– O to co zawsze, kto ma gorzej – odpowiedziała Weronika.
– Raz, dwa, trzy! – Antoni zaserwował.
Wszyscy rozpierzchli się już dawno. Tylko ja podziwiałem najlepszy forhend Weroniki w życiu, top spin w stylu Nadala. Antoni leżał na korcie znokautowany. Jego oko podbiegło krwią. Granatowiało i czerwieniło się jak niebo nad nimi. Zerwał się wiatr, ten ciepły, drżący wiatr. Szła burza, musieli uciekać.
I
Latem przyjechała pani Weronika. Ostatniego dnia roku szkolnego wysiadła na sparciałym przystanku PKS. Po lewej stronie rozciągało się seledynowe pole, a po prawej gęsty las. Szafirową ścianą zbliżała się do niej czerwcowa burza. Nigdy nie potrafiła odróżnić złości od smutku, dlatego kiedy szła z torbą przewieszoną przez ramię, choć mama mówiła: kup sobie taką zwykłą na kółkach, nie będziesz musiała dźwigać, nie wiedziała, czy jest zła czy smutna. Plecak jej ciążył, mimo że przez ostatnie trzynaście lat nauczyła się szybko pakować, nie gromadzić rzeczy. Klamoty wybijały takt rozpadu. Melodię, która drażniła jej uszy.
Musiały się rozstać, to było nieuniknione. Ich miłość przemieniła się w spektakl bezmyślnych zranień. Ale Weronika…