Za co można ją kochać? Za epicką, ale przejrzystą i pozornie prostą prozę, mocny publicystyczny głos na temat reprezentacji różnorodnych perspektyw literatury, żarliwe zaangażowanie w walkę o prawa kobiet, niebanalny styl, ponadprzeciętne poczucie humoru, błyskotliwość, witalność i werwę. Jednak sporo można jej też zarzucić – transfobiczne komentarze, branżowy spryt balansujący na pograniczu populizmu, kapitalizowanie spraw, o które toczy się realna polityczna walka.
W 2003 r. w rozmowie dla jednego z magazynów literackich Adichie powiedziała: „Po prostu piszę. Muszę pisać. Lubię mówić, że to nie ja wybrałam pisanie, ale pisanie wybrało mnie. To może brzmieć odrobinę baśniowo, lecz czasem wydaje mi się, że moje pisanie jest czymś większym niż ja sama” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu własnym, o ile nie zaznaczono inaczej). Ten cytat błądzi po sieci głównie w kontekście siły pisarskiego imperatywu. Ale dla samej autorki okazał się proroctwem. Jej pisarstwo jest już nie tyle kultowe, ile wiralowe, a ona sama zamieniła się w świetnie prosperującą luksusową markę. W Lagos jest równie rozpoznawalna jak prezydent, jej powieści są zaś w Nigerii obok Biblii najczęściej piraconymi książkami. W 2014 r. fragment z jej przemówienia Wszyscy powinniśmy być feministami Beyoncé umieściła w kanonicznym już przeboju Flawless. W 2016 r. Adichie została twarzą…