Piszę o książce Wiesława Myśliwskiego, żeby się z niej wydostać, a właściwie nie tyle z książki, ile z życia bohatera. Życie książkowe czyhało na mnie, żeby mnie wciągnąć i nie puścić, dopóki się nie wypowie. Pożyć czyimś życiem jak swoim, przecież zdarzało mi się to czasem, kiedy jakaś historia mnie wciągała, mnie – historyka od metodycznych analiz. Z łatwością wydobyłbym się z Ucha Igielnego, gdyby nie nitki sieci, którą stworzył autor. Książka, co prawda, przestrzega przed zaplątaniem się w czyjąś opowieść: „Kiedy człowiek wysłucha czyjegoś życia, nie może się już z niego potem wydobyć”. Nie pomoże jednak taka przestroga, ponieważ skrywa też pokusę, by jednak spróbować. W dodatku książka mówi również coś przeciwnego, że dobrze jest się wciągnąć, wplątać, wżyć w inne życie. Bez ukrytego powodu autor nie żyłby jakąś fikcją, tylko…
Ale nie mogę dopowiedzieć tego zdania, nie mogę dopisać antytezy, bo zabrzmi fałszywie, choćby pasowała do retorycznego porządku. Jak mógłbym fikcji przeciwstawić „realność” albo „własne życie”, skoro w Uchu Igielnymte pewniki, te oczywistości podważa sama narracja? Żyjemy realnością? Posiadamy własną biografię? A może jedynie pragniemy…