Subskrybuj
Ilustracja: Katarzyna Surman
Z wykształcenia humanistka, z pochodzenia proletariuszka. W dzieciństwie lubiła grać w piłkę (jako napastniczka), oglądać Króla Lwa i chodzić do kościoła. W dorosłym życiu lubi spać, oglądać stare filmy i słuchać soulu z lat 60....

Moje najlepsze wakacje 

– O co gramy? – zapytał Antek.

– O to co zawsze, kto ma gorzej – odpowiedziała Weronika.

– Raz, dwa, trzy! – Antoni zaserwował.

Wszyscy rozpierzchli się już dawno. Tylko ja podziwiałem najlepszy forhend Weroniki w życiu, top spin w stylu Nadala. Antoni leżał na korcie znokautowany. Jego oko podbiegło krwią. Granatowiało i czerwieniło się jak niebo nad nimi. Zerwał się wiatr, ten ciepły, drżący wiatr. Szła burza, musieli uciekać.

I

Latem przyjechała pani Weronika. Ostatniego dnia roku szkolnego wysiadła na sparciałym przystanku PKS. Po lewej stronie rozciągało się seledynowe pole, a po prawej gęsty las. Szafirową ścianą zbliżała się do niej czerwcowa burza. Nigdy nie potrafiła odróżnić złości od smutku, dlatego kiedy szła z torbą przewieszoną przez ramię, choć mama mówiła: kup sobie taką zwykłą na kółkach, nie będziesz musiała dźwigać, nie wiedziała, czy jest zła czy smutna. Plecak jej ciążył, mimo że przez ostatnie trzynaście lat nauczyła się szybko pakować, nie gromadzić rzeczy. Klamoty wybijały takt rozpadu. Melodię, która drażniła jej uszy.

Musiały się rozstać, to było nieuniknione. Ich miłość przemieniła się w spektakl bezmyślnych zranień. Ale Weronika nie znała innego życia. Ona była jej życiem. Jej sprawy, marzenia, jej nieustanny ruch. Zatrzymała się na skraju jakiegoś gospodarstwa i zwymiotowała. Poczuła w bucie kamień i zadrżała z irytacji. Lub smutku. Takiej letniej drogi, pokrytej starym asfaltem wypłowiałym od słońca, chropowatej i zarośniętej chwastami, nie widziała od lat. Od ich pierwszych wspólnych wakacji. Od drobnych sentymentów dygotała. Zmęczona nieustannym nazywaniem, powiedziała sobie: „Zamknij się”, i to zadziałało, zamiast siebie usłyszała w końcu świat.

Z naprzeciwka zbliżał się do niej na rowerze bardzo piękny mężczyzna. W jego efektowności było coś nadnaturalnego, niemal lśnił. Drałował po szosie, jakby należała do niego. Nawet nie drgnęła, kiedy zrozumiała, że jedzie wprost na nią. Zdążył się zatrzymać, ale sama potencjalność zderzenia sprawiła jej przyjemność. W ogóle się go nie bała, czekała na nie.

– Potrzebujesz pomocy? – zapytał dziarsko.

Rozbawiło ją to. Zdjął okulary i wytarł spoconą twarz. Był naprawdę piękny. Zaskoczyła ją własna odpowiedź na jego pytanie. Powiedziała po prostu „tak”.

– Tak, próbuję dostać się do podstawówki w Wolinie Dolnym.

– Czekaliśmy na ciebie – powiedział. – Jestem Antek! – Wszystko mówił w sposób tak raźny i miły, że wydawał się jej jak z kreskówki. – Dzwonił pan Robert, że ktoś rzyga mu przy posesji.

Weronika spojrzała na niego i powiedziała:

– Jestem Weronika! – trochę go przedrzeźniając. – A ty jesteś miejscowym szeryfem?

Chłopak roześmiał się, wyraźnie dumny. Przywiązał torbę do ramy, a jej wskazał bagażnik. Nie jeździła tak od podstawówki. Widziała przed sobą jego spoconą głowę, na której siwiały się jasne, krótkie włosy. Na karku stały dęba. Miała ochotę w nie dmuchnąć. Bez oporu usiadła w rozkroku na bagażniku. Tego poranka poczuła więcej niż przez cały ostatni rok. Niech jedzie szybko, myślała, niech pędzi po pustej, dziurawej szosie.

– Trzymaj mnie mocno – powiedział – będę jechał wolniej.

Nie zwróciła uwagi, że czyta jej w myślach. Chwyciła go w pasie, naprawdę mocno, poczuła jego zapach. Pełny, chłopięcy zapach wakacji. Nie było w niej skrępowania. „Zmieniłam się”, pomyślała, kiedy ruszyli. Kiedyś nie zniosłaby dotyku obcej osoby, mężczyzny. Teraz czuła jego pot, mięśnie jego brzucha pod palcami, wbijała w niego paznokcie i czuła się dobrze, prawie dobrze. Nadchodząca burza zniknęła, a słońce, mimo wczesnej godziny, podpiekało ich bezwzględnie. Chłopak coś do niej mówił, lecz ani go nie słuchała, ani nie słyszała. Było jej tak dobrze, że prawie zasnęła.

– Proszem paniom!!! Szymon się kopie! Weronika uśmiechnęła się bez smutku. Przez cały rok uśmiechała się tylko tak, więc mięśnie jej twarzy, zaskoczone, nie zdążyły z reakcją. Wykrzywiła się dziwnie i poczuła ból. Minęło ponad dwadzieścia lat, odkąd skończyła podstawówkę, a jakiś Szymon zawsze „się kopie”. Tylko przez chwilę rozważała, żeby powiedzieć małemu donosicielowi, że tak się nie mówi. Ale po co to psuć, zaburzać naturalną kolej rzeczy. Poprosiła Szymona, żeby przestał kopać kolegę, i to zadziałało.

Antoni pożyczył jej swój stary rower. Naoliwił go, zmienił siodełko na damskie, obniżył kierownicę i zamontował bidon. Nie pamiętała, dlaczego przestała jeździć na rowerze, ostatni raz robiła to może w liceum. Na początku bolały ją uda, nogi, cipka, ramiona i kark, jednak po dwóch tygodniach jej ciało zaczęło współpracować.

Jeździła z małą grupą dzieciaków na wycieczki rowerowe, przygotowywali pikniki, letnie kanapki i kompoty, oglądali filmy w południa bajkowe. Wystawiali prace malarskie namalowane stopami, rzeźbili w szarym mydle i sprzedawali rodzicom biżuterię z tego, co znaleźli w lesie. Nie była zbyt kreatywna, ale to, co robiła, wystarczało. W niczym i tak nie będziesz dobra, dudnił jej w głowie głos byłej dziewczyny. W niczym. Nic ci się nie uda. I kiedy jakaś Zosia mówiła jej: „Proszę pani, nie udało mi się”, odpowiadała, że świetnie skleiła te patyki.

Antek przyjeżdżał do nich rano i prowadził gimnastykę, najczęściej taniec. Dzieci go uwielbiały, bo pozwalał im niemal na wszystko i tańczył gamoniowato. Potem jechał „załatwiać” sprawy, o które Weronika nigdy nie pytała. Nie chciała krępować go tym, że wie, że nic nie robi. Za szkołą stał nieużywany kort tenisowy.

– Nie mam z kim grać – powiedział już pierwszego dnia – a bardzo to lubię.

– Ja z tobą zagram – odpowiedziała Weronika.

Na początku przyglądała mu się podejrzliwie. Antek był niby stąd, niby od wszystkiego, ale Weronika zorientowała się szybko, że po prostu się snuł. Jego ojciec stąd pochodził, on był jakimś menadżerem w Warszawie, a potem wrócił opiekować się ojcem, który umarł, i tak został, mimo że od pogrzebu minął rok. Nigdy się nie skarżył, nie marudził. Nigdy nic go nie bolało, nie narzekał na pieniądze, na wieś, na pracę, na ludzi, na hałas, na ciszę, na brud, na czystość, na nic. Zawsze był chętny do pomocy. Weronika była więc podejrzliwa.

– Mało mówisz. Tylko o książkach można z tobą pogadać – rzucił Antek, kiedy zbierali się z kortu. – Nic cię nie interesuje? Żadna wojna, polityka, sejm, sejmik województwa, rada miasta? Żaden kryzys, żadna utopia?

– Nic mnie nie interesuje. I ciebie też nie – powiedziała, wsiadając na rower, a on nie zaprzeczył.

Ich letnia rutyna uspokajała ją. Rano jechała rowerem do szkoły. Po tańcach rozgrzane i zmęczone porankiem dzieciaki dawały obłaskawić się prostymi zabawami i rozmowami. Nigdy nie udawała, że wie więcej, niż wiedziała. Popołudniami wracała do agroturystki „Pod Lipami u Jana” i jadła zupę. Udawała, że nie ma w niej mięsa. Nie chciała robić problemu. „Zawsze robisz problem”, słyszała głos swojej byłej dziewczyny. Czytała, leżąc na wysokim łóżku, aż do przyjazdu Antka, który pytał: „Zagramy?” Nigdy nie odmawiała. Znudzona, fantazjowała o ich romansie, ale kiedy jego głowa pojawiała się w drzwiach jej pokoju, myślała o wysiłku, jakiego wymaga flirt. Im lepiej go znała, tym wyraźniej widziała, że jego piękno jest już pęknięte, a jego dziarskość rozpływa się, kiedy jest zmęczony. Wystarczyło odgarnąć czuprynę, a tam już czaiły się zakola. Siwiał na karku i skroniach. Psuł mu się ząb, rósł brzuch. Widziała to i w swoim ciele, które tak długo było nieużywane. „Nie dbasz o siebie”, słyszała głos swojej dziewczyny.

Ich mecze, zawsze długie i ekscytujące, ściągały nas na widownię. Uwielbiałem patrzeć, jak grają. I nawet kiedy wszyscy inni już się nudzili, ja zostawałem do końca. Czasem grali tak długo, bo zamiast grać, rozmawiali. Siadali po przeciwnych stronach siatki i opowiadali sobie swoje życia. Kłócili się głośno, rzucając w siebie przekleństwami, które mnie zawstydzały, albo szeptali przez siatkę jak przez drobne kratki konfesjonału. Dojrzali dla nas, dla siebie jeszcze bardzo młodzi, zbliżali się i oddalali, jak podczas gry. Wracali zmęczeni. W piątki Antek opróżniał skrzynkę piw ze sklepu „U Basi”. Weronika zostawała przy nim, dopóki nie zasnął, a czasem zasypiała obok, by wybudzona nad ranem rozmowami ptaków, wypełzać po cichu z duchoty jego sypialni i pijanych snów. On śnił o swoim ojcu, ona o swojej dziewczynie. Ich ciała sztywniały i nie było w tym nic erotycznego.

O tym, że Antoni opiekował się chorym ojcem, nie dowiedziała się od niego. To krążyło gdzieś tam. Miejscowi nie mówili „do niej”, tylko raczej „przy niej”. O to, dlaczego ona tu, zapytał dopiero Antek.

– Dziewczyna mnie zostawiła.

Nie drgnął mu żaden mięsień. Była wyczulona na te drgnięcia, wstrzymany oddech, szarpnięcia głową. Niekontrolowane i jednoznaczne. U Antka nie pojawiło się nic.

– Przykro mi – odpowiedział. Dziewczyna mnie zostawiła. Tylko dziewczyna mnie zostawiła. Dziewczyna. Czterdziestoletnia kobieta. Odeszła. Dziewczyna mnie zostawiła. Życie, rozpychane w ciasności życie, budowane trzynaście lat rozpadło się w tydzień. Nie mogłyśmy dłużej być razem. Dziewczyna ode mnie odeszła. Nic się nie stało, nie ta to kolejna. Rozstałam się z dziewczyną, dziewczyna mnie zostawiła. Dziewczyna? No, przecież nie żona. Żadnych rozwodów, alimentów, kilka (trzy) toreb z Ikei wypełnionych przedmiotami. Wracam do matki. Dziewczyna mnie rzuciła.

II

Temperatura tego lata nie spadała poniżej trzydziestu stopni. Wydawało się, że już nigdy nie spadnie, i może tak właśnie się stało. Nawet późnymi wieczorami ciała Antka i Weroniki wydalały słony, kwaśny pot. Wiedziała, że żołądź prącia, wewnętrzna część napletka, warg sromowych mniejszych i części dolnych oraz macierz paznokcia to jedyne miejsca na skórze, które nie wydzielają potu. Trudno było jej w to uwierzyć, kiedy mokra jak po deszczu, schodziła z kortu.

Lato mijało i jak zawsze musiało dopełnić swoich liturgii. Weronika, do tej pory nieczuła na przyrodę, zauważyła jej zdziwaczenie. Rośliny nie mogą migrować, więc rosły coraz wyższe, aby się ochłodzić. Gdy rosną w górę, ich łodygi stają się dłuższe, liście kurczą się i rosną dalej od innych roślin. Starzeją się coraz szybciej, ich drobne ciałka się degenerują. Liście żółkną w piekielnych upałach. Czuła, że nie tak powinny teraz wyglądać drzewa, plony na polu, ogródkowe rabaty spektakularnie szykowane. Nie znała ustawień fabrycznych świata, który ginął na jej oczach, ale nie miała wątpliwości, że coś się zmieniło. Noce stawały się jaśniejsze, tak jakby dni nie chciały się skończyć. Świat wypadł z kolein.

Grali na poważnie, bo oboje byli niepoważni. Fatalni w tenisa, co nie przeszkadzało im nosić frotek i pokrzykiwać przy bekhendach. Wyglądali jak rodzeństwo, mieli ten sam kolor włosów, tak samo się kręciły. Mieli pełne usta i opalali się na łagodny brąz. Dotykali się i patrzyli na siebie bez pożądania. Weronika nadal chciała mu się podobać, sama nie wiedziała po co. Podobać i odmówić, ukrócić jego zaloty, odrzucić awanse. Powiedzieć: „Nie, Antoni, nie możemy”. Z nudów i przyzwyczajenia pytała go o romans. Już nie złościły jej jego uniki, w przeciwieństwie do tego, że nie dawał jej forów. A jednak wciąż mieli remis. Mimo że miał dłuższe ramiona, silniejsze nogi i ręce, kiedy serwował, często odrzucało ją z kortu. A jednak była szybsza, wytrzymalsza i po prostu mądrzejsza. Słabość powodowała, że musiała się bardziej starać.

I tak mijało jej lato. Każdego dnia robiła to samo. Oglądała stare filmy, na które nie miała do tej pory czasu, i zasypiała tuż po czołówce. Budziła się na napisach końcowych i wyłączała laptop. Wstawała rano i jechała do szkoły. Rozciągała się, obolała od gry i roweru, czekając na dzieci. Czasem przychodziło tylko dwoje. W weekendy jeździła z Antkiem lub sama na dłuższe wycieczki, do innych wsi i lasów. Od dwóch dekad nie była tak zmęczona jak tego lata. Przestała palić, przestała pić, przestała mówić, przestała śnić o torbach z Ikei wypełnionych ułomnymi przedmiotami wspólnych lat. Przytarganych, a potem wytarganych z czwartego piętra krakowskiej kamienicy bez windy, które wszystkie od razu wylądowały w śmietniku. Spocona i wściekła lub smutna, zostawiła dobytek życia pod śmietnikową wiatą. Nie chciała stamtąd nic. Przestała słyszeć obijające się o jej mózg wyrzuty, pretensje, szarpnięcia, a bo ja, a bo ty, kłamstwa, poniżające przytyki do siódmego pokolenia wstecz. Śniła tylko o seledynowym polu, które zobaczyła od razu po przyjeździe. Nieludzkim, a przez to dobrym, seledynowym polu.

Każdego dnia myślała o niej trochę mniej. Puszczało ją. To, co czuła, puszczało. Jej ciało odpuszczało. Narkotyczny zapach rozżarzonej przyrody opętał ją i osłabił. Mięśnie po kolei flaczały, a od gry w tenisa na nowo stawały się napięte, gotowe. Kiedy spała obok Antka, myślała o jego żonie. „Tylko tutaj czuję, że żyję”, mówił jej przez telefon. Ciekawe, czy wiedziała, że kłamie. Był martwy. W łazience ściągał te niepoważne spodenki i przyglądał się swojemu penisowi. Ona sama dotykała swojego ciała. Ono wracało. Opalało się na brąz, twardniało. Nabierało kształtu, za którym tęskniła.

– Po co tu przyjechałeś? – zapytała po drugim secie.

Antek zdjął niedorzeczną frotową opaskę z czoła.

– Przecież wiesz, opiekować się tatkiem.

Weronika miała ochotę nim potrząsnąć, tym stale uśmiechniętym filarem lokalnej społeczności. „Opiekować się tatkiem”, przewróciła oczami, nie mogła już tego słuchać.

– To po co w takim razie zostałeś?

Jego oczy wreszcie pociemniały. Nie umiał ukryć gniewu, filar lokalnej społeczności. Postanowiła go nie oświecać. Nie mówić mu, że patrzą na niego tak samo jak na nią, jak na odmieńca. Pozwalała mu wierzyć, że jest dla nich opoką. Że jego jeżdżenie na rowerze, naprawianie komputerów i drukarek to dar dla tych ludzi.

– Musiałem go przewijać – zaczął nagle. – Nie brzydziło mnie, nie było wyzwaniem. Ani mycie, ani ubieranie. Ale ojciec miał przerośniętą prostatę, raka jąder, małego, zmarszczonego penisa i patrzenie na niego było dla mnie trudne. Jednego wieczora podszedłem do niego z poduszką, był już mały, cienki, tonął w pościeli. Skinął głową, ale kiedy zrobiłem krok do przodu, popatrzył na mnie przerażony. Może nie, może to ja byłem przerażony. Nie dałem rady. Wszyscy wiedzieli, że ojciec to kwestia paru dni, pogrzeb przygotowany, buty kupione, trumna zamówiona. Pochowałem go już, zapłaciłem nawet, a i tak nie potrafiłem tego zrobić.

– Zapłaciłeś za pogrzeb ojca, kiedy jeszcze żył?

– Nie lubię odkładać rzeczy na ostatnią chwilę. – Uśmiechnął się. To był jego najpiękniejszy uśmiech. – A ty?

– A ja do ostatniej chwili wierzę, że wszystko może się zmienić. Nawet kiedy już świat wali mi się na głowę i ledwo dyszę pod jego naporem, nadal czekam.

– I co, zadziałało kiedyś to czekanie?

– Nigdy.

– Dlaczego twoja dziewczyna odeszła?

– Bo wolała być z kimś innym.

– Co ci po niej zostało?

Osobliwe rzeczy działy się na niebie. Czarne ptaki latały nisko i skrzeczały. Niebo zmieniało kolory i robiło się gęste jak szarawy budyń. Wiatr stanął. Wszystko, oprócz tych ptaków, ucichło.

– Nic. PlayStation i cztery akwarele, na których są moje piersi. Bardzo je lubię, akwarele.

– Swoich piersi nie?

– Nie zrozumiałbyś.

– Spróbujmy.

Weronika przypomniała sobie nagle, że jest nieufna. Znali się krótko. Odbijała piłkę z zawziętością, z którą kłamała na temat swojego związku. Nikomu nie powiedziała prawdy. Nikt nie wiedział, że było źle. I nagle stała na korcie tenisowym w Wolinie Dolnym, w upale zmierzchu, naprzeciwko obcego mężczyzny, któremu mogła powiedzieć wszystko. To było najdłuższe lato w jej życiu, podobne do wakacji w dzieciństwie, które wydawały się jej bezkresną rozkoszą. Zdecydowała, że znają się długo.

– Spróbujmy. Ja ci powiem prawdę i ty mi powiesz prawdę.

– A może – zapytał Antek – powiemy sobie nieprawdę?

Pozazdrościła mu świetnego pomysłu, skinęła głową. Zaczął opowiadać:

– Mój ojciec był sprzedawcą barachła z ceraty rozłożonej na dzikim targowisku, co było już wtedy nieopłacalne i wstydliwe. A potem był już seryjnym rencistą z pomysłami na coraz to gorsze biznesy. Jako dzieciak bardzo go kochałem, podziwiałem nawet. Matka była jak posąg, tak samo piękna, zimna i nieobecna. Z miesiąca na miesiąc pozbywała się swoich pięknych kreacji, ale i tak do samego końca wyglądała elegancko. Mówiono mi tak, bo nie było mnie przy niej. Ojciec po raz pierwszy był jej potrzebny. Po śmierci matki ojciec się rozchorował. Opiekowałem się mężczyzną, dla którego w dorosłości miałem tylko irytację i pogardę. Tylko kiedy oglądałem jego zarośnięte, wielkie, spuchnięte jaja, było mi go żal.

– Zostawiła mnie kobieta, z którą spędziłam trzynaście lat. Rozbijała bank, pięła się i poznawała ludzi, tak ją to zajmowało, że nawet zerwać jej się ze mną nie chciało. Poudawać, że po tylu latach ma to jakiekolwiek znaczenie. Że mnie kochała. Patrzyła obojętnie, jak się pakuję, a kiedy płakałam, mówiła, żebym „nie psuła atmosfery”. Stałam na środku naszej sypialni, wypełnionej przedmiotami, które dla nas wybrałam, zapachami naszych ciał, i nie wiedziałam, co mam zabrać. Powiedziała: „Weź, co chcesz”. A jedyne, co przyszło mi do głowy, to zabrać przyprawy. I tak nigdy nie gotowała. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia, bo przecież zawsze ją wspierałam i byłam dla niej dobra. Ona mnie zdradzała, zostawiała w tyle, a kiedy pluła mi w twarz, mówiłam, że kocham ciepły letni deszcz. Nie wpłynęło to w żaden sposób na moją dumę. Nie sprawiło, że czuję się nikim. Wystarczało mi, że ona, lepsza ode mnie we wszystkim, zasypia obok w większość nocy i że raz w miesiącu po kolejnej łzawej awanturze pyta, co u mnie w pracy. Nie zostawiłam jej, bo kiedy się kogoś kocha, zawsze, ale to zawsze się o niego walczy. Moja walka była heroiczna i piękna.

Antek odbijał piłeczkę o kort z całej siły, aż w końcu odskoczyła. Stali przy siatce, blisko, na wyciągnięcie swoich dłoni. Przyglądali się sobie w sobie, mylili się sobie.

– Nie zdążymy przed burzą – powiedziała Weronika.

– Spróbujmy. Nie przeżyłaś jeszcze burzy tutaj.

– To prawda. Pierwszego dnia, kiedy się spotkaliśmy, zbierało się na burzę. Było duszno i sucho, ziemia trzeszczała jak łamana kra. Chmury były tak nisko, jakby miały spaść. A potem przeszła. Przeszła bokiem – odpowiedziała Weronika.

Wrócili do gry z zacięciem, po raz pierwszy od dawna podnieceni rywalizacją. Nad kortem tenisowym zebrały się jak na przyśpieszonej taśmie granatowe ciężkie chmury. Zawisły nad nimi, ale oni zawzięci w walce, po raz pierwszy od dawna podnieceni rywalizacją, nie zauważyli tego, że zniknęło z ich świata całe światło. Dookoła nich położyła się ciężko gęsta cisza i słychać było tylko uderzenia piłeczki tenisowej o kort. Czerwona mączka rozbryzgiwała się przy każdym uderzeniu. Nie mogłem oderwać wzroku od tej potyczki. To był wielki mecz.

– Czego od niej chciałaś? Od swojej dziewczyny? – zapytał Antek, kiedy przegrał seta.

– Nagrody za trwanie. Za bycie Penelopą. Antek pokiwał głową. – Nie dają takich nagród – Weronika odpowiedziała sama sobie. – Nie odeszłam, bo wierzyłam, że wszystko się zmieni.

– Tęsknisz za nią? – zapytał Antek.

– Nie. – Ta odpowiedź zaskoczyła ją samą. Nie tęskniła za nią. Nie tęskniła za ani jedną, drobną rzeczą z tych, które tak w niej kochała. Za ani jednym dobrym porankiem, za żadnym z jej dotyków. Nie, nie tęskniła za nią. Tęskniła za sobą.

– A ty? Tęsknisz za ojcem?

– Nie tęsknię za ojcem.

– Bo był tak ważny? – pyta Weronika, a Antek prychnął jak mały, niezadowolony chłopiec.

– Nie, dlatego że był nieważny.

Weronika zazwyczaj nieźle wyłapywała ironię, podstawową broń na wyposażeniu własnej generacji, niemądrej, dziecięcej zabawki, która zamiast osłaniać, obnażała. Ale tym razem nie dała rady.

– A jednak nie umiesz sobie wybaczyć, że go nie zabiłeś, tak jak prosił.

– Ja nawet nie wiem, czy prosił. Taką historię ułożyłem. Coś tam stękał o śmierci, ale to był bełkot. Chciałem go zabić, bo mnie wykańczał. Chciałem go zabić z litości nad nim, tak, jasne, lecz też nad sobą. Nie dałem rady. To byłoby jednak morderstwo.

– Beznadziejna wymówka.

– Tak jak i twoja, Penelopo. „Wszystko może się zmienić”? Lubisz wielkie słowa. Zignorowała ten przytyk.

 – Dziewczyna mnie zostawiła, zabrała Ola. Zabrała ze sobą psa, któremu wymyśliłam imię. To pierwsza istota, którą nazwałam. Tego dnia, kiedy do nas trafił, kochałyśmy się długo, a potem leniwe i nagie oglądałyśmy Psy na DVD. Dostałam je na nową drogę życia. Żebym potem nie mówiła, że…

– To zła kobieta była.

– Zabrała mi psa. A ja zabrałam playstation. Nie jesteśmy nawet kwita. Jeszcze jeden set, prawda? – zapytała Weronika, a Antek kiwnął głową.

Widownia rozpierzchła się. Czerwona mączka rozpylała się pod mocnymi uderzeniami i osadzała na ich jasnych butach i spodenkach. Głuche uderzenia, a wokół upiorna cisza. Granatowe niebo, gotowe na to, żeby zwalić się na nich fałdą chmur i ciemności, i pot, który zlepiał ich kręcone włosy, spływał po rozgrzanych plecach aż do pośladków, który tworzył mokre, czyste plamy pod pachami i czyste ruchy ich ramion i nóg.

– Odkąd ojciec umarł, nie mam wzwodu. Nic nie pomaga. W moich snach czasem mam penisa mojego ojca. Tego zwiotczałego, pomarszczonego i owłosionego członka, na którego patrzyłem codziennie przez sześć miesięcy. Po każdej takiej nocy zaglądam sobie w gacie, bo nigdy nie mam pewności, że to nieprawda.

– To minie – powiedziała Weronika. – Widziałam, jak zaglądasz sobie w gacie.

– A ja widziałem, jak dotykasz tych namalowanych piersi. Jesteś dziewczynką z zapałkami, która boi się ognia.

– Jesteś chłopczykiem w za ciasnych gaciach.

– Boisz się!

– Ty się boisz!

Wcale nie wyglądali na złych. Podskakiwali spoceni i zmęczeni. Już kurz podnosił się z ziemi, już temperatura gwałtownie się podnosiła. I to wtedy pani Weronika wykonała ten doskonały top spin. Pan Antek leżał zamroczony, kiedy nadszedł ten moment, to uderzenie gorąca przed burzą. Nie zdążyli. Wrócili do domu Antka przemoczeni i zasnęli przytuleni do siebie.

Nikt nie odprowadził ich potem na przystanek PKS, nikt im nie machał na pożegnanie ani nie płakał. Byłem tam tylko ja. Schowałem się za drzewami. Nie pamiętam, skąd przyjechali, nie wiem więc, dokąd wracali. Wyglądali jak brat i siostra, z toreb wystawały im rakiety tenisowe. To były moje najlepsze wakacje. Aż do następnego roku, kiedy pojechałem na obóz żeglarski.

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii