Subskrybuj
fot. Wydawnictwo Czytelnik
Redaktor, tłumacz. Pracuje w Wydawnictwie Poznańskim. Autor książki Spór o Kapuścińskiego.

Problem z talentem

No to zmyślał czy nie zmyślał? – oto pytanie, które wisi nad dorobkiem i wizerunkiem Kapuścińskiego. To pytanie krzywdząco redukcjonistyczne, a jednocześnie w zrozumiały sposób istotne, bo jeśli pisarz ma być nadal czytany, to czytelnicy zasługują na poważną odpowiedź. Tyle że bardzo trudno dać jednoznaczną.

Kapuściński – pisarz czy reporter? Był taki czas, kiedy piszący o autorze Cesarza rozważali to pytanie do znudzenia, jakby jedno wykluczało drugie lub faktycznie działała tu jakaś hierarchia, jakby Kapuściński mógł być „już” pisarzem, a nie „tylko” reporterem. Później to pytanie zostało nieco przeformułowane – zastanawialiśmy się, na której półce należy postawić jego książki: tej z reportażem czy tej z literaturą piękną. Tu druga opcja sugerowała nie tylko nobilitację, ale, paradoksalnie, stawała się też rodzajem degradacji: półka z literaturą piękną to przecież ta, na której są historie „nieprawdziwe”. To była bodaj najgorętsza dyskusja literacka dekady, jednak jej końcowy, najsmutniejszy wniosek objawił się dopiero po czasie – spieraliśmy się o najwłaściwszą dla Kapuścińskiego półkę, a potem odłożyliśmy jego książki byle gdzie.

Krystyna Strączek, filolożka, redaktorka i współpracowniczka Kapuścińskiego – przygotowywała do druku dwie jego książki złożone z wypowiedzi z wywiadów, Autoportret reportera oraz Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku – w swojej nowej pracy Kapuściński. Trudny talent nawiązuje do tych starych sporów, lecz na szczęście robi to w oryginalny sposób, prezentując nowe spostrzeżenia i wydobywając z twórczości pisarza rzeczy, o których nie pisał chyba nikt wcześniej. Wielką zaletą książki jest też to, że unika hagiograficznego tonu, a do tego uczciwie i w ciekawy sposób mierzy się z krytyką kierowaną wobec autora Imperium jeszcze za jego życia. Szczególnie zajmująco wychodzi porównanie tego, jak oceniali i interpretowali jego kolejne dzieła dziennikarz Wojciech Giełżyński i krytyk literacki Jerzy Jarzębski. Okazuje się, że to, co deprecjonował dziennikarz – krytyk doceniał.

Strączek stawia sobie za cel pokazanie, co o  swoim pisaniu myślał sam Kapuściński i jak to myślenie zmieniało się z biegiem lat i rozwojem jego talentu. Główny wniosek jest bardzo interesujący: reporter świadomie flirtował z „literackością” i przekraczał granice reportażu o wiele wcześniej, niż przyjęło się twierdzić (zazwyczaj mówi się o II poł. lat 70., kiedy publikował Jeszcze dzień życia i Wojnę futbolową, a  przede wszystkim Cesarza). I  nie chodzi tu wcale o socrealistyczną poezję, od której zaczynał.

Kapuściński raczej nie przykładał znaczenia do klasyfikacji gatunkowej swoich dzieł, czasami wypowiadał się o nich wręcz enigmatycznie, nazywając je po prostu „tekstami” lub przywołując metaforę silva rerum, lasu rzeczy.

Dlatego tak ciekawi jedno ze znalezisk Strączek – opublikowany w „Sztandarze Młodych” w 1955 r. tekst o delegacie, który przyjechał na V Światowy Festiwal Młodzieży w Warszawie aż z Hiroszimy, zatytułowany Gdzie rosną róże. Opowiadanie. „Po raz pierwszy i ostatni Kapuściński dookreślił tak formę własnego tekstu prozą, zdradzając, można rzec, swoje ambicje twórcze” – pisze Strączek, proponując celne skojarzenie z oczerkiem, rosyjską formą ni to reportażu, ni to szkicu literackiego, po którą sięgali m.in. Turgieniew i Dostojewski. Ciekawy jest też chyba najdokładniejszy z dotychczasowych opis skandalu, jaki w 1961 r. wybuchł wokół Sztywnego. W skrócie było tak: Kapuściński opublikował w „Polityce” tekst o osobliwym kondukcie pogrzebowym, który odprowadził do domu ciało zmarłego górnika, a dramaturg Bohdan Drozdowski napisał inspirowaną nim sztukę Kondukt, nie widząc potrzeby uznawania źródła tej inspiracji, stojąc na stanowisku, że reporter nie jest właścicielem faktów. Nastąpiła dyskusja, w której najbardziej intrygujące było to, że Kapuściński nie widział żadnego problemu w tym, by publicznie przyznać, że jego tekst to fikcja literacka: „W nr. 31 »Polityki« z dnia 1 VIII 1959 opublikowałem opowiadanie pt. »Sztywny«. Anegdota »Sztywnego«, linia akcji, występujące postaci, reakcje bohaterów, ich nazwiska itd. są całkowicie fikcyjne, wymyślone przeze mnie. Cały pomysł sytuacyjny powstał w mojej wyobraźni”. Można się zastanawiać, ile strategii było w takiej deklaracji, łatwiej wszak udowodnić plagiat opowiadania niż reportażu, ale znaczące wydaje się to, że nawet jeśli Sztywny był prawdziwy, to nic nie przeszkadzało Kapuścińskiemu powiedzieć, że nie był. A jeśli faktycznie nie był – to robi się jeszcze ciekawiej.

No to zmyślał czy nie zmyślał? – oto kolejne pytanie, które wisi nad dorobkiem i wizerunkiem Kapuścińskiego. To pytanie krzywdząco redukcjonistyczne, a jednocześnie w zrozumiały sposób istotne, bo jeśli pisarz ma być nadal czytany, to czytelnicy zasługują na poważną odpowiedź. Tyle że bardzo trudno dać jednoznaczną, także dlatego że sam Kapuściński nie był w swoich deklaracjach jednoznaczny. O Wańkowiczowskiej teorii mozaiki, która dopuszczała np. łączenie wielu życiorysów w jeden, mówił: „Nie odczuwam potrzeby pójścia w kierunku tych wszystkich mieszań, łączeń. Mam do napisania tyle rzeczy, których dotknąłem, doświadczyłem, że to mi jest do niczego niepotrzebne”, przy czym twierdził też: „Można rozbudować rzeczywistość, ale biorąc autentyczne rzeczy z tejże rzeczywistości. To czasem pomaga oddać głębszy sens. Wszystko zależy, jak się to robi, czy to siedzi w danych realiach, w klimacie, czy nie jest sztuczne, wymyślone, zbujane”. „Nie jestem wymyślaczem” – deklarował, najprawdopodobniej zaś zdarzało mu się wymyślać. Wystarczy go posłuchać: „Przychodzi mi do głowy, że cesarz miał małego psa – mówił o tym, jak zaczynał pisać Cesarza – i chodził zawsze z tym małym pieskiem, zawsze go nosił, i że miał sługę, który się koło tego pieska kręcił. Pomyślałem sobie, że oto jest ten sługa i że on może coś mówić (…). I on mi opowiada. Jakie najprostsze zdanie można powiedzieć o psie? No to ja piszę: »To był mały piesek rasy japońskiej. Nazywał się Lulu«”. Nie wymyślił psa, nie wymyślił sługi, ale to, że sługa mu coś mówił – już tak. Można zarzucić mu sprzeczność, jednak jest to antynomia niemalże wpisana w jego artystyczny projekt.

Chcę tak pisać, żeby to moje pisanie naprawdę nie pasowało do żadnej tradycyjnej formuły. Chcę stworzyć nowy gatunek literacki, nowy gatunek pisarski. Właściwie nie dziennikarski, ale nowe pisarstwo, w  którym podstawą jest doświadczenie własnego życia, świadome doświadczanie” – mówił Kapuściński Markowi Millerowi w  latach 80. Przy pomocy właśnie takich wypowiedzi Strączek buduje atrakcyjny obraz twórcy ambitnego, odważnego, ryzykującego. Jednak dopiero tu zbliżamy się do prawdziwych trudności. Nie jest to łatwe, lecz na gruncie transgresyjnych deklaracji Kapuścińskiego da się wyjaśnić Amelię Bolaños, dziewczynę z Wojny futbolowej, która miała zabić się po przegranym meczu reprezentacji Salwadoru, a pewnie nie istniała (Strączek sugeruje, że mogła pochodzić nie z Salwadoru, tylko np. z Chile), da się wytłumaczyć zaburzoną chronologię w  tym samym reportażu – miesiąc mija w nim dosłownie jak jeden dzień – da się wytłumaczyć też to, dlaczego dworzanie cesarza Etiopii nagle mówią Gombrowiczem, a ich opowieści przypominają Komitet Centralny za Gierka. Problem zaczyna się jednak, kiedy cień wątpliwości pada na „doświadczenie własnego życia” reportera – nie brakuje bowiem dowodów na to, że w swoich książkach Kapuściński tworzył własną legendę. Weźmy opisaną w Wojnie futbolowej historię przetrzymywania Kapuścińskiego i dwóch innych dziennikarzy na lotnisku w Usumburze (dziś: Bużumburze). To pełen trwogi opis oczekiwania na rozstrzelanie, korespondenci żegnają się w nim z życiem, które mieli stracić z rąk belgijskich spadochroniarzy. Istnieją jednak inne relacje z tych wydarzeń, różniące się stopniem dramatyzmu, od zupełnie letnich po opowieści z granicy między życiem a śmiercią (dwie skrajnie różne pod tym względem podchodzą od samego Kapuścińskiego). „Zgadzam się z tym, co Ryszard K. napisał w »Wojnie futbolowej«, którą tłumaczyłem [na czeski – przyp. AS], i nie mam nic do dodania” – odpisał na mój list Dušan Provazník, uczestnik tych wydarzeń, kiedy w 2014 r. poprosiłem go o szczegółową relację, licząc na ostateczne rozstrzygnięcie. Ale dodał coś jeszcze: „Cały spór (…) o to, czy Ryszard opisywał wydarzenia nazbyt dramatycznie, uważam za sztuczny. (…) W tym czasie był już pisarzem, który mógł pozwolić sobie na więcej niż przeciętny dziennikarz agencyjny”. Odebrałem to wtedy jako przekazane między wierszami potwierdzenie, że opis Kapuścińskiego był nieco „podkręcony”. Można uznać, że to wciąż za mało, by rozstrzygnąć tę sprawę z całą pewnością, ale to nie koniec: w 1987 roku Markowi Millerowi Kapuściński powiedział, że w Kongu na śmierć skazał go sam Mobutu Sese Seko – czyli już nie belgijscy spadochroniarze, lecz sam kongijski dyktator.

To, czy Kapuściński rzeczywiście miał być „czterokrotnie rozstrzelany”, jak głosił tytuł klasycznego eseju o jego twórczości autorstwa Wojciecha Giełżyńskiego, oczywiście wcale nie jest tym, co jest w jego książkach najważniejsze (piszę o tym tak obszernie tylko dlatego, żeby nie być gołosłownym). Najistotniejsza jest głęboka wiedza o świecie, jaką przekazuje, przede wszystkim o naturze władzy i naszym wspólnym człowieczeństwie. Jednak mało co szkodzi wiarygodności reportera tak bardzo jak dopisywanie sobie do biografii dramatycznych przygód budujących awanturniczy wizerunek.

Krystyna Strączek uchwyciła coś istotnego, tytułując swoją książkę Trudny talent. To prawda – Kapuścińskiego trudno zaszufladkować, trudno go przyszpilić, bywa, że trudno jest go bronić i tłumaczyć jego wywrotowe pomysły, a jednocześnie trudno znaleźć reportera o bogatszym i istotniejszym dla tej sztuki dorobku. I takiego, który miałby do powiedzenia rzeczy tak ważne i ponadczasowe.


Krystyna Strączek Kapuściński. Trudny talent Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2022, s. 344

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości