać? Jaki sposób przeżywania tego świata zarejestrować? Kiedy we współczesnej poezji ktoś sięga po podobnie proste środki, na ogół mówimy, że chce uchwycić świat w jego pierwotności. Przy czym „pierwotne” może tu oznaczać zarówno to, co w świecie nas otaczającym jawi się jako „pierwsze”, „fundamentalne”, „źródłowe” (zapisuję te określenia w cudzysłowach, żeby wybrzmiały bardziej bezpośrednio, nie jak terminy znane z podręczników filozofii), jak i pierwszy świat konkretnego człowieka, pierwotne, czyli najwcześniejsze, ujęcie rzeczywistości, budowane z dziecięcych spostrzeżeń, przeżyć i przemyśleń. Niewątpliwie w wierszach Honek ta dziecięca perspektywa jest obecna. W niektórych staje się ona wręcz ostentacyjna, a nawet robi wrażenie stylizowanej: proste obrazki, na które patrzymy, wydają się nam znajome, jakbyśmy je gdzieś już widzieli… Ale przyjęcie takiej perspektywy ma, jak sądzę, prowadzić ku temu, co pierwotne w pierwszym z przywołanych znaczeń: kolejne historie odsłaniają stopniowo najistotniejsze elementy świata, w obrębie którego się rozgrywają. W tym szczególnie – decydujący o charakterze owego świata porządek wartości.

Wartością nadrzędną wydaje się tutaj samo trwanie. Może to brzmieć jak paradoks: w końcu w wierszach Honek opowiada się przede wszystkim o odchodzeniu, żegnaniu, utracie, nieobecności. A jednak to trwanie – trwanie jako takie, jako przeciwieństwo wyczerpania i przemijania – wysuwa się w nich ostatecznie na plan pierwszy. Trwaniu służy tytułowe zimowanie: stan uśpienia, wyczekiwania, gromadzenia energii (choć akurat sam wiersz zimowanie, od którego tytuł wziął cały tom, mówi o czymś innym). Trwaniu służy nawet śmierć, często w tym tomie opisywana: ukazywany świat to świat, z którego stale ktoś ubywa, ale też świat, w którym nie ma pustych miejsc. Ludzie opuszczają domy, lecz przecież „dom” to nie tylko dach i pokoje, to także całe otoczenie, które trwa mimo opuszczenia: rośnie, kwitnie, owocuje. Miejsce po tych, którzy zniknęli, zajmują zwierzęta – tu konkretnie wspomniane lisy, w tytule wiersza żartobliwie nazwane „witalisami”, co skądinąd przenosi nas do bajek czytanych w dzieciństwie. Ale też inni ludzie, gotowi dbać o to, co porzucone, i korzystający z owoców, które się pojawią. Z tej perspektywy poezję Honek można czytać – i chyba często tak jest odczytywana – jako poezję ziemi czy poezję natury: natura nie zna przerw, prawa własności i niepotrzebnych przebiegów.

###banner###

Choć oczywiście jest to też poezja większych i mniejszych ludzkich tragedii. Te tragedie rozgrywają się w szczególnym środowisku: w społeczności, w której zmiany cywilizacyjne jeśli następują, to powoli, niemal niezauważalnie. Nie ma tu śladu polityki ani nawet historii – omijają to ubocze, nie mają wpływu na los jego mieszkańców, może jedynie taki, że niektórych z nich skuszą perspektywą wyprowadzki. Tak zresztą usytuowana jest bohaterka tego tomu: jest trochę „stąd”, a trochę nie. W jednym z wierszy (z oddali) mówi o tym wprost: zdarza jej się śnić sen przenoszący ją w młodość, w czasy gdy w niedzielę chodziło się na spacery w stronę cmentarza, a obok biegły psy niosące w pyskach zniszczone zabawki albo „piłki / wyprute z powietrza”. Przebudzona – nie wie, gdzie właściwie jest: tam czy tu. Przy czym to „tam czy tu” jest wieloznaczne: może chodzić nie tylko o miejsce na ziemi, o „kiedyś” i „teraz”, ale też o jawę lub sen, o życie lub śmierć. Honek lubi opisywać – czy raczej ewokować – taki stan niepewności, tajemniczości, zawieszenia między jedną rzeczywistością a drugą. Tak przecież jest też w witalisach: nie wierzymy, że to lisy zapalają, a potem gaszą za sobą światło w opustoszałym domu, choć właściwie – dlaczego nie? Czy zmarli nie mogą powracać pod inną postacią? A w feeriach – co właściwie stało się z państwem K.? Co oznacza sznur widoczny na strychu? Czy ich tajemnicze zniknięcie ma z nim jakiś związek? I dlaczego sąsiad zajmuje się porzuconym sadem, ale do domu nie zagląda?

Wiersze obrazki z tomu Zimowanie można potraktować – powtórzę – jako zapowiedź czegoś więcej, jako zbiór historii, które aż proszą się o rozwinięcie; Urszula Honek na początku tego roku wydała zresztą zbiór opowiadań zatytułowany Białe noce (Wołowiec 2022) i znajdziemy tam podobny nastrój, podobną scenerię i podobnych bohaterów. Ale można też poprzestać na tym, co te poetyckie miniatury nam oferują, docenić ich oszczędność i prostotę rysunku. Jest w nich sporo niepokoju, to prawda – i oszczędność oraz niedopowiedzenie pracują na jego rzecz. Ale jest też wdzięk szkicu nierobionego pospiesznie, będącego efektem dłuższego namysłu nad tym, co widziało się i co przeżyło, kiedy było się dzieckiem. I co stało się z tamtym widzeniem, kiedy już przestaliśmy być dziećmi.


Urszula Honek

feerie

na strychu państwa K. zwisał przymocowany
do lampy sznur. w drodze do szkoły codziennie
wpatrywałam się w okno z nadzieją, że się poruszy.
matka nie umiała wyjaśnić, dokąd wynieśli się państwo K.
i czy mieli zwierzęta i dzieci. w grudniu sąsiad bielił
drzewa owocowe w ich ogrodzie, a w porze zbiorów woził na taczkach
śliwki, jabłka i czereśnie.

 

witalisy

dopiero po ich śmierci lisy wykopały dwie nory
tuż obok domu. w nocy dostają się do środka
i przeczesują każdy pokój.
wskakują na łóżka i jak psy zwijają się w kłębek.
wylizują słoiki po dżemach i puszki po konserwach.
drugą noc z rzędu się świeciło, szepcze do słuchawki sąsiadka.
nad ranem wracają do zimnych nor,
wszędzie gasząc światła

Artykuł pojawił się w numerze: Rebecca Solnit. Głos oporu i nadziei