Subskrybuj
Andrzej Muszyński fot. Wydawnictwo Cyranka
Andrzej Muszyński fot. Wydawnictwo Cyranka
Redaktorka w Salam Lab, doktorantka polonistyki UJ, współpracuje ze „Znakiem”

Przyjaźń ponad granicami

O kryzysie humanitarnym na pograniczu polsko-białoruskim opowiadają aktywistki, dziennikarze, media, politycy oraz organizacje pozarządowe. A co do powiedzenia ma o nim literatura?

Istnieją dwa schematy opowieści o pograniczu polsko-białoruskim: jeden dehumanizuje osoby w drodze, drugi ukazuje z całą mocą dramatyzm ich sytuacji, co jest zrozumiałe, bo domaga się ludzkiego, godnego traktowania. Drugi, nazywający słusznie wydarzenia z pogranicza „kryzysem humanitarnym”, nawołuje do działania, czyniąc aspekt pomocowy dominantą narracyjną. Najnowsza książka Andrzeja Muszyńskiego Koncertina próbuje opowiedzieć tę historię inaczej: bez postulatów, politycznych sloganów czy zwrotów propagandowych. Zadaje odmienne pytania. Czy możemy się po prostu nie z uchodźcami, ale z przybywającymi do nas ludźmi zaprzyjaźnić? I czego ta przyjaźń może nas nauczyć?

Ginczanka i geniusz

Muszyński stawia w centrum człowieka i jego emocje. Człowieka po jednej i drugiej stronie granicy. Koncertina to historia przyjaźni autora z syryjskim rodzeństwem, które jesienią 2021 r. opuściło swój dom, by uciec od wojny. Sarwat to 31-letnia wybitna graficzka, absolwentka akademii sztuk pięknych o twarzy przypominającej tę Zuzanny Ginczanki. Jej młodszy o pięć lat brat Talal ma umysł geniusza i wynalazcy: pasjonuje go fizyka, pracuje nad detektorem lawinowym, jest zafascynowany górami. Koncertina opowiada o zalążkach przyjaźni: opisuje moment poznania w ośrodku Fundacji Dialog w Białymstoku, wspólne podróże po Polsce, w tym wędrówki po zimowych Tatrach, a potem po Belgii.

„Inny mieści w sobie paradoks: on jest inny niż ja, a jednak do mnie podobny – podobny w inności i inny w podobieństwie” – pisał w swoich esejach ks. Tischner i zdaje się, że Muszyński podąża tropem tej myśli. Chce wyłapać i pokazać, co łączy, a co dzieli jego i Sarwat. Jako córka pary architektów żyła dostatniej niż chłopak z małopolskiej Krzykawy. Gdy on wakacyjnie jeździł palcem po mapie, ona wczasowała w Turcji. Czy kiedykolwiek myślimy lub myśleliśmy w taki sposób o uchodźcach?

Śledząc życie narratora, paralelnie podążamy śladami rodzeństwa. Przeszłość, nawet tę odległą, bo i dzieciństwo, uzupełnia teraźniejszość. Wspomnienia, również starszych pokoleń, związane z babcią i dziadkiem narratora – Dimą i Babą, naświetlają uniwersalność wojny i przyjmowane wobec niej postawy. Ciekawa jest tu zwłaszcza postać Dimy hartowana przez II wojnę światową („My przeżyliśmy bez butów, to ci z Syrii też sobie poradzą”).

Doświadczenie jest lustrem

Więź trójki osób jest też wynikiem wcześniejszych podróży autora, tych zawodowych i hobbistycznych. Muszyński odsłania przed nami osobisty dziennik ostatnich lat (ciekawym zabiegiem jest próba odczytania swojego studenckiego dziennika podróży) przesiąknięty zarówno tym, co osobiste, lokalne, jak i tym, co globalne. Przypomina m.in. wyprawę z kumplami do Maroka czy relacjonowanie arabskiej wiosny w Tunezji (te fragmenty są najbardziej reporterskie). Opisuje fascynację bliskowschodnią kulturą (przybliżając nam świat rodzeństwa) i nieudane próby wjazdu do Syrii, która od momentu wybuchu wojny stała się jego obsesją, więc rozpoczął wirtualne podróże syryjskimi tropami. Pisze też o doświadczeniu udzielania pomocy przybyszom wraz z Fundacją Ocalenie i o wizycie na Podlasiu.

Książka jest więc mocno przesiąknięta osobistą historią autora, jednak ten tryb narracji nie zawłaszcza przestrzeni dla mówiącego. Przeciwnie: doświadczenie jest lustrem, które pomaga zrozumieć. Dlatego autor nie boi się pisać o swoim lęku przed obcością i nieznanym człowiekiem. Poprzez własną przeszłość próbuje zrozumieć tego bliższego innego, czyli Polki i Polaków, którzy nie są jeszcze gotowi na spotkanie z innym. Lęk to reakcja naturalna, ale jeśli będziemy go stygmatyzować, powiększy dystans i przerodzi się w zamknięcie.

Pisarska ciekawość świata sprawia, że to Sarwat i Talal oraz ich słowa są tutaj najważniejsze. Czułe, wnikliwe oko i pióro dostrzegają nieoczywiste drobiny rzeczywistości: nadmiar pomocy – bo „dehumanizować (…) można również nadgorliwością w pomaganiu”, potrzebę spokoju po trudnych przeżyciach.

Na te drobiny składa się też język – opisy budowane przez wymienienie „rekwizytów”: kilku przedmiotów, drobnych szczegółów, krótkimi zdaniami lub równoważnikami zdań, trochę jak u Mirona Białoszewskiego. Język jest dynamiczny, podobnie jak akcja książki. Precyzję szczegółów widać chociażby w tym, jak kolejne części splatają się ze sobą: pod koniec V rozdziału narrator podkreśla, że telewizja nie pokazuje twarzy uchodźców, by VI część rozpocząć od ukazania twarzy rodzeństwa.

„szczęśliwa ulicami obczyzny”

Jednak Koncertina to dwugłos: po każdej części opowieści pojawiają się wiersz i obraz Sarwat, której nazwisko również widnieje na okładce. Muszyński dzięki temu pokazuje, że nie trzeba oddawać głosu uchodźcy (samo to sformułowanie również zdaje się zawierać w sobie jakąś hierarchię): każdy człowiek, nieważne, z jaką historią, posiada własny głos. Tutaj jest to język sztuki, który próbuje wypowiedzieć doświadczenie przemieszczania się. Z abstrakcyjnych form kreślonych pełnymi niepokoju, ciemnymi odcieniami wyłaniają się ludzie, ptaki i drzewa, a treść obrazów koresponduje z wierszami. Poezja Sarwat jest oszczędna, zanurzona w rzeczywistości i egzystencjalnych pytaniach o sens wydarzeń, które zdają się teatrem kukiełkowym. Obfituje w przerzutnie, podkreślające rozczłonkowanie życiorysu wywołane doświadczeniem bycia w drodze. Chyba najbardziej przejmujący jest ostatni wiersz: „Bo tutaj jestem w krainie zapomnienia, chodzę, / porzucając życie koło mojego „wczoraj” / A w sercu mam chroniczną obcość, której / nabawiłam się w swoim kraju / Przepraszam, mamo, jeśli chodzę / szczęśliwa ulicami obczyzny / Moja przymusowa emigracja jest obfita w deszcz / Przelotny, często ulewny; ożywia we / mnie małą, biedną nadzieję”. W którymś momencie książki Sarwat mówi, że „szczęście przychodzi w deszczu”: a więc mimo trudów jest szansa na promyk słońca – właśnie tak widzę okładkowe, rozedrgane w konturze palące słońce. To znak lepszego jutra, oddalenia od wojny i łez. Rodzeństwu to się udaje: budują życie na nowo.

Przekroczyć kryzys językowej wyobraźni

Dyskurs podkreślający humanitarny i aktywistyczny aspekt migracji przy granicy z Białorusią zdominował również język literatury. W tym duchu napisana jest książka Mikołaja Grynberga Jezus umarł w Polsce, składająca się z rozmów z dwoma strażnikami granicznymi, aktywistami i aktywistkami działającymi na pograniczu. To książka o Polakach, którzy odpowiedzieli na kryzys i szukają ocalenia dla człowieczeństwa. Niestety, nie pojawia się w niej głos żadnego z uchodźców – osoby w drodze występują w opowieściach rozmówców, a na końcu wymieniono tych, którzy zginęli, przekraczając naszą granicę.

Podobnie jest w najnowszej powieści Julii Fiedorczuk Dom Oriona opowiadającej o dziennikarce, która rozprawia się ze swoją przeszłością na Podlasiu. Uchodźcza przeprawa staje się tutaj majaczącym tłem kryzysu psychicznego głównej bohaterki, nie widzimy tu zbyt wielu uchodźców, choć w pewnym momencie bohaterka staje się częścią działań grupy pomocowej.

Dlaczego proza nie bardzo interesuje się tematem granicy? Niełatwo wyjść poza język humanitaryzmu, gdy tragedia wciąż się wydarza. Dla czego tak niewiele w powstałych utworach uchodźczego głosu? Być może dla wielu osób, które przekroczyły polsko-białoruską granicę, jest jeszcze za wcześnie na wypowiedzenie traumy: rany są świeże. Ci ludzie teraz najprawdopodobniej starają się na nowo odbudowywać swoje życie lub utknęli w ośrodkach. Tym bardziej więc książka Muszyńskiego i Matuk wypełnia lukę w polskiej literaturze. To pozycja szczególnie ważna i potrzebna, bo pokazuje, że to, co się dzieje, to nie tylko kryzys, ale i ogromna szansa. Szansa, żeby poznać drugiego człowieka i przekroczyć kryzys językowej wyobraźni.


Andrzej Muszyński Koncertina ilustracje i wiersze: Sarwat Matuk, Wydawnictwo Cyranka, Warszawa 2023, s. 191

Artykuł pojawił się w numerze: Daj chłopaka, takiego chłopaka